Wywiad Dawida Muszyńskiego z Michele Morrone, który ukazał się w 2020 roku na łamach zimowego wydania naszego magazynu, znajdziecie poniżej. 

Dawid Muszyński: Skąd u ciebie zainteresowanie aktorstwem?

Michele Morrone: Kiedy miałem jedenaście lat, obejrzałem film „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”. Wtedy wyobraziłem sobie siebie jako część tego magicznego świata. Też chciałem być czarodziejem i przeżywać takie szalone przygody. Zdałem sobie sprawę, że będzie to możliwe jedynie wtedy, gdy zostanę aktorem. Kino daje nam przecież taką możliwość. Nagle na chwilę stajemy się Harrym Potterem czy Kapitanem Ameryką ratującymi świat.

Nie jesteś człowiekiem, który dostał rolę w „365 dniach” przypadkiem. Masz na swoim koncie wiele międzynarodowych projektów, jak choćby serial „Medici”.

Dokładnie. Ludzie niesłusznie zakładają, że jestem modelem, a ja tego nawet nie lubię. Uciekam od tego najdalej jak się da. Nie widzę nic fajnego w tym, że mam stać w miejscu i się nie odzywać. Od zawsze miałem duszę artysty. Lubię tworzyć czy, jak powiedziałem wcześniej, odwiedzać inne światy. Jakiś czas temu na przykład tak przekonująco zagrałem zniszczonego życiem narkomana Luigiego w filmie „Bar Joseph”, że gdy przyszedłem na premierę, ludzie mnie nie poznali. Uwielbiam w tym zawodzie właśnie możliwość różnych metamorfoz.

No dobrze, ale ten zawód ma też swoje ciemne strony, na przykład utrata anonimowości. Jak sobie radzisz z ogromną popularnością, która spadła na ciebie w tym roku?

Wiedziałem, na co się piszę, więc nie mogę narzekać. Oczywiście nie jest mi już łatwo chodzić po ulicy w normalny sposób. Ludzie mnie rozpoznają, robią zdjęcia, proszą o autografy, ale to mała cena za całe dobro, które mnie spotyka. Codziennie dziękuję Bogu za szczęście, jakim mnie obdarzył.

Czy spodziewałeś się, że „365 dni” będzie takim światowym hitem?

Oczywiście że nie. Ja na samym początku nie miałem pojęcia, o czym jest ten film, bo książka nie była dostępna ani w języku włoskim, ani angielskim. Gdy namawiano mnie do udziału w tym projekcie, mówiono mi, że on zszokuje cały kraj. I faktycznie tak było. Nie spodziewałem się jednak, że film osiągnie taką oglądalność, że przykuje uwagę Netflixa, który udostępni go na całym świecie. Kiedy się o tym dowiedziałem, doznałem szoku.

Getty Images

A jak kobiety postrzegają ciebie po tym, jak zagrałeś Massimo?

Mylą czasami fikcję z rzeczywistością? Nie, to na szczęście nigdy się jeszcze nie wydarzyło. Ludzie są bardzo inteligentni i rozumieją, że w życiu osobistym nie jestem gangsterem ani seksoholikiem (śmiech).

Przypuszczam, że telefon twojego agenta jest teraz rozgrzany do czerwoności z nadmiaru nowych ofert. Czy możesz podzielić się z nami swoimi planami na przyszłość?

Jasne. Mogę ci zdradzić, że biorę udział w nowym oryginalnym projekcie realizowanym przez Netflix, w którym zagram protagonistę w bardzo ciekawej historii. Będzie to zupełnie inna postać niż Massimo. Wiem, że to mało szczegółów, ale tylko tyle mogę zdradzić ze względu na kontrakt. Gdy skończymy pracę na planie tej produkcji, od razu ruszam na plan drugiej części „365 dni”.

Kiedy dokładnie to będzie? Czytałeś już scenariusz?

Na razie powrót na plan mamy zakontraktowany w lutym. Co do scenariusza, to jeszcze go nie dostałem. Mamy na to czas. Mogę ci jednak szczerze powiedzieć, że nie mogę się doczekać tego powrotu.

Twój Instagram prawdopodobnie codziennie jest bombardowany sugestiami fanów. Jaka była najdziwniejsza wiadomość, jaką tam dostałeś?

Każdego dnia otrzymuję wiele wiadomości, ale najbardziej uszczęśliwiają mnie te od mężczyzn, którzy proszą o porady na temat swojego stylu lub pytają mnie, jak rozpocząć karierę aktorską.

Udział w „365 dniach” również zachęcił cię do nagrania albumu. Jak odnajdujesz się w branży muzycznej? Planujesz już kolejny album?

Miłość do muzyki odkryłem wiele lat temu, ale nie miałem śmiałości, by wyjść z nią do ludzi. Film dał mi możliwość urzeczywistnienia tej miłości, choć nie robiłem tego z własnej nieprzymuszonej woli. Reżyser Tomasz Mandes długo mnie namawiał do tego, bym nagrał kilka moich piosenek do filmu. Z tego zrobił się cały album pod tytułem „Dark Room”. Obecnie piszę już materiał na drugą płytę. Jest to bardzo bolesny proces. Prawie jak poród.

Masz już pierwsze koncerty za sobą?

Tak. Mój debiut odbył się w warszawskim klubie Palladium. Niesamowite uczucie, które chętnie bym powtórzył. Niestety, pandemia COVID-19 zatrzymała wszystkie moje plany z tym związane. Trasy na razie nie będzie.

Zostałeś ambasadorem Guessa! Ciekaw jestem, co dokładnie połączyło cię z tą marką.

Wydaje mi się, że zachwyt pięknem. Każdy, kto interesuje się modą, wie, że ta marka ma niezwykły dar przekształcania zwykłych zdjęć w sztukę. Ich kampanie są ponadczasowe. To, co dodatkowo połączyło mnie z Guessem, to fascynująca historia marki zrodzonej z niczego. Firmy, która swój globalny sukces zawdzięcza ciężkiej pracy, a nie przypadkowi.

W której linii marki Guess sam czujesz się najlepiej? Guess czy Marciano?

Uwielbiam je obie. Marciano jest bardziej osobista, a Guess ma moc łączenia różnych stylów.

A z czym kojarzy ci się ta marka?

Guess kojarzy mi się ze „starą duszą” sprawiającą, że myślę o tym, jak życie może się zmienić w ciągu zaledwie jednego dnia.