Katarzyna Bonte: Jesteś przedsiębiorcą, trenerem, konsultantem, niektórzy mówią o Tobie coach. Słusznie?

Mateusz Grzesiak: Jestem wykształconym coachem, certyfikowanym przez największą organizację na świecie ICF, więc pod kątem faktów - słusznie. Jeśli zaś chodzi o moją działalność, to stosuję elementy coachingu w mojej pracy. Sam siebie nie nazywam coachem, bo to jest tak jakby o kimś, kto jest przedsiębiorcą powiedzieć marketingowiec. To jest za mało, tam jest znacznie więcej. Ja się zajmuję podnoszeniem świadomości społeczeństwa w zakresie umiejętności miękkich. Jestem psychologiem, ekonomistą, więc powiedzenie, że jestem coachem to tak jakby powiedzieć, że z całej plejady ciuchów, jakie mam, liczą się tylko skarpetki. 

Zastanawiałam się, czy to dobre określenie, bo wciąż żywe są jakieś negatywne konotacje związane ze słowem „coach”. Czy Ty spotykasz się z nastawieniem na zasadzie „co Ty możesz mi powiedzieć, to jest jakaś magia”?

Ludzie przede wszystkim nie wiedzą czym jest coaching, a czym nie jest. Wrzucają do jednego worka cały szeroko pojęty rozwój osobisty. To tak jakby każdego lekarza nazwać dermatologiem, ale to jest błąd poznawczy. Ciężko mieć pretensje do coachingu, ponieważ jest to dyscyplina Bogu ducha winna. To jest narzędzie, młotek, który służy do wbijania określonych gwoździ, więc jeżeli ktoś umie z tego korzystać, to będzie dobrze wbijał gwoździe. To jest kwestia stosowania odpowiednich narzędzi, które pomagają ludziom osiągnąć konkretne cele. Są badanie pokazujące, że coaching odpowiednio aplikowany przynosi konkretne rezultaty. Szacowany zwrot inwestycji jest na poziomie sześcio-, siedmio- krotnym.

A więc Ty też jesteś taką inwestycją. Jesteś, według opinii klientów, bardzo skutecznym mówcą motywacyjnym.

Dziękuję. Z tym się nie kłócę. 

Nawet te filmiki na YouTube, które nagrywasz, choć skondensowane, to powodują, że coś tam zaczyna się w głowie układać. Masz coś takiego w sobie, że ludzie siedzą, słuchają, aplikują. Czy to się u Ciebie zaczęło w dzieciństwie? Możemy się do tego cofnąć?

Możemy to „coś” nazwać charyzmą, albo ekstrawertyczną osobowością, a skoro o niej mowa, to dzieciństwo ma rzeczywiście znaczenie, bo ja jestem synem aktora i teatrolożki. Występy sceniczne zaczęły się jak miałem trzy lata. Stojąc na scenie przed kilkoma tysiącami ludzi czuję się jak ryba w wodzie. Tam mogę pokazywać kompetencje, które mam. Więc tak, dzieciństwo miało znaczenie. Pewnie istotną rolę odgrywają też predyspozycje genetyczne. 

Na swojej stronie w artykule „10 osób, które wpłynęły na moje życie” piszesz m.in. o ojcu. Interesuje mnie jego osoba. Mówiłeś, że wychowałeś się na deskach teatru.

To prawda.

Czy prezencja sceniczna też od taty szła?

Na pewno, często widziałem go pracującego w teatrze, często zabierał mnie do teatru. Występowałem w wielu konkursach recytatorskich. Zacząłem bardzo wcześnie występować, więc w sumie do dziś to jest już niemal czterdzieści lat doświadczenia. Teatr był również w domu, bo tata pokazywał nam różne role, opowiadał historie. Dzięki temu żyłem teatrem. 

Czujesz się czasem jakbyś na scenie odgrywał jakąś rolę? Jest różnica między Mateuszem prywatnie a Mateuszem na scenie?

Pewnie, że jest. Dla mojej żony przede wszystkim jestem mężem, partnerem. Dla Adriany jestem ojcem. Te role życiowe różnią się słowami, jakich używam, celami, potrzebami. Jednocześnie, moje wartości są niezmienne. To tak jak mamy sesję fotograficzną i zapytałabyś się czy Mateusz się czasem inaczej ubiera. Odpowiedź brzmi tak. Dzisiaj miałem trening brazylijskiego jiu jitsu - ciężko, żeby tam w garniturze występować.

Brazylijskie jiu jitsu bardzo wpłynęło także na Twoją metamorfozę. Siedem miesięcy, a tyle ona trwała, to bardzo mało czasu na tak wielką zmianę. Skąd wzięła się u Ciebie motywacja i potrzeba tak radykalnej zmiany?

Pytasz mnie osobiście czy o modele naukowe?

Modele naukowe może na razie odstawmy na bok.

Lata temu ważyłem 103 kilogramy, byłem po prostu gruby. Wchodziłem na pierwsze piętro i dostawałem zadyszki. Stwierdziłem, że to nie jest dobre dla mnie, dla mojego zdrowia i muszę coś z tym zrobić. I zrobiłem. Schudłem ponad 30 kg w siedem miesięcy. To było skuteczne i faktycznie robi to wrażenie, kiedy popatrzy się na gościa, który nagle jest jedną trzecią wcześniejszego siebie. To była najbardziej widowiskowa zmiana. Bo były zmiany, miały dla mnie też głębszy wydźwięk. Ale ta była najbardziej widoczna.

W jednym z wywiadów powiedziałeś „Po zrzuceniu tych kilogramów zacząłem dbać o ubiór, stałem się innym kochankiem, wzrosła u mnie pewność siebie”. Czy to jest tak, że faktycznie w tym momencie ta pewność siebie i skuteczność wzrosły na tyle, że stałeś się dzięki nim lepszy w swojej pracy?

W momencie, gdy wzrasta pewność siebie to wzrastają też zarobki. Nawet o 14%, tak przy przynajmniej mówią badania. A atrakcyjność daje efekt halo, a więc ktoś atrakcyjny jest postrzegany jako bardziej inteligentny…

No właśnie, tzw. efekt aureoli. W brandingu social mediowym on działa na Twoją korzyść?

Oczywiście, że tak. Jestem w pełni świadomy tego, co robię. Jestem psychologiem. Efekt halo dotyczy nas wszystkich do tego stopnia, że jeżeli atrakcyjny rodzic odwiezie dziecko do przedszkola, to będzie ono traktowane lepiej przez przedszkolanki. Ta atrakcyjność ma znaczenie. A ponieważ atrakcyjność się robi, to ja ją robię. Jest dla mnie narzędziem.

Tak samo z ubraniami? 

Tak

Ciuchy dodają Ci pewności siebie? Czy wiesz, że jeżeli je założysz, to ludzie będą Cię inaczej postrzegać?

To jest pytanie filozoficzne: jajko czy kura? Szata zdobi człowieka, ale też człowiek zdobi szatę. Jest taka dziedzina wiedzy, która się nazywa psychologią ubioru. Tam jest taki fundament, który brzmi „Nie zastanawiaj się, co ciuchy mówią o Tobie, tylko co ciuchy mówią Tobie”. Np. kobieta zakładająca szpilki zaczyna się inaczej czuć, a mężczyźni na to reagują. Ale nie oglądają się za butami, tylko za kobietą, która je nosi. A więc tak, ciuchy wpływają na to, jak się czujemy. Faceci ubrani w garnitur będą mówić bardziej z przepony, a jak mówią z przepony, wpływają na swój odbiór u kobiet. Jeśli ktoś zatem umie z tego korzystać, to jest skuteczniejszy. To czyste narzędzie, nic poza tym.

To brzmi jak gotowy przepis na sukces. 

Bo to jest przepis. Rozmawiasz z kodyfikatorem - ja się tym zajmuję. Tworzę modele, które potem sprzedaję. W związku z czym, jak ktoś do mnie przychodzi i mówi „Chcę być znany w social mediach”, to mówię krok po kroku, co ma zrobić. Tak samo jest z ubraniami. Ciuchy to jeden z aspektów, które wpływają na kreowanie wizerunku. Wizerunek wpływa na to, jak jesteśmy postrzegani.

Chciałabym przytoczyć słowa, które Agnieszka Jucewicz wypowiedziała w rozmowie z Zofią Milską-Wrzosińską: „Ludzie czasem używają etykietki 'depresja' jako usprawiedliwienia dla swoich różnych zachowań: nadmiernego picia, zdrad, niedbania o siebie. Jak kiedyś mówili starzy psychoterapeuci humanistyczni: nie jest prawdą, że żyjesz tak, ponieważ źle się czujesz, tylko źle się czujesz, ponieważ tak żyjesz.” Natknęłam się na ten cytat i pomyślałam o Tobie. W ciemno zgadywałam, że się z nimi zgodzisz. Jesteś kimś, kto mówi ludziom, że można mieć autentyczny wpływ na swoje życie, możesz wpłynąć na swoją pewność siebie, zarobki, związek, relacje. To ciekawe, że masz taką pewność w sobie. Że możesz to ludziom przekazać. Jak się czuje ktoś, kto może nam dać przepis na miłość, przepis na sukces i przepis na szczęście?

Uważam, że imperatywem etycznym każdej osoby, która coś wie, jest dzielenie się tą wiedzą. Mam poczucie, a wręcz obowiązek mówienia ludziom prawdy, a prawdą jest wiedza i edukacja. Chciałbym, żebyśmy odczarowali te aspekty dotyczące szczęścia, magii talentów, nawet pewności siebie rozumianej jako coś przypadkowego. Mam konkretną wiedzę, która jest powtarzalna, skalowalna, duplikowalna. I to, co ja wiem, Ty też możesz wiedzieć. Pilnuję, żeby zamiast niesamowitości, ludzie widzieli modele, konkretną kodyfikację. Żadnej magii, czysta nauka. Ot cała tajemnica!