Mariusz wychował się w rodzinie, w której matka, ojciec, a nawet brat skończyli politechnikę. W domu panowało zamiłowanie do nauk ścisłych oraz porządku, a także pewna niechęć do fanaberii, takich jak śpiew, taniec czy rysowanie. A Mariusz uwielbiał się w tym zatracać. Bliżej mu było do świata wrażliwości. Artystycznej, estetycznej, każdej. Wbrew najbliższemu otoczeniu, rodzinnym obyczajom wybrał liceum plastyczne zamiast klasy mat-fiz. Potem uciekł do Łodzi.

W Akademii Sztuk Pięknych studiował dla siebie. Dla rodziców i świętego spokoju (bo oprócz tego co kochasz, trzeba też – jak wtedy sądził – robić to, co należy) zdobył prócz dyplomu ASP – licencjat z międzynarodowych stosunków gospodarczych. A potem wyjechał do Warszawy.

Krok po kroku, dzień po dniu, budował swoją pozycję. I tę zawodową i tę najważniejszą – ludzką. Ten proces u wielu z nas trwa latami. Mariusz wciąż jeszcze wadzi się z bagażem swoich małomiasteczkowych doświadczeń, wciąż go przerabia, choć już mniej intensywnie. Mimo miłości – ograniczającej. Mimo pragnień – wyzwalających. Potrzeba było czasu by dojść ze sobą do wewnętrznego ładu. Dopiero po latach, teraz, potrafi o tym szczerze, choć nie bez wzruszenia, opowiadać. Karierę w świecie mody zaczynał od samego dołu: asystent stylisty. Mówi o tym wprost „po prostu dźwigałem ubrania”. Branża mody w Polsce szczęśliwie szybko się na nim poznała. Dostrzegła potencjał i niewątpliwy dar. 

Mariusz błyskawicznie stał się samodzielnym stylistą decydującym o modowej estetyce w kilku tytułach prasowych. Pierwsza własna kolekcja to już była kwestia chwil. Pamiętam, jak zapraszał mnie na swój pierwszy pokaz w Koneserze. Rok 2005. Dotarłem dopiero na któryś kolejny, chyba piąty pokaz, przepraszam. Ale za to od tych piętnastu lat uważnie obserwuję Przybylskiego i jako dziennikarz, fan mody, ale również jako kolega. Z uwagą, ciekawością, nie bez zachwytu. Rozmawialiśmy wielokrotnie, zawsze niestety krótko, dlatego bardzo ucieszyłem się na szczerą, dłuższą rozmowę. Mogłem wreszcie zrozumieć, co tak naprawdę przeszedł. Bo dokąd do szedł, dobrze wiem: na sam szczyt.

Olivier Janiak: Dalajlama twierdzi, że aby oceniać sukces, trzeba na niego patrzeć przez pryzmat tego, co trzeba było poświęcić. Jak to było naprawdę? Co Ci dała artystyczna uczelnia?

Mariusz Przybylski: Podstawy, bazę, wiedzę estetyczną. Najwięcej dały mi zajęcia plastyczne: rysunek, malarstwo, rzeźba, znajomość materii. Modowa świadomość ukształtowała się jednak dużo później, już w samodzielnym działaniu. Zbierałem różne doświadczenia, ludzkie, artystyczne, zawodowe, nawet nie dostrzegając na co dzień ich znaczenia, tworząc zaplecze, aż w końcu wszystko zaczęło dojrzewać. I wciąż kiełkuje nowymi pomysłami, nowymi realizacjami.

Skąd potrzeba projektowania mody?

Pasja była tak wielka, że nie byłem w stanie tego zatrzymać. I nikt nie mógł zatrzymać mnie. Przyjechałem do Warszawy choć nie miałem tutaj nic, nikogo nie znałem. Początki naprawdę nie były łatwe. Nie była to sztuka tworzenia tylko sztuka przetrwania.

Ale pięknie ci się udało. Co dziś wpływa na Twoją modę i wrażliwość estetyczną? Co jest dla Ciebie ważne?

Wreszcie mam dobry moment, pomijając ostatnie trzy, koszmarnie trudne dla wszystkich miesiące, zrozumiałem, że mam siebie, zrzuciłem psychiczne bariery. Nauczyłem się cierpliwości. Kiedy zostawiłem wszystko za sobą, niespodziewanie sporo zaczęło się wokół układać. Przez całe życie doskwierał mi brak odwagi. Stałem z boku i bardzo się bałem, zwłaszcza tego, co we mnie drzemie. Dziś szczęśliwie czuję, że mogę wychodzić z pozycji serca, to jest coś kompletnie innego niż, kiedy wychodzisz z pozycji głowy. Ona powoduje dużo ograniczeń, mnóstwo racjonalizowania, ale i lęków, które trzymają cię bardzo nisko. Ja o sobie źle myślałem, a moje poczucie własnej wartości było równe zeru. Dopiero jak wyszedłem z pozycji serca i do siebie i do ludzi, wszystko się zmieniło.

Co czujesz, kiedy tworzysz? Jaki jest ten proces?

Odczuwam skrajności. Zawsze mi towarzyszyły. W życiu jako człowiekowi i projektantowi, najbardziej je lubię. Polubiłem. Zaakceptowałem. Zestawiam ze sobą rzeczy na pozór nie pasujące do siebie. Elementy sprzeczne, które łączę, potrafię spleść w spójną całość. To coś, co mnie kręci najbardziej.

Na co zważasz w projektowaniu?

Biorę pod uwagę, dlaczego tu jestem, gdzie jestem i oczywiście pamiętam dla kogo to robię, kto przyjdzie i kupi moje rzeczy. Inaczej w świecie mody nie przetrwasz. Zwłaszcza teraz. To konieczne exellowe spojrzenie. Pokazy to moje święto, prezentuję to co chcę, niekoniecznie to, co potem sprzedaję. Tworzę ubrania zainspirowane pokazem, przewodnią ideą, ale takie które są łatwiejsze do noszenia i mogą trafić do regularnej sprzedaży. Ale dla mnie jako twórcy, jednak najważniejszy jest pokaz – koncept, pomysł na całość, na spójność artystycznego wyrazu. Sam wybieram muzykę, mam wpływ na scenografię, sam jej oczywiście nie buduje, ale wymyślam, wszystko, po najmniejszy detal, aż po zaproszenia. Każdy element, wszystko składa się w jedną bajkę. Moją.

Całą rozmowę Oliviera Janiaka z Mariuszem Przybylskim znajdziesz wwakacyjnym wydaniu ELLE MANA>>>

ZAMÓW ROCZNĄ PRENUMERATĘ ELLE MANA TUTAJ>>>