Otwarty, uśmiechnięty, nieprawdopodobnie przystojny, wyraźnie w doskonałej formie. Nikt nie chciał uwierzyć, że dzisiaj w padla zagrał pierwszy raz w życiu. Tomek Smokowski zaprosił go wczoraj na Mistrzostwa Polski Sportowców i Dziennikarzy, a dzisiaj po prostu wszedł na kort i zagrał, jakby trenował od miesięcy.

- Gram w golfa na wielu turniejach, gram w hokeja, grywałem sporo w tenisa, miałem kontakt ze squashem, zaliczyłem badmintona – wyliczał jakby się chciał wytłumaczyć z tej swojej chłopięcej energii, koordynacji i refleksu, który sprawa wrażenie ponadludzkiego. – No paru rzeczy musiałem się nauczyć już na korcie, ale skoro to możliwe, widzę spory potencjał przed tą dyscypliną. Wciąga bo jest dosyć łatwo rozpocząć. A jeżeli ktoś już gra w tenisa, to pójdzie mu naprawdę szybko.

Zawodnicy gratulują mu, podziwiają, a on nie gwiazdorzy, nie zadziera nosa. A kiedy okazało się, że z naszą panią producent, Bożeną Szwarc wita się po przyjacielsku, wiedzieliśmy, że przed tym wywiadem nie będzie trzeba kruszyć lodów, choć jedynym miejscem w jakim dało się spokojnie porozmawiać była damska szatnia. Usiedliśmy na ławeczce i opowiedział nam o najtrudniejszych dniach w drodze sportowca.

Naprawdę dzisiaj dowiedziałeś się jak się gra w padla?

Tak, pierwszy raz zobaczyłem jakie to małe boisko, e grają cztery osoby, mniej się musisz  nabiegać niż w tenisie. Serwis jest dużo łatwiejszy. To dlatego ten sport jest tak popularny w świecie. Można przyprowadzić dzieciaki kilkuletnie, które nigdy wcześniej nie grały i są szanse, że jeszcze dziś będą odbijać.

Ale czy sport poradzi sobie w świecie wirtualnej technologii, kiedy aktywność dzieci i młodzieży idzie w stronę gamingu niż prawdziwego sportu?

Mam taką nadzieję. Inaczej nie umiem sobie wyobrazić świata. Nie wiem jak można żyć  bez pasji. Tak, można się pasjonować konsolą, ale w moim środowisku coraz więcej ludzi chodzi po górach, zwiedza jaskinie, biega, zdrowo się odżywia. Każdy coś zaczyna robić. Z drugiej strony patrzę na niektórych kolegów z zawodowego sportu i siadają im kolana czy biodra. Coraz mniej tego sportu jest. Na szczęście wciąż jest pływanie czy ten padel. Dał mi dziś sporo frajdy, aczkolwiek nie lubię dyscyplin, w których przegrywam.

Zostałeś sportowcem, żeby wygrywać?

Musisz mieć potrzebę parcia do przodu za wszelką cenę. Trzeba mieć charakter takiego motherfuckera, zadziory, który cały czas musi funkcjonować w rzeczywistości nieustannej konkurencji.

Biłeś się z dziećmi w przedszkolu?

No… różne rzeczy się robiło, w szkole także. Ale nie startowałem do bójek, ci przeważnie idą na boks, ale kiedy graliśmy w piłkę czy koszykówkę, nawet w karty, to każda przegrana mega mnie bolała. Mój syn ma podobnie. Ale to konieczna część charakteru, jeśli zamierzasz związać się ze sportem na całe życie. Ja już w wieku dziesięciu lat wiedziałem, że chcę być zawodowym sportowcem. Niesamowite ale tak było. Jasne, jest wiele dzieciaków, które też tak myślą, nie zawsze to się im ułoży, ale im wcześniej wiesz co chcesz robić, tym lepiej później dla ciebie.

Ale od razu wiedziałeś, że chcesz być hokeistą?

Tak. Miałem dwanaście lat i myślałem, że chciałbym grać w GKS Tychy, w najlepszym klubie w naszym mieście. I reprezentować nasz kraj. O NHL, czy o zachodzie wtedy się nie myślało, bo to był początek lat osiemdziesiątych. W wieku 16 lat trafiłem do drużyny seniorów GKS Tychy, a w wieku 18 lat do reprezentacji Polski. I wciąż czułem, że to nie jest wszystko o co walczę.

I pewnego dnia  poczułeś, że jesteś wśród najlepszych na świecie.

To było, kiedy po raz pierwszy w wieku 19 lat, w 1991 roku trafiłem do drużyny Djurgårdens w Sztokholmie. To była drużyna, która zdobyła trzy razy pod rząd Puchar Europy.

Zadzwonili do Ciebie?

Tak. Menadżer drużyny zadzwonił i powiedział, że widział mnie na Mistrzostwach Europy juniorów w Szwecji i zaprosił mnie na testy na kilka dni. Tak to się zaczęło. W 1992r. zdobyłem z nimi Puchar Europy. To było przed Mistrzostwami Świata i Mistrzostwami Olimpijskimi, miałem świadomość, gram wśród tych najlepszych szwedzkich zawodników. Widziałem że daję sobie nieźle radę. A potem, jako dwudziestodwulatek trafiłem przez Boston Bruins, do NHL, najlepszej ligi hokeja na świecie. Pomyślałem: niesamowite, że mi się udało! A chwilę potem zrozumiałem, nie, nie, co ja mówię? Nie wystarczy tu dojść i zagrać jeden mecz. Trzeba grać, ileś tam sezonów zdobywać bramki, pomagać drużynie. Potem dopadła mnie tęsknota za bliskimi, za przyjaciółmi, za kumplami, za rodziną. To często powód, że niektórym się udaje na Zachodzie. Że potrafią się odnaleźć, potrafią się znaleźć w drużynie, potrafią sobie ułożyć życie, bo to nie były łatwe momenty.

Byłeś zupełnie sam tam?

No tak. Przyjeżdżasz, poznajesz ludzi, drużynę. Za chwilę zmieniasz drużynę i poznajesz nowych ludzi, nowe miasto. Pokonujesz nowe wyzwania, idziesz do lepszej drużyny. Znów jesteś obcy, jesteś tym, który musi odnaleźć miejsce wśród tych, którzy są już drużyną przyjaciół. I tak szesnaście lat. Cały czas walka, żeby wszystkim pokazać, że się tam przypadkowo nie znalazłeś.

Więc kiedy przychodzisz dzisiaj na mecz w grę której nie znasz, jest łatwo.

Tak, dzisiaj to jest bajka. Przeszedłem taką szkołę życia, że teraz wchodząc w tłum, albo dochodząc do jakiejś grupy, czy też wchodząc do szatni pełnej obcych osób, jestem w stanie szybko się odnaleźć. Powiem ci więcej, kiedy wchodziłem do tych szatni nie znałem żadnego słowa w ich języku. To jest dopiero problem. Jest 1991r., wchodzisz do szatni, tam siedzi trzydziestu chłopaków, same sławy,  wszyscy są lepsi od ciebie, niektórzy mają już tytuł Mistrza Świata, niektórzy Mistrza Europy. Ty wchodzisz, mówisz swoje imię, oni ci zadają jakieś pytania po angielsku, a ty mówisz - yyyy, sorry i nie mówisz ani po angielsku ani po szwedzku nawet jednego słowa. To jest problem. Bariera językowa jest niebywała. W dodatku nie mam na imię Tomek, nie można było powiedzieć „Tom”, mam na imię Mariusz. Nikt nie był w stanie tego wymówić. Dumny jestem z tego, co mi się udało osiągnąć, ale czy chciałbym jeszcze raz przejść tę drogę? Jeżelibym wiedział jaki będzie wynik, to tak. Łatwiej iść, kiedy wiesz, że będziesz harował, tyrał, ale w końcu osiągniesz sukces. Ale kiedy ruszasz w drogę, nigdy nie wiesz, czy się powiedzie.

W jakiegoś powodu udało się to tylko tobie.

Dziękuję, miłe słowa. Myślę o tym czasem. Czterdziestomilionowy naród, tylu świetnych hokeistów mieliśmy przez te dekady kiedyś w Polsce, oczywiście były inne uwarunkowania, komuna, zawodnicy nie mogli wyjeżdżać, musieli czekać, różne historie się działy, a w meczu gwiazd NHL zagrał tylko jeden Polak. Niesamowite, że Krzysiek Oliwa, też z Tychów, niesamowity charakter, waleczność, poświęcenie, determinacja. On bardzo wierzył w swój sukces i udało mu się go osiągnąć. Grał z powodzeniem kilkaset meczów w NHL.

Przetarłeś mu szlak.

Ja trafiłem do NHL w 1994, on w 1997 roku. Od tamtej pory czekamy na tego trzeciego. Podobnie z NBA, a wydawało się, że w koszykówkę Polacy dobrze grają i będzie im łatwiej, bona butach, nie ma łyżew, nie ma tego trudnego systemu szkoleniowego, kija, lodowiska... a w kosza można grać nawet w małych miejscowościach. , czy miasteczkach. Okazuje się, że doszli tam tylko Trybański, Gortat i Lampe, ale Szwedzi uważają go za Szweda, więc musimy się Maćkiem Lampe podzielić. Łatwiej idzie piłkarzom. Bo w piłkę nożną grasz niedaleko. Rodzina może przylecieć tanimi liniami, kumple przyjadą samochodem na mecz... Kiedy leciałem do Stanów, wiedziałem, że będę sam prawie rok, potem będę miał wolne dwa tygodnie w Polsce, a potem kolejny rok. Wiedziałem, że nikt nie odwiedzi, nie wpadnie. W tamtych czasach nie było internetu, nie pokazywali NHL w telewizji, bilety były bardzo drogie a o wizy, także dla mnie, trudno. Nawet do Szwecji konieczna była wiza! Wyjazd do Sztokholmu oznaczał, że nie wiem, kiedy wrócę, albo czy mnie rodzice odwiedzą. W negocjacjach kontraktowych miałem zapewnione dwa bilety lotnicze dla moich rodziców, bo oni musieli pracować po trzy miesiące na jeden bilet lotniczy.

Przerywamy, bo do naszej damskiej szatni wchodzą fotograf, Tomasz Sagan z… Jerzym Dudkiem. Wnoszą lampy. Próbują je jakoś ustawić. Damska toaleta to jedyne miejsce, w którym jest naturalne światło. Ale żeby zrobić zdjęcia Czerkawski i Dudek muszą się wcisnąć pod umywalkę. A to wielkie chłopy są przecież. W dodatku dziewczyny wpadają wprost na ten cały bajzel, trzeba się spieszyć. Mariusz i Jerzy znoszą wszystko z olimpijskim humorem. Pozują jak zawodowi modele. Na zdjęciu nie będzie widać, że to toaleta.

A potem zwijamy wszystko i pytam Mariusza o najważniejszy dzień w jego sportowej drodze. A on opowiada o meczu na Mistrzostwach Europy juniorów. Grali z Niemcami.

- Wygraliśmy go 8:6. Strzeliłem 7 bramek i miałem asystę. Trener niemiecki przyszedł do naszej szatni i mówi, że czegoś takiego w życiu nie widział. Trafiłem na listę strzelców, od razu na 3 miejsce, za Pawłem Burem, nazywali go Russian Rocket, był jednym z lepszych zawodników NHL i Jaromirem Jàgrem, a to żywa legenda.

To był szczyt świata!

No… a ja miałem 17 lat. I jeżeli miałbym wybrać jeden jedyny mecz, to ten. Nie ma przypadku, że ci się uda strzelić jedną, dwie bramki. Siedem to nie przypadek. Strzelałem w różnych konfiguracjach - czterech na czterech, czterech na trzech, pięciu na pięciu, w osłabieniu i nawet karnego. To był naprawdę mecz życia.

Tak, jak dla Roberta Lewandowskiego te cztery bramki...

Z Realem. Tak. To zmienia zupełnie oblicze pewnych spraw. Każdy ma swój taki mecz, taki dzień, kiedy otwierają się wszystkie drzwi.

Masz w domu, w ramce, zdjęcie z tego meczu?

Kto się przejmował w tamtych czasach robieniem zdjęć? Ale mam medal i nagrodę dla najlepszego zawodnika i to jest dla mnie na pewno wyjątkowa pamiątka.

Myślisz, że ktoś jeszcze pójdzie twoim śladem?

To nie jest proste. W piłkę, czy w koszykówkę każdy może zagrać, bo są sale i boiska. Lodowisk brakuje, a poza tym to trudny sport. Duża konkurencja: Amerykanie, Kanadyjczycy, Szwedzi, Rosja, wszyscy chcą być najlepsi. Czesi, Słowacy i Niemcy potrafią rozwijać hokej, a u nas brakuje decyzji, żeby postawić na ten sport, żeby zainwestować. Pytają o sukces. Ale czy zawsze najpierw musi być sukces żeby były pieniądze? Jerzy Janowicz i cała jego rodzina musieli wszystko co mieli sprzedać, żeby odniósł sukces i dopiero przyszły te kontrakty. Tak to u nas działa. Jak jest sukces, to może później będą pieniądze. Oczywiście sukcesu bez inwestycji nie będzie, bo hokej jest trudnym sportem. Cieszę się, że i tak ten hokej funkcjonuje, że są pasjonaci. Że Ministerstwo Sportu łaskawie na to patrzy, ale z samych ministerialnych dotacji nie da się zrobić zawodowej drużyny, która będzie konkurowała z Kanadyjczykami, Rosjanami, czy Amerykanami.