Wciąż gotowy do gry, mimo czterdziestki na karku. Wiek to tylko liczba. Podobno. Ważniejsze są miłość i pasja do footballu. Zdrowie. Panowanie nad bólem. W zawodowej piłce jest on codziennością. Najbliższe dni miały pokazać, czy Wasyla zobaczymy jeszcze na boisku piłkarskim, czy zacznie nowy etap życia – sportową emeryturę. Koniec kariery w sile wieku i przy totalnej sprawności łatwy dla mężczyzny nie jest. Choć wciąż przesuwa się granicę końca sportowej przygody, nie można tego robić w nieskończoność. Czeka nas trudna rozmowa, bo czas w życiu sportowca jest istotny. Wasyl to legenda – określenie „największy sportowy twardziel, jakiego wydała polska ziemia” jak najbardziej adekwatnie oddaje osiągnięcia Marcina Wasilewskiego.

Sesję i wywiad robiliśmy w dniu, kiedy Bayern rywalizował z Barceloną. Wasyl grał z Lewym w kadrze, kiedy Robert zaczynał swoją przygodę w reprezentacji. Marcin Wasilewski stawiał na Bayern. Nie pomylił się, ale nie postawił tak wysoko. Nie odważyłby się – tak jak wszyscy inni. Dla tych, którzy z piłką nożna są niezbyt obeznani, nadmienię, że Bayern rozjechał dotychczasowych bogów boiska 8:2. Zdeklasował ich, zmiażdżył i upokorzył. Zaczynając nowy rozdział w historii piłki.

Do pisania tekstu usiadłem dzień po tym, jak już poznaliśmy zwycięzcę Ligi Mistrzów. I choć w założeniu ten materiał poświęciłem Marcinowi Wasilewskiemu i jego synowi Oskarowi, to jest też opowieścią o męskich tematach, rozmowach, o piłce nożnej, marzeniach, o ciężkiej pracy, poświęceniu i dwudziestu kilku latach katorżniczej pracy podporządkowanej temu, co dzieje się na boisku przez dziewięćdziesiąt minut meczu. A także o tym, jak być feniksem, co powstaje z popiołów po kontuzji. Lewy w sąsiedztwie Wasyla nie pojawia się przypadkowo, bo to dwaj piłkarze, których podziwiam najbardziej. Choć są z innych pokoleń, inaczej się prowadzących, mają wspólny mianownik – obaj to twardziele, walczaki, niepoddający się nigdy faceci. Gonią marzenia i zdobywają szacunek. „Szacunek” to słowo klucz tej rozmowy. Wartość, na którą w dzisiejszych, gównianych czasach coraz trudniej zapracować. A najtrudniej zdobyć szacunek u własnych dzieci. Dla nich nie jesteś piłkarzem, prezydentem czy panem z telewizji – jesteś ojcem. Dobrym albo kiepskim przykładem.

Zaczynam od prostego podania. Pytania do Oskara, syna Marcina: czy w piłkę gra, czy śladem taty idzie? – Grałem. Dwa lata. Może. Tata mnie do szkółki w Anderlechcie zapisał, ale szybko poczułem, że to nie dla mnie. Nie chciałem się jednak przyznać rodzicom. Zwłaszcza mamie, bo to ona marzyła o tym, żebym wszedł w piłkarskie buty ojca – wspomina Oskar. Marcin dodaje: – Widziałem, że zajawki nie ma. Jak coś kochasz, jak ci zależy, to wracasz z treningu i idziesz na pole grać dalej. Oskar zajmował się wszystkim, tylko nie piłką. Mówię więc do Joanny, że to będzie strata czasu dla nas wszystkich, że to nie ma sensu. Broniła się długo: „Spróbujmy, trzeba dzieci ukierunkować” – mówiła. Poprosiłem, by z Oskarem szczerze porozmawiała, przede mną by się tak nie otworzył, do niczego nie przyznał raczej. Porozmawiali więc, matka z synem, okazało się, że nie wspominał o niechęci do gry wcześniej, bo nie chciał ojcu przykrości robić. Następnego dnia podziękowaliśmy za treningi w akademii. Ja nigdy nie miałem oczekiwań, żeby Oskar grał.

Kiedy dobieraliśmy stylizacje do sesji, Oskar powiedział mi, że dla niego Marcin jest tatą, a nie piłkarzem. Z początku tego nie pojąłem.

 A miałeś taki moment, że patrzyłeś na ojca na boisku, na ekranie i pomyślałeś sobie: „No nieźle, brawo, ojciec“? – dopytuję, faulując odrobinę.

 – No tak, oczywiście, ale to przecież nadal ojciec – słyszę. I już zaczynam rozumieć relację: fajną, kumpelską, opartą na zrozumieniu, a nie na zachwycie czy powinności. Wasyl troskliwie stawia kropkę nad i, rozwiewa wszelkie moje wątpliwości: 

– Kiedy Oskar był małym chłopcem, staraliśmy się mu uświadamiać: „Ty jesteś Oskar. Nie Wasyl, nie Wasilewski Marcin, tylko Oskar i musisz sam brać za siebie odpowiedzialność”. Kiedy namawiałem go na ten wywiad, sporo rozmawialiśmy, ale parę dni minęło, zanim się do tego przekonał, bo chce jednak prowadzić swoje własne życie. Jest dorosły. Mieszka z Oliwią, dziewczyną, częściej niż w domu rodzinnym. Szczęśliwie okazało się jednak, że jest powód, by pojechać do Krakowa – na sesję i na wywiad. Panowie Wasilewscy przegadali temat i uznali, że spróbują spędzić parę godzin w naszym ellemanowym towarzystwie, pobawić się modą i sprawdzić stan własnej relacji. Ojciec i syn.

Czego nauczyłeś się od taty?

Po chwili milczenia słyszę: – Tego, że nic nie przychodzi samo, że na rzeczy, na spełnienie, na coś wartościowego trzeba zapracować. W Belgii rodzice wysyłali mnie codziennie po rogaliki do piekarni. Zawsze zostawały jakieś drobne. Pozwalali mi je zachować. Marzyłem o konsoli. Wiedzieli o tym. Więc każdego dnia mogłem zatrzymać resztę. Po roku mogłem ją już kupić. Wreszcie. – Oskar wzdycha.

Marcin kiwa głową na potwierdzenie. – Staramy się tylko, by nic nie przyszło dzieciom za łatwo, by miały szacunek do przedmiotów, do pracy, do poświęcenia. Z Oskarem nie było żadnych problemów. Żadnych. Najmniejszych. Nawet z alkoholem mieliśmy wszystko ustalone, że jak skończy 18 lat, to usiądziemy razem. Nie wiem, czy wypił coś wcześniej. Oskar niewyraźnie, choć z lekkim uśmiechem wtrąca: – Tylko raz, na urodzinach jakichś, piwo, ale nigdy nie wróciłem do domu pijany. 

– Fajnie się dowiedzieć po latach – żartuje Wasyl. – Było jasno powiedziane, że jak skończysz 18 lat, to wyciągniesz sobie z barku, co zechcesz. Nie wcześniej. W każdym razie nigdy cię za rękę nie złapałem.

No a gdybyś złapał, co byś zrobił?

– Nie no… – zająknął się Wasyl, na co Oskar dorzuca: – Słyszałem o tacie takie historie, że wiesz… Powiedzmy! Tata zaczął… – Oskar się waha.

– No, ja zacząłem wcześniej – wybawia syna z kłopotu Marcin. Obrońca to zawsze obrońca.

fot. Michał „Massa“ Mąsior

To co lubicie, Panowie, razem robić, skoro nie pić? – pytam, wchodząc wślizgiem.

– Teraz mniej czasu spędzamy razem, bo mam już swoje życie – mówi Oskar. – Ale parę lat temu, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Anglii, jak na Silver Stone były wyścigi F1, chyba dwa czy trzy lata z rzędu jeździliśmy. Pamiętam też gokarty, ale z czasem jednak tata coraz rzadziej chciał tam jeździć. Nie lubi przegrywać.

Taki dobry jesteś?

Oskar się uśmiecha, a Wasyl wyjaśnia: – Dobry jest! Naprawdę. Oskar jest w ogóle maniakiem motoryzacji, ma ogromną wiedzę. Na razie wyczytaną, ale teraz zabiera się za prawo jazdy. – Gdyby nie pandemia, to miałbym już zrobione – doprecyzowuje syn. – Samochody mnie bardziej ciągną niż piłka. „Top Gear” zawsze razem oglądaliśmy! – Od małego, pamiętam, prenumerował wszystkie te magazyny. Każdy tytuł – wspomina z dumą Wasyl. – Do dzisiaj zostało nam jakieś takie powiązanie z motoryzacją, bo on ma ogromną zajawkę i wiedzę w temacie. W tym widzi swoją przyszłość.

Chcesz otworzyć salon samochodowy?

– Wolałbym się ścigać – wyjaśnia Oskar.

Nie będziesz się bał o syna?

– Oczywiście, że będę – mówi Wasyl – ale jest pełnoletni. Starałem się zawsze minimalizować ryzyko, jego to denerwowało, ale wiadomo, zdaję sobie sprawę, jaki sam byłem w jego wieku. Teraz patrzymy przez pryzmat tego, jakie mogą być konsekwencje. Kiedy jesteś młody, chcesz wszystkiego spróbować. Ja się nie dziwię, ale my, rodzice, pewne etapy już w życiu przeszliśmy i chcemy, żeby te gorsze momenty jakoś ominęły dzieci.

Pamiętasz dzień, gdy urodził się Oskar? – Wracam do początków.

– Byłem przy porodzie – wspomina Marcin. – We Wrocławiu to było, dzień przed meczem. Ciężki poród się kroił. Żona powiedziała, że będzie się czuła bezpieczniej, jeżeli zostanę przy niej, więc nie było tematu. Odprawa przedmeczowa się przeciągnęła, ale zdążyłem. Takie jest życie piłkarza. Ślub też musieliśmy brać tak w „międzyczasie”, w niedzielę, po sobotnim meczu. Wszystko trzeba było podporządkować piłce. Niesamowita jest rola kobiet w profesji piłkarskiej, bo nikt sobie nie zdaje sprawy, co te dziewczyny muszą przeżywać. Nie tylko przechodzić z wami mecze, stresy, frustracje, przeprowadzki, ale też dostosować całe swoje życie pod waszą karierę. – Mądra kobieta u boku to 70 procent sukcesu. Musisz sobie tak dobrać drugą połówkę, żeby była w stanie się do ciebie dopasować, działać jak balsam, łagodzić emocje – komentuje Marcin.

Co poczułeś, gdy wziąłeś syna na ręce?

– Dumę i uczucie, że jestem częścią czegoś większego. Pojawia się coś, co jest twoje i jest częścią ciebie. Bardzo nas z Joanną ten moment scementował, cieszę się, że mogliśmy być wtedy razem. We troje. Potem we czworo. 

Inaczej się wychowuje córkę, a inaczej syna?

– O Jezu… przepaść. Córka jest księżniczką. Oczko w głowie tatusia, co od lat zgrabnie wykorzystuje. Potrafi wszystkich okręcić sobie wokół palca, przekabacić, poustawiać. Na więcej jej pozwalaliśmy i bywa roszczeniowa. Oskar musiał zapracować na rzeczy, które dostawał, a jej wszystko przychodzi łatwiej. Ale trzeba to zaakceptować. Inne pokolenie – podsumowuje Wasyl.

Żona pojawia się w naszej rozmowie często, nie sposób więc nie dopytać o jej rolę w tej życiowej układance. Marcin z wielką czułością odpowiada, że chodzi o wsparcie: – Wielkie, nieustanne wsparcie. Cały czas była przy mnie. Zawsze mogłem na nią liczyć, a wiadomo, w życiu piłkarskim jest tak, że jak jesteś u góry, to masz wiele osób wokół siebie, a gdy przegrywasz jeden, drugi, piąty mecz, zostajesz sam. Tylko ona widzi te emocje, stara się je wyciszyć, zrozumieć. W domu żona jest z tobą 15 godzin, 20. Wszystko widzi, wie, jak reagujesz. 

Szczególnie jeśli jest wrażliwa, otwarta i czuła. 

– Właśnie tak. Czułem ogromne wsparcie i czuję wdzięczność za to, że mogłem na nią liczyć i zawsze będę mógł. Dumny jestem z naszych dzieci. Najbardziej. Wszystkim się wydaje, że jeździsz za granicę i jest pięknie, a to oznacza przeprowadzki, zmiany szkół, języka, rozstania z przyjaciółmi. To niełatwe dla dzieci. W ciągu jednej chwili muszą zostawić wszystko, co znają, i szukać nowych relacji gdzie indziej, uczyć się życia na nowo, poznawać nowe nawyki, kultury. Dali radę i dlatego jestem z nich megadumny. Oskar ma dużą łatwość w nawiązywaniu kontaktów, a Zuza to jego totalne przeciwieństwo. Na szczęście dużo pomagał siostrze, żeby łatwiej było jej się zaaklimatyzować. Zapisywaliśmy ich do tej samej szkoły,  bo wiadomo, razem zawsze raźniej. Nawet posiłków nie mogła sama jeść, więc Oskar zawsze przychodził. Pomagał. Wiele osiągnąłeś. Które z tych piłkarskich dokonań są najważniejsze? – Myślę, że przede wszystkim reprezentowanie kraju, słuchanie „Mazurka Dąbrowskiego”. Gęsia skórka, tego się nie da opisać. Marzyłem o tym od dziecka, choć wydawało się to nierealne. Wiadomo, zdobywało się wiele innych tytułów, awanse do Ligi Mistrzów, ale reprezentowanie 40-milionowego kraju to coś pięknego. Szczególnie że u nas jest taka mocna energia. Polacy uwielbiają piłkę nożną. Przeżywają porażki, sukcesy.

Masz taki mecz, który pamiętasz najlepiej?

– Najbardziej utkwiło mi w pamięci Euro w Polsce. Ostatni mecz z Czechami. Kiedy odpadliśmy, a była duża szansa, żeby wyjść z grupy. Pamiętam, jak to bolało, bo cały naród przygotowywał się do tego turnieju, atmosfera była piękna. Coś wspaniałego. Ludzie, którzy byli na turnieju, wspominają go pozytywnie, i to jest budujące. Dlatego żal było patrzeć już z boku, jak turniej toczy się dalej. Nigdy nie przypuszczałem, że wyjadę za granicę. Mistrzostwa  Belgii, awans z Leicester do Premier League, potem mistrzostwo Anglii, w którym miałem skromny udział, ale i tak zatrzymali mnie w klubie na kolejny sezon, czyli widzieli we mnie wartość dodaną dla zespołu. Jako piłkarz czuję się spełniony. To coś najpiękniejszego – grać w zagranicznym klubie i zapracować sobie na szacunek. Nie wiem, czy istnieje większa wartość w tym, co się robi, niż to, że ludzie cię doceniają i wspominają przez lata, pomimo błędów, bo różne są wypadki na boisku.

 Miałeś takie błędy, które śnią Ci się po nocach? 

– Żeby daleko nie szukać, w ostatnich meczu w Wiśle była niewykorzystana sytuacja. Karny niestrzelony. 

Ale to się zdarza przecież – bronię mojego bohatera.

 – Starałem się to kiedyś wymazywać z głowy, ale to zawsze wraca. Albo ktoś ci przypomni. Nawet w żarcie, szyderą. Nie da się odciąć.

Wróćmy do szacunku – proponuję. – Czym, jak na to zapracować?

– Tym, że nie kalkulujesz, tylko dajesz z siebie zawsze 100 procent. Nie tylko na meczach. Mecz to świętość, kibice cię widzą, ale pracujesz cały czas. Ważne jest podejście do fanów. Ważne, żeby widzieli, że szanujesz swój zawód. Ja jestem pasjonatem piłki nożnej i dlatego tak długo gram profesjonalnie. Kibice wszystko widzą i nie da się ich oszukać. Jeśli zmieniasz kluby i w każdym z nich fani cię szanują, to znaczy, że praca, którą wykonujesz, jest odbierana= pozytywnie. 

Podobnie jak powrót do gry po strasznej kontuzji? Lekarze powiedzieli, że nie będziesz już grał. 

– Chciałem im udowodnić, że jednak wrócę. Od kilku lekarzy czerpałem wiedzę, od niektórych nadzieję. Najpierw trzeba było uratować nogę przed zakażeniem. Czyścili otwartą ranę przez wiele dni, potem gwoździe, kilka operacji. Pamiętam, jak na boisku zobaczyłem, co się stało, zacząłem wrzeszczeć, dali mi morfinę. Resztę znam z relacji żony, z którą ponoć rozmawiałem przez telefon. Byłem już nieobecny, bo morfiny nie pożałowali. Na testach w szpitalu wyszło, że miałem poziom graniczny. Śmiertelny. Przez długie miesiące wykonywałem potem ekstremalną pracę. Rano przychodziłem na zajęcia, wychodziłem wieczorem. Ćwiczenia na rehabilitacji były tak intensywne, że po godzinach walki przysypiałem ze zmęczenia w korkach. Potem trzy dni treningów w Anderlechcie, trzy w piachu na plaży, by było mocniej, trudniej.

Jaki wymiar ma po latach doświadczenie kontuzji?

– Ono mnie zbudowało. Pokora też. Świadomość, że nie jestem jednak taki niezniszczalny. 

Długo przerabiałeś ten temat?

– Cały ten okres przed powrotem na boisko, a trwało to osiem miesięcy, każda kropla potu wylana, wszystko we mnie buzowało, było przerabiane w głowie. Poza tym miałem większą chęć, większe zaangażowanie. To dodatkowo wyzwala w tobie taką siłę, która pozwala ci dążyć do celu. To, co organizm człowieka jest w stanie zrobić, gdy mózg obierze cel, to jest niesamowite. 

Pamiętasz pierwszy mecz, powrót na boisko? Oglądałem go i zastanawiam się, ile było tam w Tobie lęku.

– Nie, lęku nie było, bo jeżeli jest lęk, to lepiej nie wracać. Lepiej dać sobie wtedy spokój. U mnie były emocje. Ogromne. 

Dwadzieścia parę lat Twojego życia, pięknej sportowej przygody, pomału się zamyka, zbliża się ten moment, choć liczymy na to, że będziemy Cię jeszcze długo oglądać na boisku. Od czego to zależy? Od Twoich chęci?

– Chęci są, ale też na taką decyzję wpływa parę innych czynników, bo wiadomo, jakieś oferty były, na ten moment niezbyt interesujące. To nie jest tak, że chcę grać za wszelką cenę. Nadal jest we mnie pasja, treningi i mecze to dla mnie świętość, iskra nadal jest, ale jeżeli nie znajdę sobie i rodzinie dobrego miejsca, to pozwolę sobie odciąć tę część życia. Daję sobie jeszcze parę dni. To na pewno będzie ciężkie.

Ale chyba już przygotowujesz się do tego mentalnie?

– Nie jest to łatwy moment i prosta decyzja – odpowiada Marcin. – Od dwóch lat żona mnie na to przygotowuje, ciągle pyta, co będę robić, ale ja nie potrafiłem jeszcze się do tego odnieść. Dawałem z siebie wszystko, bo jeżeli skupiasz się na czymś poza piłką, to już nie ma sensu. Jak nie ma cię tam w 100 procentach, to w ogóle cię nie ma. Podczas treningów daję z siebie wszystko. Fanom, klubowi. Wiem, że tylko tą drogą mogę iść, i dlatego dotrwałem do czterdziestki jako zawodnik. 

Niewielu jest zawodników z pola w tym wieku. Na polskim rynku jesteś chyba jedynym w tak dobrej formie.

– No nie ma nas wielu.

Ile masz jeszcze energii, żeby pograć, tak naprawdę?

– Nie wiem, trudno mi powiedzieć – zamyśla się Wasyl.

Rozumiem. Odpuszczam. Oskar, słuchasz tego wszystkiego. Masz tatę za twardziela?

– Odkąd mam na roku rozszerzoną psychologię, inaczej oceniam, inaczej patrzę na ludzi.

A gdybyś miał postawić diagnozę… – Podpuszczam go trochę, wypuszczam w uliczkę. – Ja nie mogę obserwować Marcina z tak bliska jak Ty. Co myślisz o tacie?

– Twarda skorupa, ale w środku… Tak. Troskliwy. Ale nie taki wrażliwy, ani nic podobnego.

– Ma rację – dodaje Wasyl – widzi moje zachowania. Inaczej jest na boisku, inaczej w domu i czasami trudno oddzielić te dwa światy. Staram się nad tym pracować. Ale jak mówiłem: to, co jest ci obojętne, łatwo odciąć, ale jeśli ci na czymś zależy, przynosisz to do domu. A ja coraz częściej szukam spokoju. Szukam miejsca, w którym mógłbym się osiedlić, gdzieś z widokiem na góry, gdzie miałbym spokój. Po 20 latach w ciągłych rozjazdach, różnych hotelach, domach na chwilę chce się po prostu normalnie pożyć. Wcześniej wszystko planowałem pod klub, a teraz chcę sam decydować, kiedy dokądś jadę.

No i jak, bolała ta sesja? Przeżyłeś? Zmęczony jesteś? – pytam Oskara.

– Było okej – słyszę w odpowiedzi.

Trochę was pomęczyliśmy. Zagraliśmy wspólnie mecz, dogrywkę i dwie serie karnych przed obiektywem – żartuję.

– Fajna pamiątka – mówi ojciec. – Czegoś takiego jeszcze nie mamy. Co nie, Oskar?

– No takich zdjęć to jeszcze nie.

 

Foto: Michał „Massa“ Mąsior, stylizacja: Marcin Brylski, charakteryzacja: Olga Kamińska, asystent foto: Michał Ossowski, postprodukcja: Joanna Kordas, produkcja: Jagoda Komenda.