ZOBACZ: Mike Tyson w elleman.pl: W końcu żyję w spokoju [WYWIAD]

W stadzie wilków życie nie jest łatwe, ale za to reguły są czytelne dla wszystkich. Rządzi najlepszy. Kiedy trafiasz do szatni NBA, spotykasz piętnastu zawodowych samców alfa. I każdy z nich jest tam w tym samym celu co ty: musi udowodnić światu, że jest najlepszy. Co zrobiłeś, żeby udowodnić wszystkim, kto tam rządzi?

Jak ktoś robił dziesięć powtórzeń na siłowni, ja robiłem jedenaście. Jeśli ktoś przychodził o 8.00, ja byłem o 7.50. Dopiero po latach, kiedy już byłem zawodnikiem wychodzącym w pierwszej piątce, mogłem czasem trochę odpuścić na treningu, ale po to, żeby na meczu dać drużynie sto dziesięć procent. Ale nawet wtedy walczyłem, bo wiedziałem, że nie mogę pozwolić sobie na to, żeby jakiś gówniarz odebrał mi pozycję, na którą tak harowałem i której poświęciłem całą młodość. Nie miałem wypadów z kumplami, szalonych imprez do białego rana, ominęło mnie wszystko, co robili moi rówieśnicy. Wypruwałem sobie żyły, żeby dojść na szczyt. Już na początku tej mojej drogi miałem jasny cel. Chciałem pokazać wszystkim, że jestem odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. I zależało mi na tym, aby wszyscy wiedzieli, że Polak to człowiek pracowity, sumienny, który nikomu nie pozwoli szargać dobrego imienia. Walczyłem o siebie i o lepszą opinię o Polakach. Szesnaście lat temu w Stanach postrzegano nas głównie jako tanią siłę roboczą, z którą nie trzeba się liczyć. Dziś wygląda to zupełnie inaczej. Coraz więcej Amerykanów, w tym wielu moich kolegów z NBA, odwiedza nasz kraj, poznaje naszą historię i wreszcie zaczynają rozumieć naszą waleczność. Tę waleczność, która od pierwszego meczu w największej lidze koszykarskiej świata pchała mnie po zwycięstwo.

CZYTAJ TEŻ: Tomasz Smokowski w ELLE MAN: Sportowe ADHD [WYWIAD]

A dzisiaj odchodzisz. I wszystko się zmienia.

Odchodzę. Ale to też robię na własnych warunkach. Dzień przed uwolnieniem mojego kontraktu prowadziłem Clippersów jako lider w pierwszym składzie. Wygraliśmy, ale nie cieszyło mnie to jak kiedyś. Być może dlatego, że już dawno zrozumiałem, że po tej drabinie wyżej już nie wejdę, ale nie chcę też schodzić z niej z poczuciem porażki. Mógłbym grać jeszcze kilka lat, ale musiałbym czytać o sobie, że gram coraz gorzej, musiałbym się godzić na coraz gorsze kontrakty. Nie chcę tak. Nie chcę, żeby ludzie widzieli, że Gortat siedzi na ławce rezerwowych, że nie ma go już w wyjściowej piątce. Chcę, żeby pamiętali, jak idę, a speaker krzyczy do kilkunastu tysięcy widzów na arenie i tych kilku milionów przed TV: „From Poland, the Polish Machine, Marcin Gortat”. Wolę poświęcić się pracy w mojej fundacji Mierz Wysoko i szukać swojej drogi w biznesie.

Jednym słowem, życie powiedziało ci „sprawdzam”.

Grałem jako starter całe dziewięć lat. Byłem klasyfikowany w pierwszej trzydziestce najlepszych centrów w historii. Byłem nawet w pierwszej dziesiątce. Wypadłem z tej listy z racji wieku, ale to nie znaczy, że będę siedział na ławce. Wolę zejść z parkietu w najlepszym momencie kariery i odkryć karty.

Masz pomysł, co dalej?

Skoro życie powiedziało „sprawdzam”, to mówię OK – odkrywam karty i wyjmuję asy z rękawa. Trzymałem je tam schowane od lat. Otwieram nową talię i zaczynamy nowe rozdanie. Ale na moich zasadach.