W stadzie wilków życie nie jest łatwe, ale za to reguły są czytelne dla wszystkich. Rządzi najlepszy. Kiedy trafiasz do szatni NBA, spotykasz piętnastu zawodowych samców alfa. I każdy z nich jest tam w tym samym celu co ty: musi udowodnić światu, że jest najlepszy. Co zrobiłeś, żeby udowodnić wszystkim, kto tam rządzi?

Jak ktoś robił dziesięć powtórzeń na siłowni, ja robiłem jedenaście. Jeśli ktoś przychodził o 8.00, ja byłem o 7.50. Dopiero po latach, kiedy już byłem zawodnikiem wychodzącym w pierwszej piątce, mogłem czasem trochę odpuścić na treningu, ale po to, żeby na meczu dać drużynie sto dziesięć procent. Ale nawet wtedy walczyłem, bo wiedziałem, że nie mogę pozwolić sobie na to, żeby jakiś gówniarz odebrał mi pozycję, na którą tak harowałem i której poświęciłem całą młodość. Nie miałem wypadów z kumplami, szalonych imprez do białego rana, ominęło mnie wszystko, co robili moi rówieśnicy. Wypruwałem sobie żyły, żeby dojść na szczyt. Już na początku tej mojej drogi miałem jasny cel. Chciałem pokazać wszystkim, że jestem odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. I zależało mi na tym, aby wszyscy wiedzieli, że Polak to człowiek pracowity, sumienny, który nikomu nie pozwoli szargać dobrego imienia. Walczyłem o siebie i o lepszą opinię o Polakach. Szesnaście lat temu w Stanach postrzegano nas głównie jako tanią siłę roboczą, z którą nie trzeba się liczyć. Dziś wygląda to zupełnie inaczej. Coraz więcej Amerykanów, w tym wielu moich kolegów z NBA, odwiedza nasz kraj, poznaje naszą historię i wreszcie zaczynają rozumieć naszą waleczność. Tę waleczność, która od pierwszego meczu w największej lidze koszykarskiej świata pchała mnie po zwycięstwo.

A dzisiaj odchodzisz. I wszystko się zmienia.

Odchodzę. Ale to też robię na własnych warunkach. Dzień przed uwolnieniem mojego kontraktu prowadziłem Clippersów jako lider w pierwszym składzie. Wygraliśmy, ale nie cieszyło mnie to jak kiedyś. Być może dlatego, że już dawno zrozumiałem, że po tej drabinie wyżej już nie wejdę, ale nie chcę też schodzić z niej z poczuciem porażki. Mógłbym grać jeszcze kilka lat, ale musiałbym czytać o sobie, że gram coraz gorzej, musiałbym się godzić na coraz gorsze kontrakty. Nie chcę tak. Nie chcę, żeby ludzie widzieli, że Gortat siedzi na ławce rezerwowych, że nie ma go już w wyjściowej piątce. Chcę, żeby pamiętali, jak idę, a speaker krzyczy do kilkunastu tysięcy widzów na arenie i tych kilku milionów przed TV: „From Poland, the Polish Machine, Marcin Gortat”. Wolę poświęcić się pracy w mojej fundacji Mierz Wysoko i szukać swojej drogi w biznesie.

Jednym słowem, życie powiedziało ci „sprawdzam”.

Grałem jako starter całe dziewięć lat. Byłem klasyfikowany w pierwszej trzydziestce najlepszych centrów w historii. Byłem nawet w pierwszej dziesiątce. Wypadłem z tej listy z racji wieku, ale to nie znaczy, że będę siedział na ławce. Wolę zejść z parkietu w najlepszym momencie kariery i odkryć karty.

Masz pomysł, co dalej?

Skoro życie powiedziało „sprawdzam”, to mówię OK – odkrywam karty i wyjmuję asy z rękawa. Trzymałem je tam schowane od lat. Otwieram nową talię i zaczynamy nowe rozdanie. Ale na moich zasadach.

Przez te wszystkie lata to trenerzy i agenci decydowali o tym, co masz robić i kiedy. Jak sobie poradzisz z wolnością?

Wolność będzie mnie napędzała do działania. Mam w końcu czas na nadrobienie wielu spraw, które zawsze odkładałem na później, bo zawsze były ważniejsze rzeczy. Pierwszy raz od lat mam w końcu czas, żeby zrobić coś wyłącznie dla siebie... Może pierwszy raz w życiu pojadę na narty. (śmiech) Moje życie do tej pory polegało na tym, że kiedy kończył się sezon, leciałem do Polski na kilka dni, żeby się spotkać z rodziną, a potem zająć się pracą związaną z fundacją i reprezentacją. Do tego w głowie cały czas miałem pytanie: komu będę musiał dokopać w kolejnym sezonie NBA? Ale nie narzekałem. O takie właśnie życie zacząłem walczyć jako osiemnastolatek. Dostałem się do NBA, na sam szczyt, po zaledwie dwóch latach gry. To się nigdy wcześniej nie zdarzyło. Dziś, jako weteran koszykówki, zastanawiam się, czy kiedyś jeszcze do tego dojdzie? Czy to się uda jakiemuś Polakowi?

A przygoda? Kiedy grałeś w Waszyngtonie, każdego dnia w drodze na trening mijałeś Biały Dom. Co teraz?

Na początku robiło to na mnie ogromne wrażenie, ale szybko zrozumiałem, jaką cenę za ten widok płaciłem. Od szesnastu lat nie spędziłem świąt z moją mamą i resztą rodziny. To jedno z moich największych obecnie marzeń: usiąść z nimi do wigilijnego stołu. Mama trzy lata temu miała udar, otarła się o śmierć. Znalazł ją mój przyjaciel... To chyba właśnie wtedy, po raz pierwszy, tak brutalnie los mi uzmysłowił, jak wiele poświęcenia wymaga moja robota. A potem... opowiem ci zresztą. Niedawno leciałem do Polski. Byłem bardzo zamyślony i nie zauważyłem, kiedy ktoś w samolocie zajął miejsce obok mnie. Nagle słyszę, że mówi po polsku: „Mam nadzieję, że nie będzie przeszkadzało, jeśli wyprostuję nogi? Muszę wyprostować, bo jestem sparaliżowany”. Podnoszę oczy i widzę Tomka Golloba. Patrzę mu w oczy, a tam, mimo tragedii, którą przeżył, w tych jego oczach ten sam ogień, co kiedyś. W czasach, gdy tylko zwyciężał. „Tomek, przepraszam, nie poznałem cię”. Przez większość podróży rozmawialiśmy o sporcie, o tym, co się działo z życiem przez ostatnie lata. Słuchałem. Słuchałem, bo zrozumiałem, jak bardzo nie doceniałem tego, co mam. Nie doceniałem ludzi, których miałem blisko, nie doceniałem tego szczęścia. I wtedy dotarło do mnie, że NBA się dla mnie skończyło! Zrozumiałem, że tak naprawdę chcę wrócić do domu i usiąść z mamą do stołu. Zabrać ją na wakacje do miejsc, które dotychczas oglądaliśmy oboje tylko w filmach lub w kolorowych magazynach. Przez te wszystkie lata ja nigdzie nie jeździłem. Liczyła się tylko walka. Tylko koszykówka. Non stop dostawałem SMS-y ze szczegółowymi instrukcjami na każdy dzień – godziny treningów, rozpiska lotów, informacje o tym, gdzie gramy... A teraz patrzę dookoła, moi koledzy mają rodziny, mają dzieci. Ja nie mam, bo zapierdalałem, żeby zabezpieczyć im życie, żeby miały dobre życie, kiedy już się pojawią. I teraz, po tych wszystkich latach wyrzeczeń, mam czas, żeby w końcu zacząć budować własną rodzinę. Odkrywam życie na nowo. W tak drobnych sprawach jak chociażby kawa. Od kilku tygodni piję ją dzień w dzień, choć do niedawna w ogóle nie wiedziałem, jak smakuje.

Kawa przeszkadza w sporcie?

Na pewno nie pomaga. Poza tym nie musiałem jej pić. Każdego ranka na treningu miałem taki zastrzyk adrenaliny i testosteronu, że starczało na cały dzień. Ponad szesnaście lat, dzień w dzień, trening albo mecz. Dodatkową dawkę zapewniały te wszystkie spotkania z ludźmi biznesu, gwiazdami kina, z ludźmi, którzy odnieśli międzynarodowe sukcesy.

Żyć nie umierać.

Na początku tak myślałem. To robi wrażenie na każdym, a jak ktoś twierdzi, że jest inaczej – kłamie. Ale wraz z coraz większą liczbą takich spotkań wszystko powszednieje. Ludzie, którzy dotychczas wydawali się „bogami”, okazują się normalnymi ludźmi z tymi samymi słabościami, problemami podobnymi do tych, z którymi borykali się kumple z mojego osiedla w Łodzi. Jedyna różnica to ta przepaść finansowa. Więc po czasie, nawet jak masz dzień wolny, nie grzeją cię już te spotkania, tylko znowu wracasz do tego, co znasz najlepiej – do pracy. Bo praca stała się twoim życiem. Jedynym, jakie znasz. Przed każdym spotkaniem przygotowywałem się mentalnie już poprzedniego dnia. Wiedziałem, że na parkiet wyjdzie ktoś, kto będzie chciał mnie zmieść z powierzchni ziemi, pokazać, że jest lepszy. A na to nie mogłem sobie pozwolić.

Dlaczego?

Bo reprezentuję 38 milionów ludzi i pokażę światu, że to ja jestem najlepszy.

Patrzysz mu w oczy na parkiecie? Musi to czuć?

Dokładnie. Ale on przecież nie odpuści. Podchodzi i mówi do mnie takim basem, jakby warczał, co mi zrobi, jak mnie tylko dorwie...

Pękałeś?

Nie, póki to nie był Shaquille O'Neal. Jeśli to mówił Shaq, to jednak trzeba było się bać... Ale od dnia, w którym O’Neal opuścił NBA, nie bałem się nikogo. Wszyscy bali się mnie.

A kiedy tak prowokują, co trzeba zrobić?

Na początek patrzysz w oczy, a później... Później jest już tylko gorzej. Pierwsza akcja, gość dostaje z łokcia. Ale to twardy zawodnik NBA, więc się łatwo nie podda. Darliśmy pazurami koszule. Mało kto o tym wie, ale na całym ciele mam takie blizny, że jak ktoś to widzi, myśli, że walczyłem w klatce.

Co w zamian?

W chwili zakończenia meczu przychodziła ulga. Aplauz. Wszyscy cię podziwiają. Piszą o tobie w gazetach, mówią w telewizji, jesteś gwiazdą. Wchodzisz do restauracji i nie czekasz, tylko prowadzą cię do najlepszego stolika, choć restauracja wypchana po brzegi, a przed wejściem kolejka. Aż nadchodzi dzień, w którym mówisz dość. I wszystko to się kończy: wstajesz rano, telefon nie dzwoni. SMS-y z planem dnia nie przychodzą... Idziesz do restauracji, ale każą ci stanąć w kolejce. Nikt nie ogląda cię w telewizji, nikt nie wspomina twojego imienia w prasie...

Trochę tak, jakby się kończyła miłość.

Budzisz się rano, patrzysz w białą ścianę i mówisz: co ja mam teraz dalej z życiem zrobić? Przez szesnaście lat dzień w dzień ktoś decydował za ciebie, ale teraz musisz sam. Może pojadę na plażę? Ale ile razy możesz na tę plażę jechać? Trzysta razy w roku?

Są tacy, którzy oddaliby za to życie.

Pewnie tak, tylko ile można leżeć na piasku? Ja nie potrafię. Moje życie polegało na ciągłym ruchu, działaniu... Teraz na nowo muszę się odnaleźć w życiu, poukładać wszystko w głowie i rozpocząć działanie w innych wymiarach. Mam trzydzieści pięć lat, jestem finansowo zabezpieczony, bo nie godziłem się grać za grosze. Ale są tacy, którzy grali za milion rocznie. Po odjęciu podatku, prowizji agenta, opłaceniu kosztów życia odkładali sto tysięcy. I nagle dochodzą do mojego wieku z myślą „muszę grać jeszcze z rok, żeby odłożyć do emerytury”. Grają, mimo że już nie mogą, że ich organizm nie wytrzymuje tempa, siadają im stawy. Robią operacje, żeby wrócić, bo nie umieją niczego innego. Dzięki Bogu udało mi się zabezpieczyć finansowo bliskich na kilka pokoleń do przodu. To mi daje większy spokój. Na chwilę wrócę jeszcze do rozmowy z Tomkiem Gollobem. Był najlepszy przez dwadzieścia lat i tylko jeden zakręt wziął źle. To wystarczyło, żeby został inwalidą. Ale powiedział mi: „Teraz dopiero doceniam to, co mam wokół siebie”. Gdy wysiadłem z samolotu, wszystko było już jasne. Od razu zacząłem dzwonić do tych, którym zapomniałem podziękować, że byli ze mną przez całą karierę. Do wszystkich, którzy są mi bliscy. Mam wrażenie, że Tomek usiadł obok mnie za sprawą Boga.

Do kogo zadzwoniłeś?

Do bliskich, którzy są ze mną od lat. Do brata Filipa. Do Michała Micielskiego, męża Tatiany Okupnik, przyjaciela, który jest współtwórcą mojego sukcesu. Poznałem go na pierwszym treningu koszy- karskim, miałem wtedy osiemnaście lat. Graliśmy razem przez półtora roku, potem on rzucił koszykówkę, a ja trafiłem do NBA. Pamiętam, że zadzwoniłem i poprosiłem: „Stary, przyjedź, bo cię potrzebuję”. Michał zostawił wszystko w Polsce i zaczęliśmy razem pracować. W mojej ekipie jest też Grzesiek. Mieszkaliśmy na tym samym blokowisku. Ja na pierwszym piętrze, on na piątym. Razem chodziliśmy do przedszkola, później do szkoły podstawowej i średniej. Dziś jestem ojcem chrzestnym jego córki. Grzesiek zajmuje się wszystkimi nieruchomościami, biznesem w Łodzi i to właśnie on uratował życie mojej mamie. Pracuje z nami też Paweł, który... pisał pracę magisterską o mnie! Lata temu dotarł do mojej mamy i zapytał, czy jest możliwość, aby mnie poznać i móc spędzić ze mną trochę czasu w celu zebrania materiału do magisterki. Przyszedł na trening, zaczęliśmy gadać i po tygodniu zatrudniłem go w fundacji. Mam też trzech chłopaków, tak zaufanych, że skoczą za mną w ogień. To są przyjaciele.

Drużyna. Na tym to przecież polega.

Najlepsza. Dzięki nim, kiedy gram, mam pewność, że w Polsce wszystko jest ogarnięte. Do tego dochodzi mój menedżer Kuba Kopeć, najlepszy menedżer w sporcie w Polsce, choć nie załatwia kontraktów z klubami, bo to jest rola agenta. Jest najlepszym menedżerem marketingowym. Z nimi dotarłem do miejsca, w którym jestem. Zbudowaliśmy zespół, stworzyliśmy fundację, zbudowaliśmy brand. Żyłem w trzech krajach, poznałem trzy kultury i władam czterema językami. Po latach uprawiania spor- tu zawodowo moje ciało jest wyniszczone. Ale świadomość, że mam tak wspaniałych ludzi wokół siebie, buduje i powoduje, że nie myślę o bólu, z którym już dawno nauczyłem się żyć na co dzień.

Żałujesz zdrowia? Będzie ci go teraz brakować.

Nie żałuję niczego. Inaczej nie umiałem. Nikt nie miał większego ode mnie ognia w sercu, w duszy. Przez ten ogień grzałem mój organizm do maksymalnych limitów. Nie pozwalał mi biec na pół gwizdka, rzucić na pół gwizdka. Czasami koledzy z drużyny mówili: kolano mnie boli, albo mieli kontuzje i pytali: trenerze, czy mogę odpocząć? Ja miałem pozrywane mięśnie, ale zasuwałem mimo to. Oni siedzieli na ławce rezerwowych, żeby się zregenerować, a ja pokonywałem swoje bariery i parłem do przodu. Teraz, kiedy mam trzydzieści pięć lat, ten ogień zaczął przygasać. Są na świecie ludzie, którzy wychodzą na parkiet i chcą bardziej niż ja. Może nie powinienem tego mówić, ale sportowy ogień przygasa.

To kwestia wieku czy znużyła cię ta rywalizacja?

Zmęczenie. Nie potrafiłem odpoczywać. Mój organizm był przyzwyczajony do pracy na najwyższych obrotach. Kiedy kończyliśmy sezon, koledzy potrafili nic nie robić cały maj i czerwiec. Ja po trzech tygodniach wracałem do harówy na sto procent. Trenowałem na parkiecie. Potem do parku. Koledzy na rowerach, ja biegiem. Stamtąd na siłownię. Zmieniali mi talerze i asekurowali. Tak robiłem przez dwanaście lat w NBA, cztery lata w Bundeslidze i półtora roku w polskiej lidze. Dzisiaj moje ciało ma dosyć.

Co zyskałeś? Nie chodzi mi tylko o kwoty w kontraktach.

Zbudowałem markę. Kiedy pójdziesz do NBA i powiesz „Polish Hammer”, „Polish Machine”, każdy wie, skąd jestem. Jedyny Polak w NBA. Robiłem wszystko, co w mojej mocy, aby jak najlepiej reprezentować mój kraj. Aby teraz jakiś Polak, który trafi do Orlando, Phoenix, Waszyngtonu czy do LA, mógł iść po ulicy z dumnie podniesioną głową i móc powiedzieć, że pochodzi z kraju Gortata. Ludzie będą to doceniać. Dodatkowo zyskałem wspaniałych przyjaciół, poznałem wielu niezwykłych ludzi i zbudowałem fantastyczną fundację oraz cztery szkoły mistrzostwa sportowego. Zyskałem naprawdę wiele.

Fundacja nie tylko uczy dzieci grać w kosza, ale też uczy rodziców, jak być rodzicami sportowca?

Zwłaszcza kiedy rodzic sam był sportowcem. Niestety, często jest tak, że osoba niespełniona chce sukcesu swojego dziecka. Wydaje jej się, że wie lepiej od trenera własnego dziecka, co jest dla niego dobre w kwestii rozwijania sportowych umiejętności. Kolejne problematyczne sytuacje – gdy dziecko trenuje nie z własnej woli, zostało do tego zmuszone. Wówczas nie ma mowy, żeby pojawił się ogień. U nas to nie przejdzie. Szukamy młodych ludzi, którzy będą mieli prawdziwy charakter i naprawdę będą chcieli sukcesu, a nie tylko o tym mówili. Uczymy też ich rodziców, jak radzić sobie w tym świecie. Ostrzegamy, że będą przychodzili menedżerowie, trenerzy, agenci. Będą chcieli dziecko „sprzedać”, bo to właśnie rodzice podpisują kontrakty. Kiedy ktoś zarabia dwa tysiące, a agent kładzie mu na stole pięć, to może zgłupieć i podpisać. Więc apelujemy do rodziców, żeby dali dziecku skończyć szkołę. Żeby mogło cieszyć się młodością. Jeśli gra dobrze, za dwa lata też znajdą się chętni, żeby podpisać z nim kontrakt. W przeciwnym razie dochodzi do rodzinnych tragedii. Nieletni trafiają do drużyn na drugim końcu Polski i nie ma szans ich stamtąd wyrwać. Jeśli ktoś ma szesnaście lat, to jak ma sobie poradzić w drużynie z trzydziestolatkami? Jest kompletnie nieprzygotowany, nie tyle fizycznie, ile mentalnie.

Nie przetrwa sam na sam z samcami alfa.

Dokładnie. Znam takie historie, dlatego pracujemy, aby było takich przypadków jak najmniej. Mamy naprawdę sporo do zrobienia.

Nie wysłaliście jeszcze następnego Polaka do NBA.

To się nie udało, bo dziś nie mamy jeszcze takiego talentu. Z przykrością to mówię. Jest dwóch chłopców, o których pytają, ale obaj mają jeszcze sporo do zrobienia. Wiedzą, dlaczego się nie dostali, i muszą po prostu więcej pracować. Czasami żartuję, że prawdopo- dobnie do NBA dostanie się mój syn, który jeszcze się nie urodził. Trudno o zawodnika, który miałby taki charakter, ogień, jaki miałem ja. Mamy sporo chłopaków, którzy dużo mówią, ale mało robią.

Ogień, słowo, które jest kluczem w naszej rozmowie. Skąd się wziął?

Charakter mam po rodzicach – oboje byli alfa. Samica i samiec alfa.

Znaczy że nie mieliście łatwo w domu.

No nie. Rodzice w końcu się rozstali. Nie mieszkali razem, wychowałem się z mamą i bratem. Ale po obojgu rodziców mam charakter: pracowitość, zaciętość, ogień.

Twój brat też jest samcem alfa. Jest bokserem.

Mam dwóch braci przyrodnich. Robert, o którym wspomniałeś, jest z pierwszego małżeństwa mojego ojca. Odezwał się do mnie po raz pierwszy, kiedy miałem chyba dwadzieścia trzy lata i byłem graczem NBA. Nie mamy ze sobą po drodze. Dla mnie tym prawdziwym bratem jest Filip. Dzielił ze mną trudne dzieciństwo. Zawsze był blisko, wspierał. I skoro pytasz, skąd we mnie tyle determinacji, powiem, że mogła wynikać z obawy, że jeśli nie wykorzystam szansy, wrócę tam, gdzie byłem.

Do blokowiska?

Wyjechałem z Polski tak nagle, że nawet nie zdążyłem ukończyć szkoły. Do czego bym wrócił? Dlatego ogień we mnie narastał. Pomogli mentorzy, przyjaciele: Sasha Obradović – serbski rozgrywający, którego poznałem w pierwszej drużynie, w jakiej grałem w Bundeslidze. On i Bośniak Zoran Kuki ukształtowali mój charakter.

To dlatego mówisz po serbsku?

To jeden z powodów, dla których znam ten język.

Teraz myślisz o karierze przedsiębiorcy. Sądzisz, że biznes da szansę na ten sam ogień?

Oczywiście. Żałuję jedynie, że wcześniej nie umiałem skorzystać z możliwości, jakie oferuje NBA. Kiedy jednak zrozumiałem, jakie to szanse, nie odpuściłem. Prosty przykład – kiedy trafiłem do LA, na jed- nym ze spotkań w Clippersach otrzymaliśmy kartkę, na której była rozrysowana pierwsza linia krzesełek wokół boiska tuż przy samym parkiecie. Każde krzesło miało numer. Na odwrocie, pod każdym numerem mieliśmy napisane, kto będzie na nim siedział podczas meczu. Na spotkaniu było siedemnastu zawodników NBA, ale tylko ja zabrałem kartkę. Nauczyłem się na pamięć, kto gdzie siedzi. Po meczu podchodziłem do wszystkich w pierwszym rzędzie i przedstawiłem się: cześć, jestem Marcin, a oni mówili: hej, jestem z Universal Studio, a ja jestem z Paramount Pictures, ja, wiesz, jestem reżyserem, a ja jestem producentem tego światowego przeboju, jestem aktorem, sportowcem, przedsiębiorcą... Poznawałem ich, wymienialiśmy się telefonami, budowałem relacje, bo od pewnego momentu rozumiałem już, że będą bardzo ważne, kiedy zakończę karierę sportową. I zanim ten sportowy przygasł, zaczął mi w duszy płonąć nowy ogień. Tyle że teraz biznes nie zdominuje mojego życia. Mam w końcu czas na odpoczy- nek i znalezienie balansu między pracą a życiem zawodowym.

Do tej pory musiałeś wciąż biec i biec, walczyć, blokować, uderzać łokciem, drzeć pazurami i jeszcze trafiać celnie. Jeśli się bałeś, to tego, żeby nie przegrać meczu. A teraz masz czas na refleksję. Kiedy myślisz o szczęściu, o tym, żeby nie przegrać życia, to jakie wartości wydają ci się najważniejsze?

Dzięki koszykówce nauczyłem się naprawdę dużo! Począwszy od tego, że tylko od ciebie zależy, jak zostanie zapamiętane twoje imię i nazwisko, jak będziesz reprezentował swoje pochodzenie i swój kraj. Jako sportowiec zdałem sobie sprawę, że wyznaczam drogę, jestem przykładem do naśladowania dla wielu młodych ludzi. Nauczyłem się ciężkiej, sumiennej pracy. Wiem, że do wszystkiego trzeba dojść potem i harówką, a nie kombinowaniem albo drogą na skróty. Będąc zawodnikiem NBA, widziałem mnóstwo ludzkich dramatów, które rozgrywały się w rodzinach innych koszykarzy – wiele krzywd, ból, zdrady, walka o dzieci.... Wszystko to chcę ominąć szerokim łukiem. Wiem, czego chcę w życiu, i będę do tego dążył. Dzisiaj już nie czuję presji, wiem, że jeśli czegoś nie chcę, nie muszę tego robić. To, jak potoczy się moje dalsze życie, zależy ode mnie.

Kiedyś, być może wkrótce, będziesz tatą. Miną trzy, cztery lata, dziecko będzie cię znało jako przedsiębiorcę, filantropa, ale przyjdzie dzień, kiedy zechcesz mu opowiedzieć swoją historię – i co mu wtedy powiesz?

Opowiem mu całą prawdę o sobie. Prawdę, której nie opowie żadna książka czy film. Chcę, żeby moje dziecko poznało człowieka, który kiedyś mieszkał w Polsce na Bałutach, ale miał siłę i odwagę, aby zawalczyć o inne życie. Mam nadzieję, że dzięki historii, którą usłyszą od taty, nie będą się niczego bały, będą celowały wysoko, walczyły o swoje własne szczęście...

Tekst ukazał się w magazynie ELLE MAN nr 2/2019.