Żyjemy w czasach, w których wszyscy grają. Jedno życie na pokaz, drugiego nikomu nie można pokazać. Czasami nawet samemu sobie. Mówisz o filmie czy o życiu?

Możemy zacząć od serialu albo od razu pomówić o życiu. Wszystko zależy od tego, jak nas wychowano, z jakich domów pochodzimy, co sprawiło, że jesteśmy tacy, a nie inni. Środowisko szkolne w „Pod powierzchnią” jest symboliczne, ale cała historia mogłaby się zdarzyć równie dobrze w innych okolicznościach. Dla mnie to drugie życie jest trudnym zagadnieniem. Bywa, że aktor się w tych wcieleniach gubi. Przynosi obce skóry do domu, to jest niezbuforowane, niewygumkowane, niewyczyszczone. Łapie się na tym, że to drugie, trzecie, nie własne życie. Że w sobie wskrzesza i analizuje obce życie. I ono jest nieoswojone, nieprzetrawione i to wszystko nim trzaska po ścianach. Życie potrzebuje higieny. Inaczej nie uda się go spełnić w godny sposób ani nie da się nim kierować. A tymczasem w naszych polskich realiach tej higieny brakuje.

Za mało czasu na higienę życia, bo trzeba pracować bez chwili przerwy?

Rzeczywistość ulega radykalnej transformacji, której nie potrafię ani już nawet nie próbuję rozwikłać. Otaczają mnie coraz to nowe bareizmy. Mój zawód stał się pewnego rodzaju ucieczką. Kiedy zaczynałem, myślałem tylko, że to będzie przygoda. I to związana z lataniem, bo w tym zawodzie fruwasz. To się zdarza rzadko, ale jak już się pofrunie, to uskrzydla człowieka na kolejne lata. Ale to kapryśny zawód. Sposoby narracji i kodowania efektu w teatrze, filmie czy w serialu zmieniają się ciągle i trzeba za tym nadążać. Już nie wystarczy obserwacja ludzi ani analizowanie zdarzeń, trzeba wiedzy, jak budować swoją postać czy sytuację, w którą twój bohater został uwikłany.

Musisz się uczyć cały czas nowego języka tak jak lekarz nowych technik operacyjnych?

Tak. Uczysz się języka przekazywania emocji. Z roku na rok trzeba to zmieniać, bo jeżeli staniesz w miejscu i powiesz: „Już to umiem”, okaże się, że za trzy lata odpadniesz w przedbiegach. Trzeba o tę iskrę, którą w sobie nosisz, dbać. Czasami jedziesz na oparach, czasami doładowujesz i ekspresja rozsadza ekran. To niedobrze, jeśli z emocjami postąpisz w sposób nieadekwatny, nikt tego nie zrozumie.

Reżyser nie powie Ci, jak to zrobić?

Trzeba powiedzieć prawdę: aktor w tym zawodzie był, jest i będzie sam. Zdarzają się czasem genialni reżyserzy, z którymi chcesz pracować następny i następny raz. Wtedy fruwasz. I chcesz wciąż takich twórczych ludzi szukać. Masz łaknienie i chęć spotykania ludzi coraz młodszych, a nie tych z antycznego poboru. Ja chcę opowiadać o ludziach, więc muszę wśród nich przebywać. Nie mogę się zamykać, mieszkać w pałacu jak jakieś odrealnione amerykańskie gwiazdy. Taki aktor jest ikoną, a tak naprawdę nie potrafi wyjść do ludzi. Są wyjątki. Matthew McConaughey w Austin, gdzie mieszka, chodzi do knajpy, kupuje kawę i to jest dla ludzi normalne. Ale wiele gwiazd boi się obcych. A przecież aktor nie może bać się ludzi. Jak ma ich poznać? Jak się przygotować do roli? Zresztą co mu grozi? Najwyżej mu powiedzą prawdę, jeśli coś spierdolił. Mnie się wydaje, że 80 proc. naszego środowiska jedzie na farcie. Czasami film zaczynasz kręcić w ciągu tygodnia! Nie ma czasu na próby, ludzie są nieprzygotowani, a reżyser nie ma nic do powiedzenia nie dlatego, że producent go tłamsi, ale dlatego, że robi cztery projekty naraz, bo musi zarobić na kredyt we frankach.