Pojawia się po swojemu. Nawet na uroczystej gali w Gdyni jest w dżinsach i ukochanych butach adidas superstar, model z roku 1976. Z tego samego roku co on. Zazwyczaj nikt nie umie przewidzieć, co zrobi ani co powie. Niektórzy twierdzą, że ma kilka osobowości. Ewidentnie ma konszachty gdzieś na górze albo gdzieś na dole. Jakiś rodzaj szczęścia, które wraca co siedem lat. Czyli teraz. W wywiadach opowiada, że nie wie, czy sukces „Bogów” mu się nie przyśnił. W styczniu zaczyna kręcić „Belfra”, tajemniczy serial dla TVN, po którym – jak mówi – telewizja bardzo się zmieni. Ani słowa więcej na ten temat. Zadziorny i pokorny, bezpieczny i nieprzewidywalny, obyty z technologiami i mówiący z przedwojennym warszawskim akcentem. Łukasz Palkowski balansuje na granicy światów.

Dostałeś Złote Lwy w Gdyni. Już kiedyś tam triumfowałeś, filmem „Rezerwat”.
Łukasz Pałkowski Teraz euforia była inna. Wtedy wszystko było spontaniczne, pierwsze. Gdynia, Paszport Polityki, łącznie z 30 nagród. Ale jestem już starszy. To niebywałe, że ta sytuacja się powtarza! Po raz kolejny mój film dostaje jednocześnie nagrodę publiczności i dziennikarzy. Minęło siedem lat. Już zapomniałem, jak to jest, kiedy ludzie zaczynają klaskać, wstają i klaszczą dalej, ten wzruszający moment. Ale już nie skaczę do góry, tylko jakoś układam to w sobie.

A spodziewałeś się nagrody za „Bogów”?
W życiu. Uważałem, że to jest nudny film. Że nikt się na kinie nie zna. I wszystkim to mówiłem: to się nie sprzeda, nikt się nie strzela, nie ma nagości, może trochę krwi jest na szczęście. A teraz dochodzę do wniosku, że to ja się nie znam na kinie.

Co działo się z Tobą przez te siedem lat?
Działo się wszystko. Zdążyłem się pławić w sukcesie, przepijać go w sposób wyczynowy, w dzikiej radości zmieniając kobiety jedna po drugiej. A potem dostałem solidnie po głowie. Mój drugi film bardzo się nie spodobał. Przy „Wojnie żeńsko-męskiej” wszystko, co mogło się złego wydarzyć, wydarzyło się. A ja wiem, że to widz ma rację. Nigdy się nie kłóciłem o to, że mój film jest genialny i nikt go nie rozumie. Po premierze dostałem masę nienawiści. Pomyślałem wtedy, że skoro po „Rezerwacie” dostałem dużo uwielbienia, to teraz znam oba światy.

Jak się czujesz teraz, w tym lepszym świecie sukcesu?
Jeszcze pół roku temu byłem bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Po ciężkim rozstaniu z kobietą, zmęczony tym, że już długo robiliśmy film i nic nie wskazywało na to, że to będzie sukces. Dziś na nowo układam sobie życie emocjonalne, zapowiada się dobrze. A o swoim zawodzie myślę, że jest fascynujący: łączy wiele dziedzin i nadal mnie rozwija. Dopiero co się przekonałem, na czym polega praca chirurgów, ich kłopoty i radości. Dopuścili mnie do swojego świata. I nawet zobaczyłem człowieka od środka.

Skąd tytuł „Bogowie”? Przecież profesor Religa unikał gloryfikacji, co widać też w Twoim filmie.
„Bogowie” są o ludziach, którzy nigdy nie będą nikogo przekonywać, że są kimś więcej. I to właśnie świadczy o ich wielkości. Czasem myślę, że ten film powstał cudem, było tak dużo niewiadomych. Długo powstawał, półtora roku, nigdy tak długo nie robiłem filmu. Tomasz Kot rozmawiał z ludźmi, obserwował operacje, towarzyszył lekarzom, zgłębiał historię profesora Religi. A potem poprosiłem go, żeby to wszystko wyrzucił z głowy. Musiał zbudować bohatera na nowo.

O co najbardziej musiałeś walczyć?
O to, żeby rzucić bohaterem o ziemię. Czyli alkohol i porażki. Nakręciłem o tym dużo więcej, ale trzeba było zachować proporcje. Producent i scenarzysta mieli ogromny podziw dla bohatera. Ja nie, ja się dopiero go uczyłem.

Nie pamiętasz postaci profesora Religi z dzieciństwa?
Nie, dopiero z czasów, kiedy był ministrem zdrowia, starszym już człowiekiem.

A co było dla Ciebie w „Bogach” najtrudniejsze?
Fantomy. Przygotowanie sceny z otwartą klatką piersiową i bijącym sercem trwało siedem godzin. Jedno cięcie skalpela i kolejne ustawianie. Takie serce jest z sylikonu, płyn się na nim skrapla, trzeba było smarować je żelem do włosów, żeby potem polać sztuczną krwią. I minuta na zdjęcia, bo krew się zsiądzie. Sztuczna krew zresztą jest choler- nie słodka. Rękawiczki lekarzy lepiły się do sprzętów.