Kibice West Ham United przyznali ci właśnie prestiżowy tytuł Hammer of the Year dla najlepszego zawodnika drużyny. Dobrze być sławnym?

Popularność przydała mi się tak naprawdę raz, całkiem niedawno, w Londynie, kiedy szukaliśmy przedszkola dla Jasia. Żona pytała i miejsc nie było. Wtedy poszedłem ja. Powiedzieli, że się znajdzie.

To znaczy, że wybrałeś w życiu właściwą drogę?

Nie żałuję żadnego z moich wyborów. Myślę o tym czasami, gdy słyszę, że mam 34 lata i czas wszystko przemyśleć od nowa.

Masz z tym problem?

Nie mam. Jestem w doskonałej formie, ale widzę reakcje kibiców, kiedy słyszą, ile mam lat. Patrzą na ciebie wzrokiem, w którym czytasz: jeszcze dwa, może trzy lata... Ale nie martwię się. Buffon czy Boruc dowiedli, że wiek nie jest decydującym wskaźnikiem w karierze bramkarza. Będę cisnął, ile mogę.

ZOBACZ: Marcin Gortat w ELLE MAN: co się dzieje, kiedy telefon już nie dzwoni [WYWIAD]

Piłkarzy na boisku jest dziesięciu, a bramkarz tylko jeden. Niełatwo wywalczyć swoje miejsce w drużynie, to, co pokazujesz na treningach, może nie wystarczyć.

Z jednej strony trzeba czekać na błąd kolegi z drużyny albo na jego kontuzję, bo tylko te dwie sytuacje mogą coś zmienić. Z drugiej nie można dopuścić do siebie takiego myślenia, nie można komuś źle życzyć, to nie buduje psychiki. Rozmawiałem o tym z Borucem, kiedy ściągnęli nowego bramkarza i musiał sobie wszystko układać od nowa. Każdy z nas ma ego. Każdy chce grać i każdy ma przekonanie, że jest lepszy od tego drugiego. We własnej głowie, kiedy siedzisz na ławce, słyszysz: nie... no ja bym to obronił!

Każdy chce grać, musicie walczyć o własną pozycję, ale i podporządkować się interesowi drużyny. Jak to pogodzić?

To jest zadanie trenera. Jeśli ma charyzmę i potrafi przekonać zawodników do swojej wizji, to możemy mu zaufać. Wtedy zgranie staje się możliwe. Niektórzy trenerzy to potrafią.