Lexus ES 300h jest limuzyną klasy średniej, kierowaną do dyrektorów wyższego szczebla. Nie każdy prezes chce poruszać się limuzyną, część decyduje się na bycie wożonym przez kierowcę. Owszem, reprezentacyjny okręt flagowy LS, z ręcznie wykonanym wnętrzem Omotenashi wydaje się najlepszą opcją dla prezesa, ale może nieco skromniejszy sedan również sobie poradzi.

Spokój i prezencja

Niespełna pięciometrowej długości nadwozie, duży grill w kształcie klepsydry, długa maska i smukłe nadwozie prezentuje się nie tylko niezwykle elegancko, ale także sportowo. Duże, 19-calowe felgi, obute w szerokie opony szczelnie wypełniają nadkola. Najciekawiej prezentuje się tylna część nadwozia z wyraźnie opadającą linią dachu, która płynnie przechodzi w zgrabny bagażnik, udekorowany lekko zaznaczonym spojlerem. Całość zwieńczają tylne reflektory, których światła pozycyjne mają kształt położonej litery „L”. Całość robi bardzo dobre wrażenie, a to dopiero wstęp do świata Lexusa, który poznacie dopiero po otwarciu drzwi. 

Testowany przeze mnie egzemplarz, to wersja Business Edition. Jego karoseria została udekorowana srebrnymi listwami i dodatkami, jeszcze bardziej podkreślającymi elegancki styl modelu ES. Po otwarciu drzwi kierowcy poczułem specyficzny zapach jakościowej skóry, którą obite zostały fotele i poszczególne części boczków drzwi. Obszerny fotel kierowcy jest jak oaza spokoju, w której możemy schować się po całodziennej walce o forecasty, targety i excele. Wystarczy jedynie objąć dłonią mięsistą skórzaną kierownicę, w wewnętrznej części wykończoną polerowanym drewnem i przycisnąć przycisk „START”. I co? I nic dalej we wnętrzu panuje niczym niezmącona cisza. Gdyby nie ożywające ekrany i delikatna bryza wydobywająca się z kratek nawiewów, nie wiedziałbym nawet, że układ napędowy jest już gotowy, by zabrać mnie w kojącą podróż. Lexus ES rusza bezszelestnie i sprawia wrażenie, jakby unosił się ponad nawierzchnią. Zawieszenie doskonale izoluje kierowcę od drogi, a do wnętrza nie przenoszą się żadne hałasy z zewnątrz. Inżynierowie pracujący przy tworzeniu modeli Lexusa wiedzą doskonale, jak wielka odpowiedzialność na nich ciąży. 

Japońska marka od początku swojego istnienia stała się synonimem perfekcyjnie wyciszonego wnętrza. Jak bardzo ważna jest to kwestia, świadczyć może pewna anegdota. Otóż, po skończonej pracy, zespół 60-ciu designerów i 1400 inżynierów zaprezentował pierwszego Lexusa LS400 prezesowi Toyoty, ten po jeździe testowej kazał im wrócić do pracy i od nowa zaprojektować auto, które miało być najbardziej komfortowym, najbardziej niezawodnym, najbardziej wygodnym i najlepiej wyciszonym samochodem na świecie. Ostatecznie projekt zamknął się budżetem miliarda dolarów, ale dziedzictwo i perfekcja wykonania pierwszego Lexusa widoczna jest cały czas we wszystkich modelach spod znaku stylizowanej litery „L”, a model LS400 pierwszej generacji uzyskał już status kultowego i jego ceny na rynku wtórnym rosną z roku na rok.

Tak cichy, tak łagodny, tak oszczędny

Ale koniec z anegdotami. Nas interesują fakty, a najlepszym, potwierdzającym poziom wykończenia Lexusa jest współpraca z audiofilską marką Mark Levinson. Firma długo nie chciała zgodzić się na współpracę z żadnym producentem samochodów, twierdząc że wnętrze auta to nie jest idealna scena dla najlepszych zestawów audio. Twierdzili tak do momentu wykonania pomiarów w samochodach Lexus. Od tej chwili firmy związane są stałą współpracą, a logo Mark Levinson dumnie widnieje na konsoli centralnej naszego Lexusa ES. 

Znam też kilka osób, które zarzucają Lexusowi odejście od klasycznego napędu na tylną oś. Mówią, że japońskie limuzyny klasy średniej skończyły się wraz z odejściem modelu GS. Moim zdaniem, w przypadku modelu ES nie ma mowy o jakiejkolwiek zmianie. Elektronika sterująca napędem ma dowieźć mnie bezpiecznie do celu i tak się dzieje. Poza tym, jak mawiają możni tego świata „Pośpiech poniża”, dlatego prawdziwy kierowca godny posiadania japońskiej limuzyny, nigdy nie sprawdzi granic możliwości układu jezdnego swojego auta. 

Sprawdzić może za to zużycie paliwa dużego sedana. Pod długą maską pracuje bowiem zaawansowany układ hybrydowy, w którego skład wchodzą: czterocylindrowy silnik benzynowy o pojemności 2,5 litra i zmiennych fazach rozrządu, pracującym w cyklu Atkinsona. Nie wchodząc w szczegóły techniczne, silnik potrzebuje do wydajnej pracy mniejszych ilości paliwa, a o to przecież wszyscy dziś walczą. Wspomagany jest silnikiem elektrycznym, który pozyskuje prąd z baterii doładowywanych przez silnik spalinowy oraz z kół podczas hamowania. W mieście układ hybrydowy bardzo chętnie korzysta z silnika elektrycznego pozwalając na bezemisyjną jazdę. Bez problemu udało mi się osiągnąć wynik 4,5 l/100 km, a znam jednego redaktora, któremu udało się wyśrubować wynik do niewiarygodnych 3,9 l/100 km! Przypominam, że mamy do czynienia z pięciometrową limuzyną, ważącą dobrze ponad półtorej tony i kierowcą dokładającym do tego 120 kg swojej obfitości.

Na trasie Lexus ES 300h może mierzyć się z najbardziej oszczędnymi dieslami. Zużycie na poziomie 5 litrów nie jest wyczynem, a szybka jazda autostradą wymusi na komputerze wskazanie około 7 litrów na każde 100 kilometrów. Auto jest wystarczająco dynamiczne, a po przełączeniu w tryb „SPORT+”, zmienia się w lekkoatletę. Najlepiej jest mu jednak w trybie komfortowym i w takim poruszać się będzie prawdopodobnie przez 99 procent przypadków.

Lexus ES zastąpił na polskim rynku ceniony model GS, stoi więc przed nim duże wyzwanie. Musi udowodnić, że była to dobra decyzja. Ja jestem spokojny o jego losy, bo jest najprawdziwszym Lexusem, spełniającym najwyższe wymagania swoich użytkowników i fanów marki. Jest elegancki, wyrafinowany i wyróżnia się z tłumu. I koniecznie załóżcie do niego zielony krawat.

ZOBACZ: Audi e-tron Sportback – elektryczny wilk syty i sportowa owca cała?

CZYTAJ TEŻ: Skoda Superb iV Plug-in Hybrid – wyższy poziom ekologii?

TAKŻE O BMW: Albo grubo, albo wcale, czyli najpotężniejsze SUV-y na rynku