GRZEGORZ KAPLA: Wróciłeś z koncertu. Wiem, jest epidemia, obostrzenia, ale publiczność w Operze Leśnej dopisała.

KRZYSZTOF ZALEWSKI: Tak. Ludzie byli spragnieni muzyki na żywo. Ja też za tym tęskniłem. Za tą energią, która jest między muzykami i słuchaczami, bo ona wędruje w obie strony. Dla mojej ekipy, realizatorów dźwięku czy światła to pierwsze pieniądze od dawna. Nie ma koncertów, nie ma zarobku. 

Publiczność ma łatwiej, są płyty, są filmy z koncertów. Mój ulubiony z Twojego koncertu to ten, kiedy wychodzisz na scenę tylko z gitarą i śpiewasz unplugged „Sen o Warszawie”. Tylko gitara i głos. Nie myślałeś o takich występach? 

Chyba za mało wierzę w swoje umiejętności, żeby od początku wyjść tylko z gitarą. Na bis tak wyszedłem i poczułem się naprawdę dobrze z tym, że potrafiłem cały ten tłum porwać na akustyku. Ale najpierw potrzebuję jednak tej godziny całego show, żeby ich „kupić”, żebym poczuł, że już teraz mogę wszystko. 

Mówisz, jakby brakowało Ci wiary.

Pewnie tak jest. Skoro cały czas próbuję wymyślać coś nowego i na każdym koncercie spalam się doszczętnie, to dowód, że walczę z kompleksami. Ale też lubię się spalać na koncertach. Poza wszystkim to świetne ćwiczenie fizyczne, dzięki temu jestem w formie. Trzeba się nabiegać, a w dodatku muzyka jest najlepszym środkiem zmieniającym świadomość. Wpływa na całe ciało. 

Pamiętasz, kiedy pierwszy raz pomyślałeś, że to Twoja droga?

Miałem trzynaście lat, moja mama trafiła do szpitala i nie było wiadomo, czy przeżyje. Kiedy się okazało, że operacja się powiodła i nie będę sierotą, wszystkie ciotki doszły do wniosku, że niech ona dochodzi do siebie, a ja odetchnę na wakacjach. Najpierw byłem na Węgrzech, potem na obozie językowym, później w Karpaczu na obozie chóralnym, a w końcu pierwszy raz w Tatrach. Przez cały ten wyjazd miałem przy sobie na kasecie taką składankę, rockowa klasyka — Purple, Zeppelini. I pamiętam ten moment w Tatrach, to zestawienie absolutnie niezwykłych widoków, dla mnie to było, jakby mnie ktoś wywiózł na księżyc z muzyką Slasha czy Kravitza. Nie miałem żadnych wątpliwości, że zostanę muzykiem rockowym. Byłem w szkole muzycznej, w klasie perkusji, bo mnie wyrzucili z fortepianu, ale wiedziałem, że muszę zacząć grać na gitarze. Tak postanowiłem i nigdy później nie miałem wątpliwości. Nawet jak pierwsza płyta się nie sprzedała, jak siedziałem w studiu, nagrywałem komuś chórki, parzyłem kawę i byłem takim przynieś, podaj, pozamiataj. Nie zwątpiłem, kiedy grałem w coverowych zespołach ani kiedy akompaniowałem u Nosowskiej, potem u Brodki. Pisałem do szuflady i nie umiałem pokonać tej granicy, bo wciąż pamiętałem ten splendor, te obietnice migających światełek „Idola”. Grałem dla innych bez szansy, żeby wyjść i zagrać swoje. Były momenty depresyjne, ale nigdy nie zwątpiłem. Nigdy nie chciałem zmienić zawodu.

Jest to więc opowieść o wytrwałości i wierze?

I o szczęściu. Nie zwątpiłem, że los się odmieni. Miałem setki pomysłów i kilka gotowych piosenek, wiesz, gust rozwija się szybciej niż umiejętności. Wiedziałem, co jest fajne, ale jeszcze nie umiałem tego dogonić. Grałem z Nosowską, to absolutnie genialna pisarka, więc poprzeczka była zawieszona bardzo wysoko, i to jedna z przyczyn, dlaczego szło mi tak powoli. Poza tym łatwo mówić, że tworzę płytę i jak ją skończę, to klękną narody, a trudniej zmierzyć się ze skończonym dziełem, wystawić się na ocenę. 

I co się stało, że się zdecydowałeś?

Przestałem pić.

To jest takie proste?

No tak, koniec końców. Nawet bujając w obłokach, cały czas pisałem i można było skleić z tego album, ale bardziej mnie ciągnęło do świata marzeń, a tu trzeba było ogarnąć jeszcze świat wokół siebie. Znaleźć ludzi, którzy będą chcieli poświęcić swój czas i z tobą grać, wiedząc, że nie zarobią na tym przez pół roku, rok, a może trzy lata. Trzeba było znaleźć wytwórnię, przekonać ich do siebie.

Ale znałeś Nosowską, Brodkę. Miałeś ludzi, którzy mogliby Ci pomóc.

Znałem artystów, ale trzeba było ogarnąć stronę organizacyjną: koncerty to nie tylko muzycy, musisz mieć realizatora dźwięku, realizatora światła, techników. Na początku sami ustawialiśmy sprzęt, a światła były takie, jakie były w klubie. Ale i tak musisz ogarnąć transport, logistykę. Potrzebujesz menadżera. Jest wielu zdolnych, ale ciężko znaleźć kogoś, kto ci zaufa. Miałem dużo szczęścia, w końcu jakoś mi się udało dojść tutaj, gdzie siedzimy. Uważam, że Kayax to jedno z największych błogosławieństw w moim życiu.

Cały wywiad GRZEGORZA KAPLI z KRZYSZTOFEM ZALEWSKIM znajdziecie w najnowszym, jesiennym numerze ELLE MANA>>>

ZOBACZ: Chris Hemsworth w ELLE MAN: Co jest w życiu ważne, kiedy masz już wszystko? [WYWIAD]

CZYTAJ TEŻ: Robert Pattinson w nowym ELLE MANIE: Trzeba mieć plan [WYWIAD]

TAKŻE NA ŁAMACH ELLE MAN: Sebastian Fabijański w ELLE MAN: Milczenie jest złotem [WYWIAD]