Fioletowe Pończochy to nazwa pierwszej, mniejszej sceny Teatru Polonia. Powstała, kiedy w teatrze trwał jeszcze remont sceny głównej. Od kilkunastu lat wystawiane są tam kameralne, ale bardzo emocjonalne sztuki, takie jak chociażby „Kantata na cztery skrzydła” z Agatą Kuleszą, świetnie wyreżyserowana przez Izę Kunę „Zabawa”, czy jeden z najlepszych monodramów jakie kiedykolwiek zostały wystawione na polskich scenach, czyli „Ucho, gardło, nóż” Verdany Rudan, w poruszającym wykonaniu Maestry Jandy, w jej adaptacji i reżyserii. Scena ta jest bardzo lubiana przez widzów Polonii, bo pozwala na niemalże namacalny kontakt z aktorami. Dla aktorów zaś jest to bardzo duże wyzwanie, bo niewiele przed widzami udaje się ukryć.

Najnowszą premierą na tej scenie jest „Cravate Club”. Tę sztukę dwadzieścia lat temu po raz pierwszy wystawił zacny paryski teatr z 14. Dzielnicy, La Gaîté-Montparnasse. Autorem sztuki, a jednocześnie debiutantem, był Fabrice Roger-Lacan. W sztuce grał znakomity Charles Berling (widzom w całej Europie znany z filmu „Nuda”, a w Polsce z filmu „Maria Skłodowska Curie”, gdzie wcielił się w postać męża tytułowej bohaterki – Piotra Curie), a partnerował mu Edouard Baer (filmowy Asterix z przygód o Obelixie i Asterixie). Komedia Lacana została entuzjastycznie przyjęta przez widzów i krytyków. Otrzymała kilka prestiżowych nagród i jest chyba najczęściej graną sztuką Lacana od tamtej pory. Zaraz potem na podstawie sztuki nakręcono również film, w którym grali ci sami aktorzy. „Cravate Club” niedługo po paryskiej premierze wystawiono również w Warszawie na Scenie Prezentacje. Co ciekawe, grał w niej Wojciech Malajkat w towarzystwie Sambora Czarnoty. Jednoaktówkę w Prezentacjach reżyserował Romuald Szejd. 

Wojciech Malajkat postanowił po latach powrócić do tekstu Lacana. Nie tylko znów zagrał w sztuce, ale także ją wyreżyserował. Do współpracy i partnerowania na scenie zaprosił Marcina Stępniaka. Jego „Cravate Club” to słodko-gorzka opowieść o dwóch facetach, wspólnikach i – chyba – przyjaciołach. Z premedytacją używam tego stylistycznego wahania, bo sztuka dotyczy właśnie przyjaźni i tego, jak z najprostszej sprawy, niedopowiedzenia, przemilczenia, wieloletnia i trwała relacja może rozlecieć się na milion kawałków. 

Bernard (Wojciech Malajkat) jest ojcem rodziny i statecznym obywatelem. Adrien (Marcin Stępniak) to niezależny od nikogo rozwodnik. Razem prowadzą biuro architektoniczne, które właśnie wygrało konkurs na prestiżową realizację. Wydaje się, że panom niczego nie brakuje. A jednak… Nagle jeden z nich zaczyna być zazdrosny o życie tego drugiego, co w efekcie doprowadza do przełomowych zwrotów akcji w ich przyjaźni. Interesujący jest zabieg dramaturgiczny reżysera Malajkata, który zwiększając różnicę wieku między bohaterami – na oko dzieli ich co najmniej 20 lat – ustawia Bernarda i Adriena w pozycji mistrz – uczeń. Już samo to musi powodować napięcia, ale – co ciekawe – to nie ten starszy okazuje się mądrzejszy. 

„Cravate Club” to opowieść o kryzysie wieku średniego, kiedy to zadajemy sobie pytania o to, kim jesteśmy, co osiągnęliśmy, ale przede wszystkim – co przegapiliśmy. Wielu żonatych mężczyzn, otoczonych gromadką dzieci i ukojonych małą stabilizacją, z zazdrością patrzy na swoich młodszych, wolnych kolegów, tak jak Bernard na Adriena. Nie mogą znieść, że coś ich omija. Są w stanie poświęcić wiele, jeśli nie wszystko, za to, żeby znów poczuć adrenalinę lub przynależność do grupy innej niż rodzina. 

Ta nadbudowa sztuki Lacana sprawia, że jego jednoaktówka jest bardziej tragikomedią niż komedią. Szybka wymiana zdań i walka na argumenty pomiędzy bohaterami jest ogromnym atutem „Cravate Club” wystawionym w Polonii. Wojciech Malajkat w swojej roli jest ujmująco nieporadny, a jednocześnie irytująco uparty. Nietrudno uwierzyć, że z takim upierdliwym przyjacielem jest ciężko wytrzymać. Nie widzi niczego poza własnym nosem. Mówi wielkie słowa o przyjaźni, ale w tej relacji przygląda się tylko sobie, nie zwracając uwagi na potrzeby drugiej strony. 

Marcin Stępniak aktorsko ma trudne zadanie, bo przecież gra z mistrzem, no i ze swoim profesorem z Akademii Teatralnej. Stępniaka pamiętam z doskonałej roli w „Otellu” w reż. Grażyny Kanii. Kilka lat później możemy na scenie zobaczyć dojrzałego, pewnego siebie, zdecydowanego aktora. Ma w sobie tyle wigoru, że mała scena Teatru Polonia wydaje się dla niego za ciasna. Bardzo ładnie wymyślił sobie swojego bohatera w ekspresji, a nawet czasem nadekspresji, przyruchach i gestach. Oraz w zadziwieniu, które narasta z minuty na minutę, kiedy patrzy na zmianę swojego przyjaciela. Marcin Stępniak partneruje Malajkatowi bez cienia zawahania. Gra znakomicie. 

Sztuka Lacana to opowieść o współczesnych, dorosłych mężczyznach z klasy średniej, którzy próbują określić swoje miejsce w świecie. Dopasować się do ról, które zostały im narzucone przez kulturę. Bojących się przemijającego czasu i własnej wrażliwości. Starzejący się Bernard ma nadzieję, że dzięki przyjaźni z młodym Adrienem on również poczuje się dużo lepiej. Ale jak to mówią, nadzieją matką…

  • Cravate Club
  • Fabrice Roger-Lacan
  • reż. Wojciech Malajkat
  • Teatr Polonia w Warszawie
  • premiera 24 września 2020 roku

ZOBACZ TEŻ INNE NASZE RECENZJE

ABONAMENT NA SZCZĘŚCIE: Egzamin z wrażliwości, czyli „Abonament na szczęście” na podstawie Osieckiej w wersji scenicznej

DOBROBYT: Równi i równiejsi. „Dobrobyt” w reżyserii Árpáda Schillinga w Teatrze Powszechnym w Warszawie

POWRÓT TAMARY: Stracona rewolucja, czyli spektakl o spektaklu. „Powrót Tamary” w Teatrze Studio