Bo to przecież nie tylko Oscar dla „Parasite” Joon-ho Bonga, ale cało to k-popowe szaleństwo czy serialowa ofensywa na Netfliksie. Przy czym umówmy się, piszę to ciągle z europejskiej perspektywy, a koreańska kultura najpopularniejsza jest przecież w Chinach, Japonii i innych krajach Azji. Dlaczego tak się stało, to temat na inny felieton. W sumie lepiej, żeby tłumaczył to ktoś mądrzejszy ode mnie.

My wróćmy do kina. Moje pierwsze skojarzenia z koreańskimi filmami to - zombie. Serio, w gatunku horrorów o żywych trupach od dawna nie pojawiła się nic lepszego od „Pociągu do Busan” (bojkotuję polski tytułu „Zombie express”) czy #Alive ( to akurat do zobaczenia na Netfliksie). No, ale i w kryminale dobrze sobie radzą. „Old Boy” Park Chan-wooka to już klasyka. Natomiast „Zagadka zbrodni” Joon-ho Bonga (reżysera „Parasite”) to chyba najlepszy film o seryjnym zabójcach, jaki kiedykolwiek widziałem. Fabuła nawiązuje do morderstw z Hwaseong, gdzie pomiędzy 1986 a 1991 rokiem zabito i zgwałcono dziesięć kobiet. Śledztwo w tej sprawie było jednym z największych, jeśli nie największym, w historii Korei Południowej. W jego trakcie sprawdzono ponad 21 tysięcy podejrzanych na co poświęcono ponad dwa miliony roboczogodzin. Bez rezultatu. Przez ponad trzydzieści lat sprawa pozostawała nierozwiązana. Dopiero w 2019, podczas badania próbek DNA znalezionych w latach osiemdziesiątych na miejscu zbrodni, udało się odnaleźć zabójcę. Okazał się nim być Lee Choon-jae, odsiadujący wyrok dożywocia za zamordowanie swojej szwagierki.

„Zagadka zbrodni” to wyjątkowo nastrojowy obraz. Zaskakująco spokojny, biorąc pod uwagę tematykę, jaką się zajmuje, ale pomimo tego pełen wewnętrznego napięcia. Skupia się na policjantach prowadzących śledztwo w sprawie seryjnego mordercy. Tych miejscowych, zmęczonych, czasami komicznych i skorumpowanych, którzy są skonfrontowani z młodym profesjonalistą przesłanym im do pomocy z Seulu. Pokazuje, jak krok po kroku śledztwo zmienia się w obsesję, a zło wywołane przez morderstwa zatacza coraz szersze kręgi i niszczy kolejne osoby. Pod tym względem „Zagadka zbrodni” wydaje się być prekursorskim obrazem względem młodszego o kilka lat fincherowskiego „Zodiaka”, który porusza podobną tematykę z podobnymi założeniami. Jeśli jeszcze Państwo „Zagadki zbrodni” nie widzieli, to koniecznie zobaczcie.

Ale pisać miałem o zupełnie innym filmie, czyli o „Nocy w raju” Park Hoon-jeonga, który niedawno wylądował na Netfliksie. I teraz, tak jak do „Zagadkę zbrodni” polecam w ciemno, bo to wybitny film, tak „Noc w raju” wymaga odpowiedniego nastawienia i nastroju. To obraz, który jest w świadomy sposób męczący. Ale o tym za chwilę. Najpierw fabuła. Mamy tutaj opowieść gangsterską o niemal archetypicznej intrydze. Mamy dwie organizacje, które ze sobą konkurują, co powoduje konflikt. W jego trakcie dochodzi do zamachu jednego z gangsterów, w którym ginie jego rodzina. Gangster dokonuje więc krwawej zemsty. A w rezultacie musi uciekać z miasta. Trafia na prowincję, gdzie w sielskiej atmosferze czeka aż zrobi się bezpieczniej. Oczywiście, wszystko idzie nie tak, jak to było planowane.

Napisałem, że „Noc w raju” jest w świadomy sposób męcząca, bo nie idzie w żaden sposób na łatwiznę. To film długi i dłużyznami wypełniony. Bohaterowie jedzą, potem gdzieś jadą, znowu jedzą, siadają na ławce, patrzą na ocean i piją dla odmiany. A my patrzymy na ich zmęczone, zrezygnowane twarze. Bo oni zdają sobie sprawę, że ich los jest już przypieczętowany. Pozostaje im tylko oczekiwanie na nieuchronny finał.   

Nie zobaczymy też tutaj żadnego, typowego dla gatunku, gloryfikacji życia gangsterów. Niemal każda z postaci występujących w tym filmie to ktoś moralnie odrażający. Liczą się tylko mniej lub bardziej brudne interesy. A każda chwila słabości jest brutalnie wykorzystywana przez przeciwnika.  Co powoduje, że ciężko nam polubić bohaterów lub im współczuć. A oni też nie próbują zdobyć naszej sympatii. Szczerze mówiąc, nie przypominam sobie filmu, którego twórcy traktowaliby widza z taką obojętnością. Jakby zupełnie im nie zależało, czy ktokolwiek ich dzieło kiedykolwiek obejrzy.  

Dużo w „Nocy w raju” brutalnej groteski, przerysowania, obrazowej przemocy. Mamy łamane kości, zakrwawione twarze, miażdżone części ciała.  Jest brzydko i nieprzyjemnie, chociaż w kilku momentach wpadamy w komiksową estetykę. Ale równocześnie czuć, że to wszystko jest świadomym wyborem estetycznym. Twórcy opowiadają nam o złym, pozbawionym nadziei świecie i dostosowują do tego stosowane środki wyrazu. Potrafiliby to zrobić inaczej. Dowodem na to scena pościgu na autostradzie, która niewiele ustępuje tym z hollywoodzkich superprodukcji. Ale nie chcieli. Mam wrażenie, że postanowili to prostą gangsterską opowieść o zemście i odkupieniu potraktować zupełnie serio. Podchodzą do widza mówiąc, hej wiem, że widziałeś już to dziesiątki razy, to teraz zobacz, jakby to NAPRAWDĘ wyglądało.   

No cóż... Jak widać po tym tekście mam na temat „Nocy w raju” mieszane uczucia. Naprawdę widać tu pomysł i rzemiosło, ale nie wiem, czy twórcy trochę się w swoich zamiarach nie pogubili. Powstał jednak moim zdaniem film ciekawy. Chociaż kiedy za kilka miesięcy będę rozmyślał o koreańskim kinie (co jak wiadomo, czynię regularnie), raczej ten tytuł nie będzie mi przychodził do głowy, jako pierwszy.