Christian Cieślak: Zaczniemy trochę nietypowo, bo od podziękowań. Komu i za co dziękujesz w tytule swojego najnowszego albumu?

KRÓL: Zacznę może od końca – dziękuję za to, że udało się nam wytrzymać, mając tu na myśli moich najbliższych, ale i najdalszych. Dziękuję za wszystko, za to, co dobre i złe. Może to zabrzmi trochę jak Błażejo Coelho, ale trudno. A bardziej dosłownie, że nasz słuchacz się ciągle zmienia, co odkryliśmy ostatnio w statystykach na naszych mediach społecznościowych. Tyle samo przychodzi nowych, co starych osób odchodzi – dojrzewają, albo się przegrzewają, albo gniją, i za to też dziękuję, za tą ciągłą rotację i ruch. 

Zatem w tych podziękowaniach jest też miejsce dla twoich fanów. 

Tak, to podziękowanie jest przede wszystkim dla fanów, choć ja nie lubię tego słowa – dla słuchaczy, dla odbiorców, dla osób dotkniętych, ugłaskanych, bądź uderzonych przez to, co robię.

A propos słuchaczy, uważasz, że to oni doprowadzili ciebie do tego miejsca w twojej karierze, czy to jednak twój osobisty upór uczynił ciebie tym, kim dziś jesteś?

Wydaje mi się, że odbiorca generalnie jest takim motorem. Oczywiście można pisać do szuflady, bądź tworzyć sztukę dla sztuki, natomiast to spojrzenie przez pryzmat drugiej osoby, ta filtracja emocji przez słuchaczy jest bardzo ważna. Jeśli chodzi o mnie, to chcę o nich zabiegać, bo chcę być słyszalny, chcę trafić do jak największej grupy osób. Zresztą kto nie chce? Można nieskromnie udawać, że samo granie sprawia mi przyjemność, tylko po co? 

Sądzisz więc, że ten wysyp nagród jak Paszporty Polityki, czy Fryderyki, to kwestia właśnie dotarcia do tego odbiorcy, czy zwykłe wyróżnienie za twoją obecną popularność? 

Rok rocznie pojawiały się jakieś statuetki, czy to nagroda im. Grzegorza Ciechowskiego, czy „Mateusze” Radiowej Trójki. Już od dłuższego czasu dostawałem jakieś potwierdzenia tego, że to, co robię jest akceptowane, lubiane i przyjmowane z ciekawością. Nie ma we mnie jakiegoś szoku, że nagle stałem się super znany, bo nie stałem się super znany. Cały czas czuję, że bliżej mi jednak do tej niszy, a wręcz, że stoję w jakimś rozkroku pomiędzy alternatywą, a mainstreamem, bo do żadnego z tych światów nie należę i nie staram się należeć. Może gdybyśmy zebrali te dotychczasowe tytuły, okazałoby się, że rzeczywiście to wybuchło, choć wydaje mi się, że działo się to regularnie i to zawsze za coś. Zawsze było to jakoś potwierdzone, czy to albumem, czy to innymi okołomuzycznymi rzeczami.

Patrząc z pespektywy osoby, która nigdy o tobie nie słyszała i nie zna twojej muzyki, i mam tu siebie na myśli, do wczoraj przynajmniej, można właśnie odnieść wrażenie, że jest to eksplozja. Tym bardziej, gdy jest to swoiste wyróżnienie dla osoby spoza tego symbolicznego mainstreamu. 

Szczerze, to nie jest dla mnie wyróżnienie. Tutaj wrócę do mojej wcześniejszej wypowiedzi – cały czas staramy się szukać nowych odbiorców, ale w internecie, gdzie działam już od lat, jesteśmy dość widoczni. Cieszę się, że dołączyłeś do grona osób, które poznały moją twórczość. 

Wracając do „Dziękuję”, skąd ta krwawa łezka na jego okładce? 

Wojciech Kucharczyk, który był odpowiedzialny za szatę graficzną, poukrywał w niej pewne symbole, tworząc jakieś drugiego dno, które działa bardziej na zasadzie intuicji, niż ukrycia jakichś prawdziwych spraw. Udało nam się znaleźć wśród zdjęć Łukasza Saturczaka takie, które było idealnie niejednoznaczne, przedstawiało jakiś ruch, drogę, jakby przyłapanie w bliżej nieokreślonym ekstatycznym, dziwnym momencie – nie wiadomo czy to otwieranie, czy zamykanie oczu, odlot, czy przelot. Ta łza wypłynęła mimowolnie, pojawiła się znikąd i trudno właśnie powiedzieć co symbolizuje. Może ten ostatni rok właśnie? Może to tak naprawdę nie jest krew, tylko jakiś słodki sok? Z mojej strony to jest trochę leniwe, ale po prostu nie mam tych symboli nazwanych, choć z drugiej strony lubię ten uniwersalizm. Lubię kiedy to znaczenie pojawia się wraz odbiorcą, który mówi mi, że to właśnie jest krew, a ja wtedy na to, że to kropla soku z gumijagód. 

Zatem odbiorcy to clou artysty, który oddając im kawałek swojej muzyki, stwarza dla nich szansę interpretacji jego twórczości poprzez swoje osobiste doświadczenia. 

Tak, jakkolwiek to będzie zinterpretowane, będzie to interpretacja trafna. 

Odnosząc to zatem do albumu „Dziękuję” – jak go muzycznie zinterpretować? Czy to jest pop? Alternatywny pop? Czym on jest? 

Zacznę od tego, że kiedy tworzysz swój album, kiedy piszesz i nagrywasz go, nie masz do niego dystansu, jesteś jego częścią, ciężko to tak po prostu nazwać, bo jest tak płynne i zmienne. Gdy zaczęliśmy zastanawiać się z wydawcą, czy w ogóle mówić, że „Dziękuję” jest postpandemicznym dziennikiem, czymś wynikającym z tych czasów, to stwierdziliśmy, że nie będziemy używać tego słowa, bo mamy już tego dość. Chcemy w końcu wyjść z domów i nauczyć się żyć w tym „nowym” świecie. Z drugiej jednak strony, to, co popełniliśmy w ciągu ostatniego roku do dziś, będzie nosić ten ciężar, większy, czy mniejszy, tego konkretnego okresu. Muzycznie natomiast to rozwinięcie pomysłów ze wcześniejszych płyt, przy jednoczesnej zabawie melodią. Może nie ma tu wspólnego mianownika, jeżeli chodzi o gatunek, ale jest nim czas, w którym to powstało, no i ta melodia i rytm. To pewnie trochę banalne, ale to w muzyce najważniejsze – chyba. Nie nazywam tego popem, czy alternatywną, bo gram naprawdę różnie rzeczy i stwierdziłem, że ja po prostu robię piosenki. 

To śmiała teza, w obliczu tego, że „Dziękuję” wydaje się idealne do potupania nóżką.

To dość wyświechtane stwierdzenie, ale pomimo, że to jest taneczne i czuć w tym coś pozytywnego i jasnego, to jednak teksty odciągają nas na tą drugą stronę – jesteśmy rozdarci, a wręcz ściągani na ziemię. Choć nóżka sobie tupie, to jednak w głowie zachodzą jakieś reakcje. Nogi swoje, głowa swoje, a serce rwie w jeszcze inną stronę. Wydaje mi się, że nie było to planowane, ale ucząc się teraz tego albumu, kiedy pojawia się odbiorca, kiedy pojawiają się dziennikarze, z którymi rozmawiam na jego temat, to dopiero zaczynam to nazywać. 

Wspomniałeś o nauce swojego albumu. Na czym polega ten proces w twoim przypadku? 

Tworząc, do końca nie wiem jaki ciężar uzyskam z połączenia słów i melodii. Potrzebny mi jest odbiorca, który przez swą wrażliwość pokieruje i pokaże… może nie drogę, ale chociaż kierunek. Muzyka jest abstrakcją i w istocie nie jest nam do niczego potrzebna, ale z drugiej strony, nie wyobrażam sobie bez niej żyć.

Czyli muzyka od zawsze była twoją pasją? 

Tak, ale z pokorą, bo cały czas się jej uczę. Może nie studiuję innych dzieł, ale codziennie staram się coś napisać. Po prostu regularnie popełniam album – cały czas nagrywam, cały czas piszę, dokonuje jakiegoś ruchu, co można nazwać rozwojem muzycznym.

Jak się zatem jeszcze rozwijasz? Co ma na ciebie artystyczny wpływ?

To, czego doznaje – muzyka, książki, komiksy, filmy. Generalnie wszystko, choć nie bezpośrednio. Słuchając ostatniego albumu Taylor Swift nie stwierdzam nagle, że chcę nagrać płytę folkową. Mnie po prostu te wszystkie rzeczy przenikają. Na przykład słuchałem ostatnio sporo Fugazi i My Bloody Valentine – to są rzeczy, które sprawiają mi przyjemność, ale nie mają na celu ‘czytam coś, żeby napisać coś’. Mieliśmy w weekend próbę, gdzie spotkaliśmy się z szalenie inspirującymi, otwartymi i poszukującymi ludźmi. To nas zainspirowało do tego, żeby grać jeszcze więcej i mocniej tworzyć. Nie wiesz co i w jakiś sposób ciebie zainspiruje i jakie będą tego konsekwencje. Dzisiaj rano czytałem „Dziennik Powstania Warszawskiego” Mirona Białoszewskiego i nie wiedziałem, że to tak na mnie zadziała i sprawi przyjemność. A jaki to będzie miało skutek? Zobaczymy, choć mam nadzieję, że nie napiszę albumu o powstaniu warszawskim. 

Skoro już przywołałeś imię swojej żony, to jak jej obecność wpływa na to, co tworzysz? 

Jeżeli wszystkie doznania ze świata sztuki wpływają na mnie pośrednio, tak Iwona wpływa na mnie bezpośrednio. Jesteśmy dla siebie 24 godziny na dobę, no i choćbyśmy bardzo nie chcieli, a chcemy, to wpływ jest najprościej mówiąc silny. Zaczęło się od tego, że była moim pierwszym odbiorcą i pierwszym recenzentem, co trwa do dziś, gdzie stała się współtwórcą i kumplem w graniu. Gdybyśmy byli zespołem punkowym to siedzielibyśmy teraz razem w garażu, pili piwka i wymyślali nowe melodie od rana do wieczora, a później jeździli sobie na deskorolkach. 

To kiedy piszesz jakąś piosenkę, to Iwona wie, która jest o niej? 

Nie piszę piosenek ‘o kimś’. To są impresje, wyrwane z kontekstu rzeczy wsadzone w inny kontekst. Są to emocje związane z nami. Słuchacz, który zna naszą historię, znajdzie tam bardzo dużo dialogu ‘ja-Iwona – Iwona-ja’. Trzeba też podkreślić, że Iwona jest współautorem tekstów i wydaje mi się, że zbudowaliśmy w tych tekstach taki fragmentaryczny klimat, który działa między dwojgiem ludzi. Ja nie piszę jak, przykładowo, Kazik Staszewski, który napisał „Dla Ani”, albo „Diana” Paula Anki. Wszystkie utwory są dla Iwony, o Iwonie i o nas. Jedna piosenka to za mało, żeby podziękować mojej małżonce, dlatego wydaje mi się, że taki wspólne tworzenie daje nam taką możliwość. 

Myślisz, że gdyby nie byłoby jej przy twoim boku, to twoja twórczość byłaby zupełnie inna, albo jej w ogóle nie było? 

Nie wiem, nawet się nad tym nie zastanawiałem. Jest coś takiego, że trzęsienie ziemi czy tornado może być uwarunkowane trzepotem motylich skrzydeł na drugim końcu świata. Dlatego wydaje mi się, że na pewno byłoby inaczej, ale nie chcę tego sprawdzać, nawet jeżeli będzie w przyszłości taka możliwość – jakiś wehikuł czasu, czy inne kosmiczne rzeczy. 

Warto było pracować na blask jupiterów przez te ostatnie 20 lat? 

Nie wiem czy zapracowałem na blask jupiterów, ale jeśli tak, to czujemy się w nim całkiem dobrze, choć nie było i nie ma w tym żadnej kalkulacji. W tym momencie pracuję z wydawnictwem „ART2” i staram się dobierać takich ludzi, którzy nie będą na mnie sztucznie naciskać, chcieli produkować super hity, aby zabłysnąć. Trafiam na osoby, którym bardziej zależy na szczerości i pokonywaniu jakiejś drogi. Największa frajda to podróż, bo sam jej cel jest tylko przyjemną kulminacją, natomiast my najwspanialej bawimy się wymyślając i bawiąc się tą podróżą, czyli tworzeniem albumu. Chcemy pisać i przekazywać te piosenki słuchaczowi, a czy to będzie na pierwszym miejscu listy przebojów, czy będzie tam fruwać w internecie, nie ma dla mnie to takiego znaczenia. Kłamałbym, że tego nie chcę, bo na początku mówiłem, że jednak dążę do jak największej ilości słuchaczy, natomiast ten słuchacz nie jest moim głównym celem, a głębia, która wynika z jego obecności. 

Czyli nie będzie załamania, gdy przestaniesz być zapraszany do telewizji śniadaniowej? 

Na szczęcie telewizję śniadaniowe i bycie w nich lub nie, nie warunkują u mnie dużych zmian emocjonalnych. Muzyka jest tak abstrakcyjna, że każdy może jej słuchać i ja nie mam prawa decydować, kto ma mnie słuchać. Nie obrażę się jednak, gdy te jupitery zgasną, nie będę smutny, bo ma mnie kto kochać. 

Na zakończenie, „KRÓL jest królem polskiej piosenki”. Musi nim być? Chce nim być? Lubi nim być?

Chciałbym, ale prócz tego, że piszę piosenki, to nie ma w tym szukania przepisu na hit. A może kiedyś poszukam wzoru na ten idealny utwór? Na razie staram się być szczery, robić rzeczy z przyjemnością i dzielić się nimi bo królem to jestem tylko z nazwiska

I to jest bardzo dobra puetna naszej rozmowy, bardzo dziękuję.

Bardzo dziękuję!