Dawno, dawno temu była telewizja, zwana publiczną, która realizowała misję. Dla niewtajemniczonych lub niepamiętających, bo misję telewizja publiczna realizowała jeszcze w zeszłym stuleciu, słowo „misja” nie oznaczało jakieś tajnej operacji. Miała na celu edukację obywateli, traktowania ich jak mądrych partnerów, zapoznawania z poezją, muzyką, dramatem. Miała programy kulturalne, znakomite programy sportowe, dyskusje z mądrymi ludźmi, spotkania z autorytetami. Od kilkunastu lat telewizja publiczna nie realizuje misji. Traktuje widzów jak idiotów, którym trzeba podpowiadać nawet momenty, w których mają się śmiać. 

Jednym z najbardziej jasnych punktów realizacji misji były teatry telewizji. Kiedyś emitowane dla dorosłych i dla dzieci, nawet trzy razy w tygodniu. Potem już tylko dla dorosłych. Najpierw co tydzień, w poniedziałki, a potem coraz rzadziej. Najpierw grane na żywo, potem nagrywane, przyjmujące postać małych, kameralnych filmów. W końcu teatr telewizji całkowicie zniknął z anteny. Telewizja, na którą składają się wszyscy podatnicy, również ci, którzy woleliby oglądać teatr zamiast nudnych kabaretów, zostali odłączeni od swojej ulubionej rozrywki. Spektakle teatru telewizji pozwalały widzom na poznanie scenicznych twarzy swoich idoli. Reżyserowali je najbardziej uznani reżyserzy i występowali w nich najwspanialsi aktorzy. Można było tam zobaczyć tych aktorów, którzy grali tylko w lokalnych teatrach. Dzięki temu widz z Suwałk mógł zobaczyć aktorkę z Wrocławia, a widzka z Przemyśla zachwycać się aktorem ze Szczecina. Niestety, teatr telewizji się skończył… Smutek. Ale natura nie lubi próżni.

26 maja 2020 roku to dla teatru data historyczna. Tego dnia widzowie na całym świecie mogli obejrzeć premierę polskiego teatru online w Internecie. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież to nic nowego, bo wiele teatrów prezentowało w czasie pandemii swoje przedstawienia. Kłopot jednak polega na tym, że były to zarejestrowane wcześniej przedstawienia, z których większość nie była już regularnie grana. Tak było chociażby z ikoniczną „Danutą W.” z Teatru Polonia w wykonaniu Krystyny Jandy, którą wyemitowano w wielkanocny poniedziałek. Jednak z przedstawieniem, o którym piszę, było inaczej. Po pierwsze, mieliśmy do czynienia z premierą na żywo. Po drugie, widzowie, za możliwość obejrzenia transmisji, kupowali bilety (za symboliczną kwotę 15 złotych). 

fot. Tomasz Zawadzki

Mowa tu o dramacie „Małe zbrodnie małżeńskie” Erica-Emmanuela Schmitta w reż. Karola Wróblewskiego, wystawionym przez ArtKombinat na scenie Monopolis. Scenę tę znam przede wszystkim z czasów sprzed pandemii, za sprawą Kamila Maćkowiaka, zdolnego i błyskotliwego aktora, który – za sprawą swojej fundacji – od lat heroicznie walczy o wystawianie w Łodzi ważnych, ciekawych i mądrych spektakli. Twórców ArtKombinatu, pandemia zaskoczyła na ostatniej prostej do stworzenia jednego z najważniejszych miejsc kulturalnych, nie tylko Łodzi, ale i całego kraju. Postanowili jednak nie zasypiać gruszek w popiele i przyciągnąć do siebie widzów, pomimo wielu ograniczeń. 

Wybór dramatu do pierwszej, historycznej premiery był strzałem w dziesiątkę. „Małe zbrodnie…” to samograj (notabene zrealizowany kiedyś również dla Teatru Telewizji przez wspomnianą wyżej Krystynę Jandę), który widzowie na całym świecie kochają. Wielu czytelników kojarzy Schmitta (z urodzenia Francuza, z wyboru Belga) głównie z jego powieści. Tymczasem swoją przygodę pisarską zaczynał od dramatów.  Ma ich na koncie kilkadziesiąt. Polski czytelnik Schmitta ma to szczęście, że wiele z jego ikonicznych dzieł: „Oskar i ani Róża”, „Pan Ibrahim i kwiaty Koranu” czy rzeczone „Zbrodnie” zostały przetłumaczone z francuskiego przez wspaniałą Barbarę Grzegorzewską, która tłumaczyła na polski także uwielbiane przez dzieci przygody Mikołajka. 

fot. Tomasz Zawadzki

Pierwsza premiera w pierwszym teatrze online to odwołanie do wystawienia tej sztuki w Teatrze Miejskim w Lesznie w 2017 roku. Piszę o odwołaniu, bo zgadza się tu nie tylko postać reżysera, ale przede wszystkim aktorzy: Beata Kawka i Mirosław Zbrojewicz, którzy zagrali w obu przedstawieniach. Kawka i Zbrojewicz to „maszyny do grania”. Widać, że doskonale się rozumieją, bardzo się wspierają i ciekawie uzupełniają. Łączy ich nie tylko talent, ale też to, że ich teatralne sukcesy zostały w pewnym momencie złamane przez system. 

Beata Kawka to aktorka, która przez kilkanaście lat gościła w domach milionów ludzi za sprawą swoich ról w serialach telewizyjnych. Dla świata teatralnego zaistniała szczególnie wyraźnie, kiedy kilka lat temu postanowiła porzucić swoje spokojne życie i objąć stanowisko kierownika artystycznego Teatru Miejskiego w Lesznie. Śmiem twierdzić, że w czasie całej swojej historii teatr ten nie przeżywał takiego hype’u i boomu, jak wtedy, kiedy o jego repertuarze decydowała Kawka. O teatrze w Lesznie pisała ogólnopolska prasa, chcieli tam grać najlepsi aktorzy, a teatr za sprawą energii Beaty Kawki, stał się rozpędzoną machiną, a przy tym jednym z ukochanych miejsc mieszkańców Leszna. Leszczynianie wreszcie mogli być dumni ze swojego teatru, który wesoło migotał na scenie teatralnej Polski. A potem nagle przyszedł krach, załamanie i łamanie kręgosłupa. Głównie Beaty Kawki. Kilku smutnych panów postanowiło przerwać dobrą passę teatru i zdusić rozpalony teatralny żar. Jak wiemy, smutni panowie, partyjni aparatczycy uwielbiają w ostatnich latach niszczyć świetne teatry. Wrocław, Warszawa, Leszno, teraz Łódź. Nieznane są mi motywacje takich ludzi. Znany był mi za to egzystencjalny ból Beaty Kawki, którą postanowiono – jak dziś wiemy już oficjalnie – niesłusznie pogrążyć i zniszczyć Jej dobre imię. Nie dała się. Walczyła. Wiele Ją to kosztowało. Jak wiele, wie chyba tylko Ona sama. Procesowi Jej sukcesywnego niszczenia w zdumieniu przyglądał się cały kraj. Tym bardziej cieszy, że w „Zbrodniach” możemy oglądać Beatę Kawkę w świetnej, aktorskiej formie!

fot. Agnieszka Marszałek Ruda

Mirosława Zbrojewicza nie można pomylić z żadnym innym aktorem. Posiada imponującą filmografię, jest kochany przez widzów kinowych. Ale to nie jedyna Jego artystyczna ścieżka. Od wielu lat z powodzeniem gra w teatrze. Przez wiele lat związany z Teatrem Rozmaitości, kilkanaście lat temu przeniósł się do Teatru Studio w Warszawie, a za dyrektorowania Agnieszki Glińskiej rozwinął tam swoje artystyczne skrzydła. Jego role Jajecznicy w „Ożenku” Gogola i Szpiekina w „Rewizorze” to aktorskie mistrzostwo świata. Niestety kariera w tym teatrze, zarówno Jego, jak i wielu innych, znakomitych aktorów została przełamana wraz z odejściem Agnieszki Glińskiej z Teatru Studio. Brakuje Go na tej scenie bardzo, ale mam poczucie, że jeszcze wiele zaoferuje teatralnym widzom, grając w innych teatrach. 

fot. Agnieszka Marszałek Ruda

Kawka i Zbrojewicz - kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłości - to idealna para do dramatu Schmitta. „Małe zbrodnie małżeńskie” to opowieść o małżeństwie, które najlepsze czasy ma już za sobą. Lisa i Gilles wykorzystując udawaną amnezję Gillesa, próbują ręcznie sterować rzeczywistością i historią swojego małżeństwa. Przerzucają się historiami, ranią się, godzą. Zamknięci w małżeńskim tańcu wspólnych pretensji próbują odnaleźć wspólny rytm. Oglądanie sztuki w wykonaniu tych dwojga dojrzałych, znakomitych aktorów to ogromna przyjemność. Pomimo tego, że premierę mieli w nowej rzeczywistości, bez publiczności, na scenie, przed którą stoi kilka kamer, grają jak z nut. Jako widz i fan teatru mogę sobie tylko wyobrazić jak wiele energii ich to kosztowało, jak wiele dodatkowej pracy musieli wykonać. 

Przepięknym momentem sztuki jest wspaniały reżyserski zamysł, odpowiadający obecnej sytuacji, w którym aktorzy zakładają chusty na głowy. Na myśl przychodzi obraz René Magritte’a „The Lovers II”, na którym kochankowie, z twarzami zasłoniętymi chustami próbują się pocałować. Obraz ma prawie sto lat i w sytuacji pandemii i słynnych fotografii, na których kochankowie całują się przez maseczki osłaniające ich usta, stał się bardzo aktualny. Ale odwołanie do obrazu Magritte’a w przypadku „Zbrodni” ma jest jeszcze głębsze znaczenie. Pokazuje kochanków - w tym wypadku Lisę i Gillesa - w sytuacji, w której chcą za wszelką cenę zatuszować niektóre aspekty swojej relacji. Nie potrafią odczytać swoich intencji, uczuć i fantazji. Są bardzo blisko siebie, ale jednak dzieli ich wyczuwalny, choć nienazwany dystans. I choć jako widz tęsknię za namacalną wizytą w teatrze, to doświadczenie z teatrem online zaliczam do bardzo udanych.

  • Eric-Emmanuel Schmitt
  • Małe zbrodnie małżeńskie
  • przekł. Barbara Grzegorzewska
  • reż. Karol Wróblewski
  • 1* Teatr Online, ArtKombinat Scena Monoplis

ZOBACZ: Od Matki Polki do Matki Courage: oto najbardziej ikoniczne Matki w kulturze

CZYTAJ TEŻ: Jak się ubrać do teatru? Propozycje męskich stylizacji do teatru

ELLE MAN POLECA: 7 spektakli teatralnych, które obejrzysz online za darmo

---------

Tomasz Sobierajski - socjolog z zawodu i z pasji, badacz społecznych zjawisk i kulturowych trendów. Naukowiec 3.0 nie bojący się trudnych wyzwań i multidyscyplinaroności. Autor kilkunastu książek o sprawach ważnych. Wykładowca akademicki i akademik z ambicjami. Znakomity słuchacz oraz wnikliwy obserwator. Kustosz dobrych manier i trener poprawnej komunikacji. Apostoł dobrej nowiny i przeciwnik złych emocji. Z zamiłowania sportowiec i podróżnik. Wegetarianin, cyklista i optymista. Nowojorczyk z duszy, berlińczyk z miłości i warszawianin z wyboru.