Jacek Górecki: Spotykamy się w warszawskim Kinie Iluzjon, miejscu, które od początku roku obchodzi jubileusz, 100. urodzin wielkiego maga kina i hedonisty Federico Felliniego. Wielbiciela jedzenia, który we wspomnieniach z dzieciństwa wraca do zapachu obieranych kartofli na zupę. Pani smaki i zapachy również nie należą do skomplikowanych: zupa chlebowa, szpinak z rodzynkami, pappa al pomodoro...

Tessa Capponi-Borawska: Byłoby interesujące zrobić badanie naszego mózgu na poziomie tego, co pamiętamy opierając się o zapachy i smaki z dzieciństwa. Myślę, że w większości byłyby podstawowe. Dzieci przede wszystkim mają prosty odbiór jeśli chodzi o wspomnienia smakowe. To są zdecydowanie smaki mocne, wyraziste. Dopiero z czasem kształtuje się w nas wrażliwość na szczegóły. Oczywiście na proces kształtowania wpływa chociażby to, skąd pochodzimy, nasza historia kulturowa. Ale niestety często jest tak, że mimo, iż posiadamy pięć podstawowych smaków, bardzo trudno jest nam go określić. Swoją opinię spłycamy do tego czy coś nam smakuje bądź nie. Nie potrafimy nazwać tego, co wyczuwamy w danej potrawie. 

Pani felliniowskim Rimini jest Florencja, miasto, które kształtowało Pani podniebienie. Jeśli pochodzimy z domu, w którym nie zwracano uwagi na smak i jakość podawanych potraw, to czy my sami możemy go w sobie wypracować, kiedy wszystko kształtuje się w pierwszych latach naszego życia?

Ukształtowanie smaku w okresie dzieciństwa jest bardzo ważne, to jest podstawa. Ale na to ma też wpływ pochodzenie kulturowe, o którym powiedziałam na wstępie. My włosi mamy za sobą 2 tysiące lat historii, także historii kuchni i ten smak u nas jest ciągle pielęgnowany. W Polsce cały czas czuć to spustoszenie po PRL’u, gdzie było tylko kilka produktów i to przeważnie niezbyt dobrej jakości. Mój mąż pamięta z dzieciństwa słynne jajka chłodnicze, które były konserwowane w wapnie. Z kolei ja pamiętam jak w 1983 roku w Polsce na półkach był tylko olej słonecznikowy, który był jedyną alternatywą, bo o cuchnącym rzepakowym wolę nie pamiętać. To był czas, gdzie nie było, tak jak teraz, tysięcy produktów, które mogliśmy wybierać i próbować do woli, było tylko kilka podstawowych rzeczy. Stąd też to kształtowanie musicie zaczynać niemal od zera.

Czas, o którym Pani mówi, musiał być sporym szokiem. Oto nagle ze słonecznej Toskanii, przepełnionej produktami dobrej jakości znajduje się Pani na Dworcu Gdańskim, który przypomina pole, a na tym polu sklepy z pustymi półkami.

Nie było to łatwe, szczególnie dla osoby, która wychowała się w domu, w którym była cała załoga kuchenna. Znalezienie dobrego kawałka mięsa było wówczas sporym problemem w Polsce. Wtedy do mojego życia wkroczyła słynna „baba z cielęciną”, która zawsze zjawiała się niezapowiedzianie w drzwiach mieszkania z prawdziwymi skarbami: nereczkami, wątróbką i innymi przysmakami. Z drugiej strony zaskoczyła mnie wielość gatunków jabłek, które we Włoszech zazwyczaj są bez smaku i o konsystencji waty. Podobnie jest z białym serem, twarogiem, którego nigdzie wcześniej nie jadłam. To było dla mnie odkrycie. Do dziś uważam, że nie ma nic lepszego, niż kawałek świeżego sera polanego dobrą oliwą i doprawionego odrobiną pieprzu.

Do stworzenia dobrych dań z tych podstawowych rzeczy potrzeba jeszcze wyobraźni. W książce „Moja kuchnia pachnąca bazylią” opisuje Pani tą felerną noc, kiedy to rzeka Arno wylała zalewając ulice Florencji. Całe miasto było oblepione błotem. Pomoc nadciągała ze wszystkich stron. I wówczas w tych spartańskich warunkach powstaje danie z tego, co udało się uratować...

To było alluvione, co oznacza powódź. Danie składało się z zielonego groszku z puszki oraz tuńczyka konserwowego (te dwa składniki gotowało się pomidorach także z puszki). Puszki we Włoszech są zbrodnią! (śmiech) Ma Pan rację, nie brakowało w tym wszystkim wyobraźni. Wydawałoby się, że w waszym przypadku poczucie wyobraźni zostało niemal całkowicie zniwelowanie. Ale zrobiłam kiedyś moim studentom na uniwersytecie wykład o pismach kobiecych polskich z lat 70. Przygotowując się dotarłam do wielu tytułów z tamtych czasów, gdzie kobiety dzieliły się przepisami; jak zrobić coś z rzeczy absolutnie niejadalnych. I proszę mi wierzyć - to były całkiem udane przepisy. Przyparcie do muru, ten brak komfortu często naszą wyobraźnię pobudza do działania.

 Pani wychodząc z domu otrzymała spadek w postaci historii rodziny, tożsamości miejsca, z którego się pochodzi. Korzenie rodziny Capponich sięgają początków XIII wieku. Moi rówieśnicy często nie wiedzą, kim byli ich dziadkowie, nie mówiąc już o kolejnych pokoleniach. Te wszystkie rysy kulturowe są podstawą w budowaniu smaku?

Na pewno tak, nie da się być jałowym, pozbawionym wiedzy historycznej, tożsamości i dobrze gotować. Nie da się też nauczyć się wszystkiego z książek czy show telewizyjnych. Kuchnia to jest filozofia, nauka. Z drugiej strony historia Polski jest piekielnie bolesna i skomplikowana. Proszę pamiętać, że w tym kraju główna część archiwów została obrabowana przez najazdy albo zniszczona jak chociażby wiele istotnych dokumentów z Biblioteki Narodowej. Z kolei spora część archiwów z XVII wieku znajdują się aktualnie w Szwecji. Do tego mało kto zagląda. Natomiast my, Włosi mamy tego od groma i jeszcze nie wiemy, co z tym zrobić. Jak zmarł mój dziadek stryjeczny, mój ojciec ofiarował jego archiwum Centralnym Archiwom Państwowym, ponieważ fizycznie nie było gdzie tego trzymać. Posiadamy więc mnóstwo wiadomości. Jak studiowałam na Uniwersytecie we Florencji to mieliśmy praktyki w Archiwum Narodowym, gdzie podano nam do przeanalizowania i przepisania dokumenty z X wieku! To było coś nieprawdopodobnego, ale to jest u nas normą.

Zapytałem ostatnio parę młodych kobiet, które są o krok od założenia własnej rodziny, jaki przepis wyniosły z domu. Za każdym razem słyszałem tę samą odpowiedź. „Żaden. U nas nie za dobrze się gotowało. Jedzenie nie było przyjemnością.” Ta książka potwierdza, że dla Włochów gotowanie to najlepsza terapia, przyjemność, a dla nas cholerny obowiązek.

Otóż to! Ja i moja rodzina nie jesteśmy w Italii wyjątkiem. Przyjemność gotowania występuje u nas bez względu na podziały klasowe i statusy majątkowe. Takim przykładem była moja niania, która pochodziła z chłopskiej rodziny, która dzierżawiła u nas gospodarstwo od wielu pokoleń. Ta tradycja u nas przekazywana jest nieustannie i rzeczowo, obserwowanie innych w kuchni jest bazą. W mojej rodzinie dodatkowo są przekazywane z pokolenia na pokolenie kajety z przepisami. Taki kajet mojej babci jest ze mną cały czas.

Coraz rzadziej ma miejsce wspólne, rodzinne gotowanie.

Świat się zmienił. W domu moich rodziców była kucharka, pokojówka i cały arsenał pomocy domowej, z którego obecnie nic nie zostało. Myśmy wszyscy razem gotowali, to było wspólne celebrowanie. Dzisiaj w domach nie gotuje się już wspólnie. Warto do tego wrócić. Kuchnia pełna ludzi zbliża nas do siebie. Jedzenie ma wymiar społeczny. Dla mnie karmienie rodziny i przyjaciół jest czystą przyjemnością. Chociaż kiedy gotuje tylko dla mojego męża to ma zupełnie inny sens. To jest jak wyznanie miłości.

Na Pani kuchnię miały wpływ kobiety, zresztą dziękuje Pani im na końcu tej książki. To bardzo częste doświadczanie wielu dzieci, których smak kształtują matki, babki, ciotki... Ale te kobiety ze swoim smakiem zostają w swoich kuchniach. Światem kuchni rządzą przeważnie mężczyźni. 

We Włoszech widać już kilka wyjątków, ale są to restauracje rodzinne, gdzie kobiety rządzą na kuchni, a mężowie, synowie pracują na sali. Te miejsca są fenomenem, bo zostają przy domowym smaku, ale są na zawodowym poziomie. Proszę też pamiętać, że od średniowiecza istniały cechy, które kształtowały ludzi do pewnych prac, kobiety były z tego wykluczone. Natomiast od końca średniowiecza do początku XIX wieku stanowisko szefa kuchni mógł wykonywać tylko mężczyzna. Przykładem są też mizoginistyczne książki kucharskie z tamtego okresu, których autorzy mówią wprost, że nie będą tracić czasu na nauczanie kobiet gotowania, bo one są do obskubywania drobiu i obierania warzyw. Jest też cała literatura z XVII wieku, bardzo interesująca, na modłę fraszki polskiej, mocno sarkastyczna opisująca kucharkę z szyderstwem, ona jest brudna, kradnie, peruka wpada jej do zupy. Ten topos literacki opiera się właśnie na szyderstwie z kobiet w kuchni. To więc automatycznie zostaje zakorzenione w świadomości społeczeństwa. Ale w pewnym momencie po rewolucji francuskiej i przemysłowej następuje ciekawa zamiana ról. Wówczas to mężczyzna pada ofiarą nagonki, że pije, kradnie, że jest drogi i nieobliczalny w kuchni, a ta kobieta z szarego końca okazuje się bardziej wydajna.

Te dopuszczenie kobiet do głosu widać szczególnie w pojawiających się pierwszych książkach kucharskich z XIX wieku.

Większość literatury kobiecej z XIX wieku jest napisana przez kobiety. Poczynając od Karoliny Nakwaskiej z Potockich, a kończąc na Lucynie Ćwierczakiewiczowej czy nawet jeszcze Marii Monatowej. One były wówczas niezwykle poważnie traktowane. Książki Montanowej przed pierwszą wojną światową można było spotkać niemal w każdym polskim domu. Zresztą bardzo wszystkich zachęcam do zaglądania do starych książek kucharskich, można tam znaleźć sporo ciekawych przepisów. 

We Włoszech taka biblia kulinarna została napisana przez Artusi Pellegrino „La Scienza in cucina e l’Arte di mangiar bene”.

Pellegrino był prawdziwym smakoszem jedzenia. W swojej książce zebrał niemal 800 przepisów na dania z różnych regionów Półwyspu Apenińskiego, okraszając je różnymi opowiastkami historycznymi, ale co istotne ta książka jest współtworzona przez kobiety, które do niego wysyłały przepisy. Nagle dochodzi do momentu, kiedy ta wyszydzana wcześniej przez mężczyzn kobieta staje się bardzo ważna i poważana. Zresztą prawą ręką Pellegriniego w kuchni również była kobieta, kucharka Marietta, z której zdaniem niewątpliwie się liczył. Jego książkę dostałam na prezent ślubny, wtedy też przyjaciółka mojej mamy powiedziała mi, że panna młoda powinna przynieść w wianie Artusiego. Potem się okazało, że przepisy zawarte w grubych tomach są zupełnie nieosiągalne i niewykonalne z produktów, które były dostępne w Polsce w PRL’u, więc musiałam ratować się małymi angielskimi książeczkami przesyłanymi przez Adele, nianię mojego brata Sebastiano.

W Polsce takim prekursorem literatury kulinarnej był Stanisław Czerniecki.

Jestem pod ogromnym wrażeniem książki, którą opracował prof. Jarosław Dumanowski „Sekrety kuchmistrzowskie Stanisława Czernieckiego: przepisy z najstarszej polskiej książki kucharskiej z 1682 roku”. To bardzo udana rekonstrukcja przepisów z XVII wieku, które z powodzeniem można zrealizować w dzisiejszej kuchni. W ogóle ten czas jest bardzo ciekawy dla różnych publikacji książkowych, które sięgają powoli do korzeni. Wielu historyków nadrabia zapomnianą lekcję z przeszłości, sięgając do waszej bardzo interesującej kuchni z XVII czy XVIII wieku. Niestety wspomniana II Wojna Światowa wymazała ze świadomości Polaków imponującą wiedzę, po którą nikt w czasach PRL’u nie sięgał, bo też nie było nic na półkach. W końcu nadszedł czas na zaglądanie do korzeni, kuchnia to filozofia, której podstawą jest tożsamość, historia. W domu mojego męża zachowały się przepisy, które w jego rodzinie urosły do rangi mitycznych np. przepis na ciasto „dziad”.

Ale kiedy mówimy o zaglądaniu do historii, do przepisów przekazywanych z pokolenia na pokolenie, to czy Pani córki częściej korzystają z tej spuścizny rodzinnej, czy zaglądają do pojawiających się jak grzyby po deszczu coraz to nowszych publikacji.

Nowe pokolenie potrzebuje konfrontować się z wiedzą z wielu stron. Wszyscy w naszej rodzinie kochają jeść, niektórzy lubią też gotować. Rolę w naszej rodzinie są podzielone. Moje córki gotują w zupełnie inny sposób, niż ja. Flavia po przez zawodowe powiązanie z kuchnią cały czas prowokuje swoją wyobraźnię do improwizacji. Cosima ma natomiast ma świetną rękę do słodyczy. Natomiast synowie gotują bo muszą, ale bez większej pasji i miłości do kuchni. Chciałabym jeszcze powiedzieć, że Flavia jako jedyna związała się z kuchnią zawodowo. Swoje doświadczanie zdobyła w restauracjach za granicą.  Uczyła się w  słynnej szkoły Le Cordon Bleu w Londynie, pracowała m.in. w słynnej NOMie w Kopenhadze czy we Florencji. Myślę, że Florencja była dla niej najważniejszą szkołą tego zawodu. Zawsze powtarza, że jej mistrzem czy mentorem jest jeden z największych mistrzów kuchni Fabio Picchi, który zawsze sięga do tradycji. Kilka lat temu Picchi wpadł na pomysł, żeby stworzyć archiwum z przepisami matki, babki czy prababki. Moje córki też korzystają z moich przepisów, ale zdecydowanie mają obraną własną drogę.

Czy można poprawić smak odpowiednio stworzoną atmosferą wokół stołu, historią, anegdotą? I w drugą stronę, czy danie idealnie przygotowane da się zepsuć przez złe towarzystwo albo nieodpowiednią przestrzeń, w której je podamy?

To jest bardzo ważne pytanie, kwestia nastroju jest jednym z podstawowych elementów konsumowania jedzenia. Nastrój wpływa na nasze kubki smakowe. Zdarza mi się w czasie chandry zjeść moje ulubione danie, czyli  spaghetti al pomodoro i to mnie albo pocieszy, albo przestanie smakować i jeszcze bardziej dobije. Do tego ważna jest rozmowa, dyskusja o jedzeniu. Włosi takiej dyskusji są nauczeni od pokoleń. Potrafimy siedzieć przy stole kilka godzin i rozmawiać o spożywanych potrawach, o tym co w nich wyczuliśmy, co nam bardziej smakuje, a co mniej. Jeżeli robię coś nowego zawsze pytam moich gości jak im to smakowało, co ewentualnie zmienić, co dodać. Rozmowa podobnie jak w życiu, jest bardzo ważnym elementem. Bez rozmowy, wymiany zdań nie dojdziemy do odpowiedniego smaku, i w kuchni i w relacji między ludźmi. 

W Pani książce wspomnienia i okoliczności, również tuszują momentami niezbyt dobrej jakości dania. Tak było chociażby po Pani przyjeździe do Polski w 1983 roku, kiedy to wybrała się Pani z mężem Kazimierza Dolnego.

To była restauracja Esterka. Podano mi szarego śledzia, bardzo wątpliwej jakości i szare jajko ugotowane na twardo. Po ilości spożytej przemysłowej, ciepłej wódki wszystko smakowało. (śmiech). Ta otoczka jest zawsze ważna, ale jeśli coś jest bardzo niedobre to nie pomoże wtedy nic, nawet najlepsze towarzystwo.

Bywa Pani krytyczna?

Zależy w jakiej sytuacji. Czasami jesteśmy zmuszeni do przemilczenia swojej opinii, gdyż wiemy, że osoba, która podaje nam posiłek bardzo mocno się napracowała, chcąc nam zrobić przyjemność. Zdarza mi się powiedzieć bliskiej osobie, może nie, że jest coś nie dobre, ale doradzić, co by, zmieniła, żeby poprawić jakość danej potrawy. Ważne jest, żeby w każdej potrawie, która Ci nie smakuje znaleźć coś pozytywnego, to nas bardziej rozwija.

Rozmawiamy o przepisach przekazywanych z pokolenia na pokolenie, o wydawanych książkach, recepturach. Ale czy da się w ogóle powtórzyć drugi raz ten sam smak?

Nie! (śmiech) Sztuka kulinarna jest najbardziej efemeryczną nauką. Nigdy, przenigdy nie da się powtórzyć drugi raz tego samego smaku.

W takim razie jaki sens jest wydawania książek kucharskich?

Myślę, że potrzebujemy bazy, podstawy, na której możemy zbudować jakieś dzieło, którym też jest danie kulinarne. Podobnie jest z malarstwem, najpierw musimy poznać kolory, żeby je umieć połączyć. Muszę wiedzieć, że z połączenia żółtego i niebieskiego wyjdzie mi zielony. To jest podstawa. Dopiero później uruchamiam swoją wyobraźnię i zaczynam próbować osiągać odcień ciemniejszy, jaśniejszy, bardziej nasycony. Podobnie jest z kuchnią, najpierw podstawa, a później prowokacja wyobraźni.

Zasady, o których Pani mówi to podstawa, ale też ich znajomość daje nam zezwolenie na łamanie ich.

To jest podstawa, znajomość zasad. Znasz zasady, możesz je łamać. Dopiero wtedy człowiek jest wolny. Odnoszę to nie tylko do kuchni, ale także życia. 

W takim razie dlaczego powstała ta książka „Moja kuchnia pachnącą bazylią”, niezwykle kontrowersyjna na dzisiejsze czasy? Książka, w której brakuje wystylizowanych zdjęć, w której brakuje haseł „fit”, „vege”, „eko”. Nie ma tu wyszukanych potraw kuchni fusion, tylko przepisy na proste, sezonowe dnia. Jest zupełnym przeciwieństwem tego zalewu książek kucharski podpisywanych przez aktorki, piosenkarki, pogodynki i celebrytki...

Mnie nigdy nie interesowało wydanie książki kucharskiej ze zdjęciami. Moim celem było opisać moją biografię opowiedzianą przez pryzmat kuchni. Po prostu chciałabym, żeby ktoś przeczytał tę książkę i miał z tego przyjemność. A czy chce skorzystać z tych przepisów to jego sprawa. Do gotowania trzeba podchodzić z ogromną pokorą i szacunkiem. Dla mnie wydawanie książek kulinarnych dla poprawienia sobie PRu czy zarobienia na tym fortuny jest nieuczciwe. To jest trzecie wydanie tej książki, wcześniej ukazała się 1994 roku oraz 2002 roku. Chciałabym być głosem w dyskusji o jedzeniu. Chciałbym prowokować ludzi do rozmawiania o jedzeniu. Nie mam chęci pedagogicznej, nie chcę uczyć ludzi gotowania. Ta książka jest moją próbą opowiadania o jedzeniu. Mam nadzieję, że zarażę nią innych.

Nasza świadomość jedzenia zmienia się coraz bardziej, wiemy co jemy, zwracamy uwagę na jakość. Z drugiej strony gotowanie sprowadza się do kulinarnego show telewizyjnego, w którym brakuje tej podstawy, o której dzisiaj rozmawiamy, historii, filozofii, tożsamości każdego z nas. Pani książka bazuje na wyobraźni, do której namawiał też wspomniany Federico Fellini.

Nie znoszę, kiedy kuchnia przedstawiana jest jako show czy rozrywka. Przyznam się też, że nie oglądam telewizji. Kuchnia zaspokaja jedną z podstawowych naszych potrzeb czyli karmienia się. Trzeba do tego podchodzić z szacunkiem. Dlatego wszelkie konkursy na czas i rywalizacja są tego zaprzeczeniem, zabieraniem wolności. Teraz wszyscy mówimy o kuchni, bo to są małe przyjemności, na które praktycznie większości z nas stać, nie jest to Ferrari, które jest tylko dla wybranych. Zrobienie sobie czegoś dobrego do jedzenia jest dla wielu z nas osiągalne. Nawet niewielkim kosztem można sprawić sobie przyjemność. Ale niestety programy telewizyjne odbijają się też coraz mocniej na jakości, widać to też we włoskiej kuchni, szczególnie w miejscach mocno turystycznych. Niestety jesteśmy gotowi zrobić wszystko, by spełnić natychmiast każdą zachciankę, nawet za cenę dobrej jakości. 

Bardzo często jest Pani pytana o ulubione danie, o danie, które mogłaby Pani zjeść jako ostatnie. To zawsze jest proste pappa al pomodro. Ale ja zapytam na koniec inaczej, patrząc na to bogate Pani życie, życie o wielu smakach, częściach świata, historii, ludziach... Jaka potrawa najbardziej je charakteryzuje?

Piękne pytanie... Jest jedno danie, które uwielbiam, ale robię je zdecydowanie za rzadko. To jest stary, średniowieczny przepis z Florencji – Pasticco di maccheroni alla fiorentina. Kwintesencja mojej tradycji i tego kim jestem. To przepis bardzo czasochłonny, ale dający ogromną satysfakcję. Oto makaron ukryty w cieście, po jego przekrojeniu wypływają kolejne smaki i składniki. Tak wygląda też całe moje życie. 

PRZEPIS: Pasticcio di maccheroni alla fiorentina, dla 6-8 osób

Sugo:

  • 1 cebula
  • 1 por
  • 1 marchewka
  • 1 1łodyga selera naciowego
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 pęczek zielonej pietruszki
  • 25 dag mielonego mięsa wieprzowego
  • 25 dag mielonego mięsa wołowego
  • tarta skórka i sok z 1 pomarańczy
  • skórka  ½ cytryny
  • 1 szklanka czerwonego wina
  • 1 szklanka przecieru pomidorowego
  • 3 łyżki oliwy extra vergine
  • sól, pieprz

Sos beszamelowy:

  • 1/4 l. Mleka
  • 1 łyżka mąki
  • 1 łyżka masła
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • sól, pieprz

Kruche ciasto:

  • 30 dag mąki
  • 7, 5 dag masła
  • 7, 5 dag smalcu
  • 1 żółtko
  • 1 jajko
  • 1 łyżka cukru
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • szczypta soli

Baza:

  • 30 dag makaronu typu penne
  • tarty parmezan
  • 1 jajko

PRZYGOTOWANIE: 

  • Przygotować ciasto: mąkę przesiać z solą, cukrem i przyprawami.
  • Wyrabiać z tłuszczem, aż powstaną małe grudki. Dodać żółtko i jajko i wyrabiać aż do uzyskania jednolitej masy. Przykryć folią i odstawić do lodówki na godzinę.
  • Przygotować sugo: cebulę, por, marchewkę, seler naciowy, czosnek, skórkę pomarańczowy i zieloną pietruszkę cienko posiekać
  • Usmażyć.
  • Dodać mięso mielone i dalej smażyć, aż wypuści całą wodę i się zrumieni.
  • Wlać wino i mieszać, aż odparuje. Posolić, popieprzyć.
  • Dodać sok z pomarańczy i skórkę cytryny w jednym kawałku. Zamieszać, dodać przecier pomidorowy, zmniejszyć ogień i gotować powoli przez 1,5 godziny.
  • Wyjąć skórkę z cytryny.
  • Przygotować beszamel: mleko, mąkę i masło włożyć do garnka i gotować na małym ogniu, cały czas energicznie mieszając trzepaczką, aż powstanie gęsty sos.
  • Posolić, popieprzyć i dodać gałkę muszkatołową.
  • Zamieszać i odstawić.
  • Ciasto podzielić na dwie części i rozwałkować. Tortownicę o średnicy 25 cm posmarować masłem. Wyłożyć dno i ścianki ciastem.
  • W międzyczasie ugotować makaron al dente, odcedzić i wymieszać z sosem mięsnym.
  • Włożyć makaron do tortownicy, polać beszamelem, przykryć drugą częścią ciasta i posmarować jajkiem.
  • Wstawić do piekarnika rozgrzanego do 150 stopni Celsjusza mniej więcej na godzinę.
  • Wyjąć i odstawić na parę minut. Delikatnie wyjąć z formy i podawać na okrągłym półmisku.

ZOBACZ TEŻ: Barbecue italiano, czyli marynaty na grilla we włoskim stylu [PRZEPISY]

WIĘCEJ O KUCHNI: Letnie sałatki, które zrobi każdy facet [PRZEPISY]

ELLE MAN POLECA: Męskie gotowanie z Matteo Brunetti: śniadanie we włoskim stylu [PRZEPISY]