Jak często zadaje sobie Pani pytania?

Przez całe moje życie staram się przynajmniej kilka razy dziennie zadawać sobie jakieś pytanie. Czasami jest ono banalne, czasami sięga głębiej. Jest dookoła nas tyle niepewności i niepokoju, że pytania same się nasuwają. Zresztą mam taki stosunek do rzeczywistości, że staram się raczej pytać niż osądzać. Chciałabym, żeby więcej ludzi stawiało pytania, niż własne tezy czy osądy, z braku zadawania pytań rodzi się wiele sporów, kłamstw, podziałów.

A czy zadawanie pytania jest ważniejsze niż uzyskanie na nie odpowiedzi?

Myślę, że tak, dlatego, że trudno o konkluzywne odpowiedzi. W samym procesie zadawania pytań niejako sobie już odpowiadamy, w każdym razie zbliżamy się do jakiegoś poznania. 

W najnowszym filmie „Szarlatan" opowiada Pani o postaci autentycznej, Janie Mikolasku, znanym niegdyś w całej Czechosłowacji zielarzu i znachorze, który uleczyć miał ponad pięć milionów ludzi. Co sprowokowało Panią do opowiedzenia o tej jakże aktualnej historii o zagubionych ludziach?

To, co sprowokowało mnie do opowiedzenie tej historii to właśnie wielość pytań w niej zawartej. Ten projekt, scenariusz, a w końcowym efekcie film ma wiele warstw. Trochę zależy od widza, która warstwa wyda mu się najważniejsza, najbliższa, w którą wejdzie i będzie podążał za znaczeniami. Każda z tych warstw stawia własne pytania: o istotę człowieczeństwa, o siłę i słabość, dobro i zło, wolność, niezależność, prawo do miłości, ale także pytanie o naturę, z której możemy i powinniśmy czerpać największą siłę, a z drugiej strony pytania, co się z nami dzieje, kiedy nie możemy pogodzić się z własną naturą. To film, który przyniósł najpierw mi, a mam nadzieję teraz widzowi cały szereg refleksji na wielu poziomach ważności. W tym wszystkim, w tej opowieści jest też pewna tajemnica, z którą zostawiamy odbiorców filmu, a która nie pozwala do końca odpowiedzieć na wszystko co nas nurtuje podczas oglądania. Ale to jest właśnie to, o co Pan zapytał wcześniej, ważniejsza od odpowiedzi jest sama prowokacja do zadania pytania. 

Krzysztof Zanussi powiedział mi kiedyś, że bohaterowie jego filmów muszą przejść przez trzy pytania: Kim jestem? Kim chciałbym być? Kim powinienem być? Te trzy pytania bardzo pasują mi też do Pani bohaterów, portretu zbiorowego społeczeństwa, które zagubione szuka uleczenia, ale też wymyka się władzy, systemowi, który ma na nich własny pomysł.

Wie Pan, przy całej mojej sympatii do Pana Krzysztofa Zanussiego, rzadko kiedy mamy podobną wrażliwość, ale tym razem muszę się zgodzić. Te jego pytania niezwykle pasują do tematu „Szarlatana”. Widocznie wyszedł mi "zanussiowski" film (śmiech). Nie chciałam tym razem zrobić filmu, który bezpośrednio odnosi się do ważnych, aktualnych spraw. „Obywatel Jones” czy „Pokot" miały spełnić to zdanie i być próbą poruszenia przez kino tematów, w których odbija się nasza rzeczywistość.

Przy Szarlatanie miałam nadzieję na opowiedzenie historii bardziej uniwersalnej i jakby bezinteresownej. Na początku najbardziej interesowała mnie opowieść o uzdrawianiu, o wierze, o naturze, która ma na nas wpływ, o wyjątkowych darach, które posiadają niektórzy. Ważne było, że opowiadam o losie człowieka w XX wieku, w kraju środkowej Europy. W trakcie pracy okazało się, że temat narcyzmu, konformizmu, pytania o własną naturę i o to, kim właściwie chcielibyśmy być i jakie zagrożenia niesie inność, trudna tożsamość są wciąż aktualne. Postęp cywilizacji jest coraz większy, a te podstawowe pytania o własną naturę wciąż są dla nas zagadką. A aktualizują się mocniej w państwach o autorytarnych rządach, gdzie nasza egzystencja staje się zabawką w rękach władców.

Bohater, którego serwuje Pani widzowi wpisuje się w taką tendencję w kinie ostatnich miesięcy, która po „Jokerze", po „Bożym Ciele" i po „Dwóch papieżach" pokazuje, jak bardzo lud jest zagubiony, jak potrzebuje pasterza, który ich poprowadzi, nawet jeśli on jest szarlatanem czy szaleńcem jak wspomniany Joker.                                                                                        

Mój bohater tylko trochę wpisuje się w tę tendencję. Bardzo mi zależało, żeby ten nasz Mikolasek nie był tak naprawdę szarlatanem, ucieleśnieniem zła i kłamstwa, fałszywym prorokiem. Zależało mi na tym, żeby pokazać go jako człowieka, który niesie dobro, dzieli się swoim darem z ludźmi. Przynajmniej takie były jego ambicje na początku. I na tym by się skończyło, gdyby pozostał takim wiejskim, skromnym znachorem, ale nie wystarczało mu to. Jego ambicja, pycha, chęć sięgnięcia po sławę walczyła ze skromnością daru, który otrzymał.

Czy my, ten właśnie lud, poprzez zagubienie staliśmy się tak łatwowierni?

Zawsze byliśmy, a ta tendencja nasila się w trudnych czasach. To widać chociażby po olbrzymich podziałach: część ludu chce iść za prorokiem, nawet jawnie fałszywym, a inni dążą do własnej podmiotowości, wolności, mierzą się ze światem poprzez rozum, prawo i empatię. Rzeczywiście coraz więcej tych zagubionych, a w zasadzie zranionych i przestraszonych nowoczesnością odwołuje się do uzdrowicieli, szarlatanów i tych, którzy obiecują im wyższość i bezpieczeństwo. Wracamy tu do początku naszej rozmowy: tacy ludzie nie zadają pytań, oni chcą gotowych odpowiedzi. 

Gdzie Pani odnajduje swoje autorytety, a właściwie kto w tym świecie wymyślonych i wykreowanych bogów i bożych ciał jest dla Pani autorytetem?

To jedno z tych pytań, które sobie często zadaję, cały czas poszukuje tych autorytetów. Cenię sobie ludzi, którzy żyją w zgodzie z zasadami wolności, prawdy i równości. Niestety w świecie Internetu, mediów społecznościowych żyjemy w niekompatybilnych bańkach, świat się zatomizował, trudno więc o wspólne wartości, a więc i o niezaprzeczalne dla wszystkich autorytety. Z jednej strony potrzebujemy takich postaci, a z drugiej, jeśli ktoś taki się pojawi, od razu go dekonstruujemy i niszczymy.

Zastanawiam się czy rozwiązaniem, a właściwie konsekwencją tego zagubienia ludu, tej nieumiejętności i braku odwagi do zadawania pytań nie jest cofnięcie się do początku gry. Tak jak to Pani pokazuje w „Szarlatanie" i „Pokocie" - powrót do natury, czegoś pierwotnego. Opisuje to też w swojej literaturze Olga Tokarczuk, Krystian Lupa w spektaklu „Capri" cofa ludność do jaskini, a Jacek Borcuch w „Słodkim końcu dnia" do średniowiecznych murów.

Dobrze Pan to odczytuje. Jako ludzkość pogubiliśmy się i nie potrafimy już korzystać z tych narzędzi, które mamy, żeby naprawić to, co sami zburzyliśmy. Patrzenie w przyszłość jest więc po części niemożliwe bez spojrzenia wstecz. Natura może dać nam dużo odpowiedzi, może nas sprowokować do tego byśmy stali się lepsi. Zawsze byłam wrażliwa na przyrodę i moje wspomnienia z dzieciństwa i pierwszych lat młodości są związane z obrazami letnich wakacji i sensualnym odbiorem przyrody. Wydawało mi się, że sytuuję się w samym jej środku. Teraz po tych wszystkich latach strasznie mi żal, że tak powierzchownie ją znam, że nie znam tych wszystkich roślin, ziół, żuczków i motyli. Nie rozumiem mechanizmów, które rządzą naturą i w tym magicznym ogrodzie jestem ignorantką, zachwyconym, ale głupim widzem.

Na co dzień mieszka Pani z dala od wielkomiejskiego życia, gdzieś na północy Francji. Jak bardzo różni się tamta prowincja od naszej wsi?

Nie bardzo sobie wyobrażam, że mogłabym mieszkać w małym miasteczku lub we wsi. Odbierałabym to chyba jako rodzaj ograniczenia, ryzyko braku prywatności, anonimowości. Myśl o tym, że miałabym mieszkać nie w lesie czy wśród przyrody tylko w małym, polskim miasteczku, mnie przeraża. Może dlatego, że w Polsce tak silna na prowincji jest często opresyjna obecność kościoła. Tego nie ma ani w Czechach, ani we Francji. Na naszych wsiach jedynym kontaktem z jakąś, niestety dziś tandetną, kulturą jest kościół, który pełni rolę jednostronnie światopoglądową, stanowi często jedyny wspólnotowy rytuał i punkt odniesienia dla mieszkańców. Może więc manipulować łatwo ich systemem wartości i emocjami.

Całkiem niedawno Jakub Józef Orliński opowiadał mi o tym, jak koncertował po francuskich kościołach, maleńkich, gdzieś w prowincjonalnych miasteczkach. Był zdziwiony tym jak ludzie reagowali i byli otwarci, radośni, ciekawi nowego.

W tym roku byłam na wielkanocnej mszy w kościele w Bretanii i zrozumiałam jak różny jest francuski kościół od polskiego. W tej mszy wszyscy uczestniczyli na równych prawach, budowali wspólną radość i dzielili się nią. Do takiego kościoła mogłabym chodzić.

Drugą po naturze odpowiedzią, a właściwie szarlatańską receptą, którą niesie ten film jest miłość. Miłość, którą główny bohater przelewa do innego mężczyzny. Tylko że ta miłość, podobnie wtedy w połowie XX wieku, jak i dziś staje się niemożliwa, jest nieodłącznie związana ze strachem.

Szarlatańską? Nie, to właśnie potrzeba miłości jest najautentyczniejszą częścią jego natury. A ukrywa ją ze strachu i z pychy. Nie akceptuje tego, co w nim najszczersze, bo nie zgadza się to z obrazem samego siebie jaki chciałby narzucić światu. 

Gdzie ma doprowadzić widza Pani najnowszy film?

Sama nie wiem. Idealnie każdego widza do trochę innego celu. To jest film jakby interaktywny, w którym choć są stawiane pytania, to odpowiedzi pozostają otwarte. Niektórzy widzowie są skonfundowani, że nie ma jasnej puenty... Nie wiedzą, jak ocenić zachowanie bohatera. Ale mnie martwi, że chcemy, aby wraz z filmem dawać instrukcję obsługi. To wynik epoki, w której żyjemy, o której Olga Tokarczuk napisała w mowie po śmierci Marii Janion. Mówi tam o literalności, która zagraża dziś sztuce, odczuwam to podobnie. Świat oczekuje dzisiaj dosłowności. A dosłowność, uproszczenie, są rodzajem kłamstwa.

Na zakończenie: jakim pytaniem obdarowałaby Pani każdego człowieka na ziemi?

Pytaniem: „Kim jesteś?”

---------

TRAILER najnowszego filmu Agnieszko Holland pt. „Szarlatan" obejrzysz poniżej: 

ZOBACZ TAKŻE: „Szarlatan”: zwiastun nowego filmu Agnieszki Holland. Zapowiada się intrygujące kino

CZYTAJ WIĘCEJ: Agnieszka Holland w ELLE MAN: Cała nadzieja w kinie [WYWIAD]

Z CYKLU KOBIETA ELLE MAN: Grażyna Torbicka. O festiwalu Dwa Brzegi - tym razem także w sieci [WYWIAD]