Ostatnie tygodnie to mnóstwo przykrych informacji dotyczących funkcjonowania Wisły Kraków - jednej z najbardziej utytułowanych polskich drużyn piłkarskich. Wydaje się, że wszystko zmierza ku dobremu, ale sympatycy ekipy z Reymonta nadal drżą o przyszłość.

Słyszymy wypowiedzi działaczy, ekspertów, przedstawicieli klubu... My oddajemy głos wiernym kibicom. Bo krakowska drużyna to nie tylko ogromne długi i mała transparentność pewnych środowisk, ale również ludzie, dla których Biała Gwiazda jest całym światem.

Kuba Dobroszek: Przedstawisz się?

Tomek, kibic Wisły: Mam na imię Tomek, jestem absolwentem AGH i University of Abertay Dundee. Prawie czterdziestka na karku. Mieszkam w okolicy Suchej Beskidzkiej z żoną i dwójką córek. Mają dopiero trzy i cztery lata, ale już znają kilka wiślackich przyśpiewek.

Jak długo kibicujesz Wiśle?

Pierwszy raz na meczu Wisły byłem w 1991 roku. Derby z Hutnikiem, skończyło się bodaj 0:0. Miałem jedenaście lat.

Kto cię zabrał?

17-letni brat, wielki fan Wisły Kraków – to on nauczył mnie miłości do tego klubu. Uparłem się, żeby pojechać z nim na mecz. Rodzice na szczęście się zgodzili.

Jak wspominasz tamto spotkanie?

Dla mnie wielkim przeżyciem był sam przyjazd do Krakowa. Możesz się śmiać, ale ogromne wrażenie zrobiła na mnie jazda tramwajem (śmiech). Już na stadionie zachwyciłem się fanatycznym dopingiem. Wiesz, to były zupełnie inne czasy – zanim pojechałem na mecz, piłkę nożną w wykonaniu Wisły Kraków znałem w zasadzie z opowieści brata oraz transmisji w Radiu Kraków i w Polskim Radiu. Jak usłyszałem doping ze słynnego sektora X - zajmowanego przez najbardziej zaangażowanych kibiców - to aż zaniemówiłem! Potwierdziłem wszystkie opowieści o fanatycznym wsparciu tej trybuny.

Dlaczego akurat Wisła Kraków?

Szczerze? Nie wiem. Tak jak mówiłem, wiele zrobił brat, który opowiadał mi o drużynie. Ponadto w miejscowości, z której pochodzę, niemal wszyscy są za Wisłą, więc byłem na nią niejako skazany.

Często jeździłeś na mecze?

W latach 90. miałem osiem lat bez opuszczenia meczu „u siebie”. Najpierw jeździliśmy z bratem we dwójkę, potem również z kilkoma kolegami. Z czasem zrobiła się z nas całkiem liczna grupa! Od 1997 mieliśmy już własną flagę FC. Kuła w oczy kibiców innej krakowskiej drużyny, ale nigdy nawet nie zbliżyli się do jej zdobycia. (w świecie tzw. "ultras" kradzież flagi to największe upokorzenie, jakie może spotkać kibiców danej drużyny - red.)

Próbowali?

Tak. Zawsze jednak wiedzieliśmy, co planują. Po jednym z wyjazdów część z nas wracała zgodnie z planem, natomiast mniejsza grupka - ta z flagą - z Krakowa Głównego do Płaszowa szła piechotą nocą przy temperaturze -10 stopni. Takie sytuacje kształtowały nasz charakter. W 2004 roku wyjechałem za granicę na studia, więc siłą rzeczy nie mogłem uczęszczać na stadion tak często, choć zdarzało się, że jak przylatywałem do Polski, to najpierw biegłem na mecz, a dopiero potem do domu.

Podobno kwintesencją kibicowania są mecze wyjazdowe.

Pierwszy wyjazd zaliczyłem w 1997 roku - to było spotkanie z GKS-em Katowice. Byłem też m.in. na "Armagedonie" - jak to nazwała prasa - czyli turnieju kibiców w Spodku (w 1998 roku w katowickim Spodku odbył się turniej, który określono mianem "kulminacji stadionowego chuligaństwa lat 90." - red.). W tamtych czasach każdy wyjazd, to była praktycznie doba wyjęta z życiorysu. Nie mieliśmy samochodów, telefonów... Nie ważne, czy jechałeś do Warszawy, Poznania czy Katowic. Zdarzało się, że ludzie szli do kościoła, a my dopiero wracaliśmy z meczu, rozemocjonowani, dyskutujący o wynikach.

Dostrzegasz jakieś różnice w dzisiejszym kibicowaniu, a tym które pamiętasz z nastoletnich lat?

Na pewno policja jest teraz łagodniejsza. Choć – niestety – kibiców drużyny przyjezdnej wciąż traktuje się jak bydło. Może jest trochę lepiej i w Zabrzu nie masz na deszczu w zimnie ścieżki zdrowia w parku, ot tak dla rozrywki. Mam wrażenie, że służbom porządkowym byłoby na rękę, gdyby wyjazdy na mecze w ogóle nie były organizowane. Wszystko stało się jednocześnie mniej spontaniczne, a kibic – wygodniejszy. Ale to dzieje się w każdym aspekcie naszego życia. Zauważam również większy podział wśród kibiców danego klubu.

To znaczy?

Są niedzielni fani, chuligani i fanatycy. Natomiast przedtem gdzieś te kryteria się zacierały. Teraz też - siłą rzeczy - chuligani znikają ze stadionów. Wkrótce, moim zdaniem, pozostaną już tylko dwie grupy.

Do której grupy należałeś?

Kwalifikowałem się do fanatyków, teraz jestem raczej fanatykiem w kapciach. Chuliganem nigdy nie byłem. Oczywiście, czasem trzeba było odpierać ataki wroga, ale - tak jak wspominałem - takie były czasy. Jadąc na wyjazd w mniejszej grupie, musiałeś się liczyć z nieprzyjemnymi zaczepkami. Kto przeżył na kibicowskim szlaku lata 90-te ten wie, że teraz to jest sielanka. Są ekscesy, ale to już zjawisko naprawdę marginalne.

Poważnie?

Gdyby w latach 90. media były tak rozwinięte jak obecnie, to co tydzień mógłbyś robić godzinny program o bójkach na stadionach i na mieście.

Co czujesz, kiedy czytasz kolejne doniesienia związane z Wisłą Kraków? Wstyd?

Mamy takie wyświechtane powiedzenie - wstyd to kraść. Ja czuję, tak jak większość, smutek. Pamiętam zarówno najlepsze czasy, a więc erę Bogusława Cupiała, jak i te najgorsze, czyli grę w drugiej lidze. Ale nawet wtedy na trybunach bawiliśmy się wyśmienicie. Wisła Kraków to była i jest marka kibicowska. Gdyby było inaczej, to inne kluby nie śpiewałyby o nas aż tak źle!

No tak, parę razy słyszałem na Łazienkowskiej, że "Wisła to k*****".

Może to zabrzmi dziwnie, ale takie zaczepki zawsze podnosiły nam adrenalinę. W końcu obrażasz kogoś, jak się go boisz lub nienawidzisz. W kontekście piłkarskim Wisła to wielka drużyna - wierzę, że uda się przetrwać. Trzymam kciuki za Rafała Wisłockiego i wszystkich tych, którzy chcą uratować Białą Gwiazdę. Jestem pod wrażeniem i chylę czoła, że podjęli się takiego wyzwania. 

Kto jest winny obecnej sytuacji?

Nie jestem sędzią, więc nie poczuwam się do oceny. Media już jednoznacznie wskazały winnych. Nie twierdzę, że medialny wyrok jest błędny, ale w naszym kraju niestety już tak jest, że najpierw feruje się wyroki, a dopiero potem szuka dowodów. Tymczasem - jak powiedział Wisłocki - najbliższe tygodnie to nie walka o klub, ale w ogóle o polską piłkę nożną. Na rozliczenia jeszcze przyjdzie czas, są od tego odpowiednie organy. Które - o ile mi wiadomo - już zaczęły działać.

Ktoś jednak musi za tę sytuację odpowiedzieć.

Jeśli zarząd wykazał się niegospodarnością - to zarząd. Ale, tak jak mówiłem, poczekajmy, bo są teraz rzeczy ważniejsze niż rozliczenia za to, co było. Jednocześnie nie chciałbym, żeby wszyscy byli wrzucani do jednego worka, bo nie każdy członek SKWK (Stowarzyszenie Kibiców Wisły Kraków - red.) jest zły i działał na szkodę klubu.

Czego teraz oczekujesz?

Chciałbym, żeby media przestały mówić tylko o tym, co złe. Już dawno temu został wykreowany stereotypowy obraz, że każdy fanatyczny kibic to bandyta. Tymczasem to właśnie tacy fanatycy - nawet, gdy w klubie nie dzieje się najlepiej - organizują akcje charytatywne, wyjazdy dzieci na mecze, odwiedziny piłkarzy w szkołach itp. Nie robimy tego dla propagandy, lecz dla chwały drużny oraz - po prostu - z potrzeby serca. Może właśnie dzięki takim działaniom Wisła Kraków ma tak licznych kibiców.

To oczekiwania wobec mediów, a czego oczekujesz od klubu?

"Oczekiwania" to chyba złe słowo... Ja po prostu liczę na to, że uda się przetrwać. Kolejnym krokiem będzie pozyskanie sponsora strategicznego. Zrobiło się pospolite ruszenie, głośno jest wokół Kuby Błaszczykowskiego, którego nazwisko też z pewnością zadziała jak magnes. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to liczę, że już za 2-3 lata Wisła znów będzie mistrzem Polski!

Jak wspierasz klub w tym trudnym okresie?

Nigdy nie należałem do konkretnej, sformalizowanej grupy typu Stowarzyszenie Kibiców Wisły Kraków. Choć teraz powstało Socios i trochę się łamię... Każdego zachęcam do wpisania w Google "Socios Wisła" i zapoznanie się z tematem. To może być znaczny zastrzyk pieniędzy dla klubu i źródło finansowania, a zarazem kontroli. Udało się w Benfice Lizbona, to u nas się nie uda? Namówiłem też władze jednego z mniejszych klubów, aby wpłacili 2000 zł w ramach akcji Kluby Dla Klubu. Z pewnością najprostszym wyrazem przywiązania do klubu i wsparcia jego działań będzie kupno karnetów. Każdy, komu zależy na Wiśle Kraków, powinien nabyć taki karnet, nawet jeśli nie zamierza uczęszczać na mecze. 

I apeluję: żyjmy tym, co teraz! I przyszłością! Przeszłość zostanie wyjaśniona, ale najważniejsze jest tu i teraz.