Książkę dedykujesz synom: „Żeby nie popełniali naszych błędów”. O jakich błędach mówisz?
KAZIK STASZEWSKI Trzeba by zapytać moich synów! Zawsze uważałem, że nie należy ich do niczego przymuszać. Moja mama pragnęła, żebym tak jak ojciec został architektem. Nie brała pod uwagę tego, że nie potrafiłem rysować i byłem głąbem z nauk ścisłych. Wisiało nade mną odium architekta i miałem poczucie winy, że nie spełniłem oczekiwań mamy. W podstawówce zapisała mnie na rytmikę. I na dodatkowe lekcje angielskiego, na których nauczyciel fonetycznie pisał zdania i kazał się ich uczyć na pamięć! Wspominam to jako koszmar, synom takich rzeczy oszczędziłem. Postawiłem przed nimi jedynie dwa zadania: mieli nauczyć się hiszpańskiego, angielskiego i obsługi komputera. Dziś trochę żałuję, że nie wprowadziłem im więcej rygoru.

Naprawdę?!
Tak. Nie mówię, że katowałbym ich skrzypcami w wieku lat sześciu, ale mogli się nauczyć grać na jakimś instrumencie, skończyć podstawówkę muzyczną. Choć spróbować. Gdyby powiedzieli zdecydowane „nie”, tobym nie naciskał. Jest kilka zdarzeń, których się wstydzę... Jak Kazimierz i Janek byli mali, wchodził pierwszy ,,Park Jurajski” z efektami 3D, miałem ich zabrać do kina, ale rozrabiali. Wyprowadziłem Kazimierza z pokoju i krzycząc: „Miałem was zabrać do kina, ale nie zabiorę!”, zacząłem zdejmować pasek od spodni. Nie miałem zamiaru uderzyć syna, chciałem tylko postraszyć. Zaczął krzyczeć: ,,Tatusiu, nie bij, nie bij!’’. Do dziś nie mogę tego zapomnieć i czasem gdy leżę w łóżku i nie mogę zasnąć, słyszę to „Tatusiu, nie bij!”. I nie mogę tego przetrawić, jak ja, k... – przepraszam za wyrażenie – mogłem być tak głupi, żeby takiego małego człowieka tak postraszyć?!

Tato Cię kiedyś uderzył?
Nie, nigdy. Mama raz, za to, że ją przedrzeźniałem. Dlaczego akurat za to?! Robiłem dużo gorsze rzeczy! (śmiech). „Nie przedrzeźniaj mnie!” – powiedziała. A ja na to: „Nie przee-drze-źniaaaj!”. No i mnie uderzyła (śmiech). Tato nigdy mnie nie uderzył, zresztą wyjechał z Polski, jak byłem mały.

Ile miałeś lat?
Cztery. A jednak bardzo dobrze go pamiętałem. To, jak wyglądał, że nosił garnitur, a jedną stopę stawiał krzywo. I jego aparat fotograficzny, w który patrzyło się nie przez obiektyw, ale od góry. Mam serię zdjęć z mieszkania na ul. Niecałej i drugą z niedzielnego spaceru z tatą na pl. Teatralnym, na którym stał wtedy pomnik Nike. Zapamiętałem samochód, którym jeździł – skodę octavię. I jego opowieści. Bałem się dozorcy w Ogrodzie Saskim, więc tato mówił, żebym się nie bał, bo on nie jest nikim ważnym, chodzi i się tłumaczy do Zorca. Po latach pojechałem z mamą odwiedzić tatę w Paryżu. Na dworcu od razu go poznałem, choć wyglądał inaczej. Wydał mi się podobny do Charlesa Mansona, którego widziałem na zdjęciu w „Paris Matchu”. Tato wysłał nam go do Polski i przetłumaczył jeden artykuł – o zabójstwie żony Polańskiego.