Kamil Wiśniewski: Dakar to jedne z najdroższych wczasów odchudzających

W quadzie zakochałem się od pierwszego przejazdu. Dzień później ruszyłem na rajd przeprawowy. Pierwsza wygrana mnie napędziła.Byłem wysportowany i to mi dało przewagę nad innymi zawodnikami. Ludziom wydaje się, że się nie męczymy, siedzimy za kółkiem, ale na quadzie siedzi się tylko na prostych odcinkach. Czasami przez 100 km trzeba jechać „w przykucu”. Na pierwszych zawodach uszkodziłem kręgosłup przez jazdę na siedząco, bo najlepsze amortyzatory nie zastąpią mięśni nóg. Wiem, że każdy mięsień jest ważny. Dlatego codziennie rano jeżdżę na rowerku 40–50 minut w saunie, w 50 stopniach Celsjusza, wieczorem robię trening siłowy. Trzeba mieć parę – quad waży prawie pół tony, musiałem go parę razy postawić, gdy się przewrócił. Żeby wzmocnić nogi, zacząłem też chodzić po górach. Jak przez trzy godziny poczołgam się w śniegu, to potem mówię żonie, że już chcę na Dakar. Choć w tym roku ani razu nie siedziałem na quadzie. Wsiądę na niego już w Peru, w styczniu.

Śmieję się, że Dakar to jedne z najdroższych wczasów odchudzających. W trakcie rajdu gubi się od 6 do 12 kg. Przed zawodami tyję, bo wiem, że i tak zrzucę z 9 kg. Trzeba pić około 5 litrów na 5 dni przed rajdem i około 10 litrów w trakcie rajdu. Na pierwszym Dakarze tak odwodniłem organizm, że chciałem się drugiego dnia wycofać. Aby nie wypłukiwać mikroelementów, piję wodę z cytryną, elektrolity. Przy 47-stopniowym upale to niezbędne. Tak jak odzież chłodząca, która jest w stanie wchłonąć do 1 litra potu. Do tego dochodzą wahania temperatur. Rano, gdy startujemy, często jest bardzo chłodno, a gdy zjeżdżamy na dół, temperatura sięga 30–40 stopni. Musimy być gotowi na ekstremalne warunki. Jechałem w wysokich górach, na wysokości 5000 m n.p.m., w ulewie i burzy. Kilku zawodników zostało wtedy uderzonych piorunem.

Kamil Wiśniewski: Ci, co jadą na wariata, najszybciej odpadają

Są takie odcinki, na których maksymalna prędkość wynosi 30 km/h, i takie, na których jedziemy po 16 godzin dziennie, robiąc nawet tysiąc kilometrów. Dojeżdża połowa startujących. Ja jadę, żeby dojechać. Nie szarżuję, nie ścigam się, ci, co jadą na wariata, najszybciej odpadają. Mam dwoje dzieci, jest dla kogo żyć. Cała rodzina żyje moją pasją. Ale mój syn nie lubi aut ani motorów. Za to jest najlepszym napastnikiem na boisku.

Na rajd zawsze zabieram ze sobą maści i glinki rozgrzewające. Są niezawodne na przeciążone mięśnie i urazy stawów. Kremu na słońce nie używam, bo mam twarz cały czas zakrytą kaskiem. Najlepszą regeneracją jest dla mnie sen, cisza i spokój. Śpię pod namiotem, w ciężarówce, samochodzie serwisowym. Jak dojeżdżam do mety, to chcę jak najszybciej dotrzeć do biwaku, a ten bywa z 300 km dalej. Zdarzają się niespodzianki, np. odcinek może być odwołany, bo osunęła się ziemia. Każdy dzień jest inny. Trasę poznaję poprzedniego dnia wieczorem. Co roku ona się zmienia. Zdobywanie po raz kolejny mistrzostw Europy nie dawałoby mi tej samej satysfakcji. A tu wiem, że jadę z najlepszymi zawodnikami, w najtrudniejszym rajdzie na świecie.