Dzwoniliśmy wielokrotnie, ale nie odbierał. Już myśleliśmy, że zrezygnował z wywiadu. Aż u nagle przyjeżdża, sporo spóźniony, ale wcale nie zdyszany. 

- Biegałem - przeprasza.                                                                                                                                                                          - Gdzie? W parku?                                                                                                                                                                                   - No nie, nie w parku. Na Kasprowy. Wbiegałem w godzinę. Zbiegałem. No i wbiegałem jeszcze raz. I znów zbiegałem, ale nie biegłem na rekord, nie za szybko, ale na tlenie, tak żeby zbudować wytrzymałość. 

Dla zwykłego śmiertelnika taki trening byłby morderczy. Ale tak buduje się zapas mocy, z którego tam, w strefie śmierci, będzie można czerpać. 

Andrzej Bargiel (30 lat) ma siedem sióstr i trzech braci. Nartami zaraził go starszy brat Grzegorz. Andrzej zaczynał jako czterolatek od jazdy na drewnianych deskach z metalowymi krawędziami. Potem były inne narty, smarowane woskiem z pierwszokomunijnej gromnicy i buty o kilkanaście numerów za duże. Wypychał je skarpetami. W Łętowni nie było wyciągów. Musiał wejść na Łysą Górę, jeśli chciał zjechać. Kiedyś  Grzesiek zabrał go w Tatry na skitoury i od tej pory nie liczyło się nic innego. Szybko odkrył, że wydolnośc pozwalałaby mu sięgnąć po mistrzostwo świata. Ale nie miał pieniędzy na starty. Trenował, wbiegając na Kasprowy kilka razy pod rząd z dziesięciokilowym plecakiem. Uskładał na wyjazd w Kaukaz i w sławnym Elbrus Race pobił rekord Denisa Urubki o pół godziny. Świat oniemiał. Lawina ruszyła. Bargiel wspiął się na Sziszapangmę w 28 godzin, na Manaslu w 14, na Broad Peak z obozu III w ledwie 8. Z każdego z tych ośmiotysięczników zjechał na nartach. Dwa lata temu w rekordowym, nieprawdopodobnym czasie 29 dni, 17 godzin i 5 minut wspiął się na wszystkie pięć siedmiotysięczników Pamiru i Tien-szanu, ustanawiając rekord świata Śnieżnej Pantery. 

Rok temu nie dotarł na K2, jednak utwierdził się w przekonaniu, że zjazd na nartach z tej góry jest możliwy. Na swoim frofilu w portalu społecznościowym napisał wtedy między innymi: „Pasja i marzenia wiele dla mnie znaczą, jednak moje życie i bezpieczeństwo mojej ekipy są dużo ważniejsze. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że nie ma sensu ryzykować… Czasem trzeba zrobić krok w tył, żeby potem móc zrobić dwa kroki naprzód”. 

On zrobił. Ubiegłoroczna próba na K2 dała Andrzejowi pewność, że grań, którą uważał za kluczową, jest możliwa do pokonania na nartach. „To właściwie taki stromy szczyt dachu, z tą różnicą, że chodzi o dach świata” - uśmiecha się rozbrajająco. 

Na wierzchołek K2 dotarł wczoraj o 8:25 czasu polskiego. Jako trzynasty Polak w historii. Ale to była dopiero połowa sukcesu. Najważniejsze dopiero czekało. Zapięcie nart na wysokości 8611 m n.p.m. i droga w dół. "Jędrek" jako pierwszy człowiek na świecie zjechał z wierzchołka K2. Najtrudniejszej góry świata. Tak pisze się historię himalaizmu i narciarstwa na długo. ELLE Man był partnerem tej wyprawy. 

Przed tym historycznym wyczynem udało nam się spotkać z Andrzejem. Całą rozmowę przeczytacie w nowym numerze.