- Słuchaj Jurek, ty mieszkałeś w Hiszpanii, słyszałeś o padlu? – zapytał Tomek Smokowski.

- Wiesz co, nawet grywałem, bo miałem w domu, w Madrycie boisko do padla.

- To świetnie, genialnie bo mamy w Warszawie świetne boisko, przyjedź i zagramy.

- Nawet nie wiedziałem, że ktoś gra w Polsce, ale przyjadę. Zagramy.

No i przyjechał na te nieoficjalne Mistrzostwa Polski. Wsiadł w samochód przed szóstą i po 9 parkował już przed halą na Jutrzenki 12 w dzielnicy Opacz.

Przyjechałeś żeby wygrać.

Oczywiście. Jest świetna atmosfera, dużo boisk, doborowe towarzystwo, sportowcy mają we krwi ruch, łatwo adaptują się do innych sportów, zwłaszcza kiedy, powiedzmy, jesteśmy na emeryturze sportowej, i trafiamy na dyscypliny, które nam pasują to szybko robimy progres. Zwłaszcza, że Mariusz Czerkawski, Tomasz Hajto, czy Tomek Łoza i ja gramy w tenisa. Zbyszek Boniek też świetnie sobie radzi.

Traktujesz Zbigniewa Bońka tak, jak trenera?

Bardziej jak Prezesa. Był moim trenerem przez bardzo krótki okres, kiedy miał epizod jako trener reprezentacji. Spędziliśmy chyba cztery dni na zgrupowaniu i poprowadził jeden mecz, więc znam go jako Prezesa PZPN, ale również jako golfistę, bo Zbyszek jest namiętnym graczem i widujemy się na turniejach. Gra bardzo dobrze. Chyba jako pierwszy z piłkarzy zaczął grać w golfa, jeszcze w czasach kiedy ta dyscyplina była w Polsce owiana jakimś tabu. Było jedno pole w Warszawie, First Warsaw i Amber Baltic w Międzyzdrojach. Teraz mnóstwo ludzi już gra i praktycznie w każdym dużym mieście, oprócz Poznania, jest pole golfowe.

Jak to się stało, że  zbudowałeś sobie kort do padla w Madrycie?

Wiesz co, ja kupiłem dom od byłego zawodnika Realu Madryt - Ivàna Helguera kiedy skończył przygodę z Realem. Nowy dom z siłownią Energy Box stojącą obok domu, i przy okazji było boisko do padla. Rakiety mam jeszcze z tamtych czasów. Wszyscy się dziwią, że trochę małe. Dzisiaj są nowocześniejsze, lepsze oczywiście, ale ja jestem przywiązany do swoich. Nie powiem, żeby to była jakaś wielka namiętność, ale kiedy mieliśmy wolny czas, graliśmy. A kiedy skończyłem zawodowo uprawiać sport, miałem dziwny okres w życiu, zresztą nie tylko ja, potwierdzają to wszyscy koledzy, myślałem, że już zawsze będę wypoczęty, że będę się dobrze czuł. Okazało się, że byłem coraz bardziej zmęczony. Zrobiłem sobie jednoroczny rozbrat ze sportem. Chciałem doprowadzić swoje ciało do takiej kondycji, że rano wstaję i nic mnie nie boli. Przez 20 lat i po prostu wszystko mnie bolało. Udało się. Doprowadziłem do tego, że rano nic mnie nie bolało, ale bardzo szybko się męczyłem. Zacząłem biegać, wróciłem do sportu i poczułem się lepiej. Niesamowite, jak człowiek funkcjonuje. Ci, którzy nigdy nie uprawiali sportu, nie mają takiej potrzeby, ale ci co lubią, ruszają się po górach na przykład, robią trekingi, nie zadowolą się grą komputerową. Kiedyś miałem okres na strzelanki, na FIFę, lubię przygodówki. Miałem kiedyś taki okres, że każdą chwilę spędzałem na grze, do tego stopnia, że kiedy grałem mecz, to myślałem jak przejść daną planszę, mimo tego, że akcja po prawej stronie zbliżała się ku mojej bramce. I wtedy sam do siebie powiedziałem - Jurek, co ty robisz? Myślisz o grze, a tu jest mecz. Później, w Liverpoolu mieliśmy PSP, przenośne playstation. To była fajna rzecz, bo spędzaliśmy w podróży dużo czasu, wchodziliśmy do wspólnej sieci i w autobusie graliśmy w sześciu w jakieś gry. W „Medal of honor” to była taka najbardziej popularna gierka.

To bardzo ciekawe, a nigdy o tym nie myślałem - co robić przez 90 minut żeby utrzymać koncentrację?

Im większa koncentracja, tym lepsza skuteczność. Jeśli jesteś dobrze przygotowany fizycznie, kondycyjnie, to koncentracja jest na wysokim poziomie. Jeśli brakuje ci siły, ona spada. Utrzymać ją na bramce, to naprawdę ciężki kawałek chleba, bo czasami masz dwie piłki, które do ciebie trafią. Im lepsze kluby, tym mniej interwencji więc koncentracja musi być większa. W niższych ligach masz 15 - 20 strzałów na bramkę, więc jesteś rozgrzany, co chwilę masz robotę, strzały, dośrodkowania, wybicia piłki ale w topowych klubach masz 3, 4, czasami 5 sytuacji ale musisz wiedzieć, że przyjdzie ten decydujący moment i musisz być gotowy. Są różne metody koncentracji. Trzymasz cały czas kontakt z obrońcami, cały czas mówisz do nich, żeby być pobudzonym, ustawiasz ich, oni słyszą, że żyjesz, więc też czują się pewniejsi.

Ale każdy na boisku pracuje fizycznie, a ty pracujesz głową cały czas. I to jest zupełnie inna aktywność. 

Powiedziałeś fajną rzecz, bo kiedy przychodziłem do domu po meczu, byłem po prostu padnięty i choć mnóstwo przyjaciół przyjeżdżało do mnie do Liverpoolu, czy Madrytu i choć wygraliśmy 4:0, to ja byłem zmęczony strasznie. Pytali – ale po czym ty jesteś zmęczony, miałeś przecież dwie piłki? Mówiłem im a wiesz, ile mnie koncentracji kosztowało, żeby te dwie piłki wybronić? To tak człowiekowi pali mózg, taką energię wysysa, że czułem się, jakbym przebiegł maraton.

A na decyzję masz mikrosekundy.

Jedna decyzja, błąd i po tobie. Cztery lata ścigałem się samochodami w Volkswagen Gold Capri. To bardzo przypominało grę w bramce. Jedna zła decyzja i jesteś poza torem. Źle coś przewidzisz, walniesz kogoś, ktoś walnie ciebie i po zawodach, więc cały czas utrzymywanie decyzji na najwyższym poziomie a nie ma czasu na myślenie, musisz działać. Na bramce jest tak samo. Tysiąc piłek powtarzasz na treningu żeby wyłapać tę jedną na boisku. To są automatyzmy. Nawet się nie zastanawiasz - wow, co ja zrobiłem. Podejmowanie słusznej decyzji jest automatyczne. Wyścigi na torze bardzo przypominają mecz, to stała rywalizacja, walczysz z innymi ludźmi, technika, taktyka, zastawianie się, blokowanie zakrętów. Tak, jak w piłce. Jednego nadepniesz, tutaj przy rzucie rożnym, trochę mu zburzysz jego koncentrację, kogoś delikatnie szarpniesz za koszulkę, włożysz palec komuś w ucho. Wszystkie takie zagrywki, żeby zdekoncentrować, czasem sprowokować, zdekoncentrować przeciwnika.

Kiedy pomyślałeś, że będziesz zawodowym sportowcem?

Miałem osiemnaście lat. Przyjechał prezes z Knurowa i powiedział, że chce mnie wziąć do drużyny. Grali wtedy w III lidze.

To dosyć późno jak na zawodowego sportowca

Ale ja całe życie grałem i to się nie działo. Myślałem, że już nikt mnie nie zatrudni, że mi się zawodowstwo nie uda tak jak wszyscy, jak mój tata, dziadek i całe moje wujostwo, skończę na kopalni. Kształciłem się na mechanika maszyn i urządzeń górnictwa podziemnego i to było moje przeznaczenie. Ja je po prostu oszukałem. Kiedy dostałem propozycję, to miałem być piątym bramkarzem. Wszyscy się pukali po głowie, po co komu piąty bramkarz? Przecież dwóch wystarczy. Ale prezes we mnie uwierzył. Powiedział: „widziałem, jak ten chłopak ciężko pracuje, jak jest zafascynowany piłką, na pewno da radę”. Więc ja w ciągu ośmiu miesięcy byłem już pierwszym bramkarzem Concordii Knurów. Nie opuściłem żadnego meczu w Concordii przez następne trzy i pół sezonu. Potem były Tychy i pół roku później Rotterdam. W Rotterdamie nie opuściłem żadnego meczu przez pięć sezonów.

No to w tej III lidze miałeś długi czas.

Tak.

Nie wszyscy by wytrzymali.

Ja się dziwię tym młodym którzy od razu jak najszybciej chcą wyjechać za granicę bez żadnego doświadczenia, tylko z talentem. Ja miałem propozycję po dwóch latach grania w III lidze z Górnika Zabrze ale wiedziałem, że tam nie będę grał. Nie chciałem za kimś nosić siatek, bo miałem 20 lat i musiałem grać a III liga była u nas naprawdę silna. Mieliśmy doskonałe warunki do treningu, extra murawę, świetną organizację i ja cały czas robiłem postępy. A tylko wtedy jesteś w sporcie wartością. I nie poszedłem wyżej. Nie chciałem siedzieć na ławce. Wiedziałem, że kiedyś przyjdzie mój dzień i po czterech sezonach przyszedł. Zdecydowałem się na zmianę klubów i się udało. Życiem rządzi po trosze przypadek, jak w tej powieści „Alchemik” trzeba się wsłuchać w swoją intuicję. Ja tak podejmuję decyzje. Słuszne, bo kiedy już je podjąłem, to nigdy się nie oglądam za siebie i nie myślę, czy mogłem coś zrobić lepiej. Patrzę do przodu. Nawet jak byłem w Arsenalu i musiałem wrócić, choć już miałem swoją umowę podpisaną, bo prezes Rotterdamu chciał za mnie 10 mln funtów odstępnego. Do transferu nie doszło ale dwa miesiące później podpisałem umowę z Liverpoolem. A Arsenał miał wtedy genialną drużynę, zrobił potrójną koronę, czyli w jednym sezonie zdobył wszystko. Wciąż mnie pytali, czy nie żałuję tego Arsenalu? Ja odpowiadałem – nie, jestem w Liverpoolu, w najlepszym klubie na świecie, z najlepszymi kibicami, z historią, która do mnie pasuje. Ja przez pół swojego życia miałem szalik Liverpoolu, który dostałem kiedyś, gdy byłem na obozie w Niemczech. Zapomniałem o tym. A mama, kiedy podpisałem kontrakt mi go przywiozła, wyciągnęła szalik z torby, a ja pomyślałem „to niemożliwe”.

To był znak.

Tak, to był znak, więc to była najlepsza decyzja.

To był najważniejszy moment?

Trzeba rozgraniczyć życie prywatne od zawodowego, bo z niczym nie da się porównać narodzin swoich dzieci.

Byłeś przy narodzinach?

Tak. Przy całej trójce.

A w życiu zawodowym?

Wyjeżdżałem w 1996 roku. W Polsce nie było kart kredytowych, kont bankowych nie było. Ale wszyscy mamy sentyment do młodości, do tych czasów, kiedy beztrosko siedzieliśmy sobie na ławce i robiliśmy to, co chcieliśmy. Pamiętam prawie wszystko, co się działo, jakie robiliśmy psoty, wygłupy, wyjazdy na kolonie, mecze, obozy letnie i zimowe, ale najważniejszy okres jaki przeżyłem w życiu, był w Holandii. Tam się wszystkiego nauczyłem.