Jan Wiewiór: Jakub Przygoński to drifter czy kierowca rajdowy?

Jakub Przygoński: Po prostu kierowca. Tak najlepiej bym to ujął. Na pewno zdecydowanie więcej spędziłem godzin za kierownicą samochodu rajdowego. Najprościej jednak określiłbym siebie jako kierowcę rajdowego Orlen team - driftera. Dyscypliny się całkowicie różnią, a z drugiej strony bardzo się uzupełniają.

Robert Kubica stwierdził kiedyś, że starty w rajdach uczyniły go lepszym kierowcą Formuły 1. Czy ty też tak masz, że starty w drifcie czynią Cię lepszym kierowcą rajdowym, a starty w rajdach - lepszym drifterem?

Tak, jestem tego pewien. Start w różnych dyscyplinach tylko pomaga. Drift uczy na pewno precyzji i koncentracji na 30-40 sekund, bo tyle trwają przejazdy, więc głowa jest przyzwyczajona do szybkiej dawki adrenaliny. Rajdy długodystansowe jednak uczą jazdy wielogodzinnej i koncentracji przez długi czas. Ćwiczą wytrzymałość, odporność na stres. To wszystko się przenika. Czasami gdy samochód wpada w ogromny poślizg, to z pewnością umiejętności drifterskie się przydają, a jeżeli podczas zawodów driftingowych temperatura jest nieprzeciętnie wysoka i warunki robią się wymagające, to doświadczenie z rajdów, podczas których panują ogromne upały, po prostu pomaga.

A która dyscyplina nauczyła Cię najwięcej jeśli chodzi o jazdę samochodem? Nie zapominajmy, że jeździłeś też przez długi czas na motocyklu.

Zdecydowanie motocykl dał mi najwięcej umiejętności i taki „skill” prowadzenia maszyny. Wydaje mi się, że jednoślad jest trudniejszym pojazdem do jazdy na światowym poziomie. Ma po prostu te same parametry, co inne maszyny, lecz dodatkowo ma masę człowieka, który się przesuwa pod wpływem ciężaru. Ten czynnik ma ogromny wpływ na prowadzenie i prędkość, a tego nie ma już w samochodzie. Dlatego jeśli ktoś jest dobrym motocyklistą, to jest także dobrym kierowcą.

Kiedy Twoja rodzina jest spokojniejsza - gdy wsiadasz do driftowozu, „diabła” czy rajdówki?

Drift jest bezpieczniejszy - to nie ulega wątpliwości. W stosunku do rajdów, samochody są tak samo zabezpieczone - mamy klatkę bezpieczeństwa, systemy gaśnicze i tym podobne. Jedziemy jednak po zamkniętym torze i wszystko dzięki temu jest bardziej przewidywalne, natomiast w rajdach jedziemy po nieznanej drodze, czy pustyni i nigdy do końca nie wiemy, co jest przed nami - tam jest na pewno dużo bardziej niebezpiecznie.

Rozmawiamy podczas inauguracji sezonu Driftingowych Mistrzostw Polski. Masz za sobą starty w Dakarze i rajdach Cross-Country. Czy czujesz się bardziej rozgrzanym kierowcą od reszty stawki?

Rzeczywiście, trochę rozróżniam te sezony. Driftingowy dopiero się zaczyna, natomiast ja przejechałem w tym roku już cztery rajdy Cross-Coutry. Mimo wszystko jest to trochę inna dyscyplina. Wsiadając do driftowozu jestem drifterem. Wsiadając do rajdówki, jestem kierowcą rajdowym. To są dwie różne dyscypliny, dlatego podchodzę do nich zupełnie inaczej.

Jak w takim razie byś ocenił swoją formę? Jaką notę byś sobie przyznał w skali od jednego od dziesięciu?

Forma, ta dakarowa, jest mocna. Przed nami w klasyfikacji jest Nasser Al-Attiyah, który jest bardzo szybki. Myślę, że tu spokojnie dziewięć. W drifcie za to dopiero zaczynamy sezon. Celem jest na pewno obrona tytułu Driftingowego Mistrza Polski. Przed nami dużo wyzwań i z pewnością niespodzianek. Jak się to zazębi? Zobaczymy. Pamiętajmy, że na wszystko mamy jeszcze pięć miesięcy.

No właśnie, pięć miesięcy, bardzo pracowitych pięć miesięcy. Kiedy znajdujesz czas na dla rodziny i na odpoczynek?

Właśnie teraz zaczynamy bardzo ciężki i mocny cykl. Tak naprawdę do połowy października mam tylko dwa wolne weekendy. Szykuje się napięty okres startowy, ale podniesie to moje umiejętności. Jeśli chodzi o rodzinę, to w weekendy mnie po prostu nie będzie, jedynie w tygodniu będę się starał dać jak najwięcej tego czasu, bo lubię go spędzać z żoną i dziewczynkami.