Agnieszka Prokopowicz: Czy tak samo wychowujemy syna i córkę?

Jacek Masłowski: Do pewnego momentu podobnie. Potem jednak powinno nastąpić rozróżnienie, ponieważ inaczej pokazuje się relację z płcią synowi, a inaczej córce. Z punku widzenia późniejszej autonomii chłopca najważniejsza jest jego separacja od matki. Musi doświadczyć własnego sprawstwa, aktywności. Kiedyś nazywano to procesem inicjacyjnym. Ojciec, lub inni dojrzali mężczyźni przygotowywali chłopca do tak zwanej próby męskości a następnie tę próbę przeprowadzali. Dzięki niej chłopiec miał szansę znaleźć odwagę, męstwo, ale też doświadczyć wielu frustracji. Wszystko po to, aby w przyszłości wrócić do grona kobiet już nie jako podopieczny ale jako partner. Zwykle próby przeprowadzano w okolicach 8 roku życia, w Australii koło 11. Czyli tuż przed okresem dojrzewania.

Dziś jednak już nie porzucamy chłopców w lesie…

Jasne, ale ja dla moich synów zorganizuję wyprawę inicjacyjną. To nie musi być las i nie musi być strasznie. Pojedziemy sobie na kilkudniową wyprawę, gdzie będziemy robić różne męskie rzeczy razem i dużo rozmawiać.

Córkę też zabierzesz? Dziewczynki potrzebują odosobnienia z tatą?

Dziewczynki, zwłaszcza dziś, są w dużym niebezpieczeństwie. Mamy czasy ogromnej seksualizacji. Wiele kobiet opiera dziś swoje poczucie wartości na atrakcyjności fizycznej. To traumatyczne dla wchodzącej w życie dziewczyny. Wtedy właśnie świadomy ojciec może córce dać coś niezwykle cennego. Może nauczyć ją, by swoje poczucie wartości budowała na innych zasobach niż ciało. Tak, córce też warto zrobić wyprawę inicjacyjną, choć na innych zasadach. Zwykle około 11-12 roku, kiedy zaczyna się w niej przemiana hormonalna. Tuż przed dojrzewaniem. Cel podróży z córką jest zupełnie inny. Ważne, by dziewczynka mogła doświadczyć bycia u boku dojrzałego, ale bezpiecznego dla niej mężczyzny. Na bazie takiego doświadczenia powstaje w niej wzór mężczyzny, jakiego potem będzie szukać w dorosłym życiu. Faceta, który jest sprawczy, męski, organizuje, opiekuje się, ale też daje autonomię, angażuje do wspólnych zajęć. Ten wspólny z ojcem czas jest po to, by dziewczynki poznawały i budowały siebie i swoją wartość z wyłączeniem seksualności, żeby doświadczały nowych rzeczy w życiu w relacji z dorosłym mężczyzną. Te wyjazdy z synem lub córką mogą być zaledwie kilkudniowe. Mogą się powtarzać. Na takim wyjeździe ojciec nie może być tylko opiekunem, ale ma powoli wprowadzać dziecko w świat dorosłych. Oddaje część obowiązków, pomaga, uczy, tłumaczy, chwali. To idealny moment, by mówić dziecku co dobrze zrobiło, pokazać, że jest w tym dobre, budować jego poczucie wartości.

Wyprawa to świetny pomysł. A jak ma wyglądać codzienna obecność dobrego ojca w domu?

Jeśli ojciec jest obecny, tak naprawdę, czyli zaangażowany w sprawy domowe, to ma także dobrą relację z matką. I w domu dzieją się różne rzeczy: konflikty, zwykłe dni, opiekuńczość, czułość i gniew. Wtedy nie trzeba robić niczego ekstra, by pokazywać dzieciom normalne życie. Widzą i uczą się. Jednak nawet fajny, zdrowy dom, nie zastąpi momentów, kiedy ojciec jest sam z dziećmi, bez matki. Poza tym, jeśli ojciec zorganizuje taki wyjątkowy czas dla syna, czy córki, komunikuje im wtedy jak bardzo są dla niego ważni. To jasny komunikat: mój czas jest dla ciebie. Ty jesteś ważna, ważny.

Jak dobry ojciec znosi okres buntu nastoletniego, kiedy dzieci wykrzykują, że nienawidzą?

Okres buntu jest właśnie po to, by negować rodziców. W czasie dojrzewania dziecko musi oddzielić się od rodziców. To jest po to, by później, jako dorosły, nie przychodził do mamy i taty pytać „co zjeść”, „jak się ubrać”, „czy ta dziewczyna jest dla mnie dobra?”. Młody człowiek musi się odciąć od dorosłych i odpowiedzieć sobie na pytanie: kim ja właściwie jestem? Dziecko musi iść w kontrę. O nie ma znaczenia czy byłeś ojcem troskliwym czy nieobecnym - i tak dostaniesz tę kontrę. Kłopot polega na tym, że wielu ojców przegapia pierwszą część życia, która faktycznie kształtuje dzieci. Pokutuje myślenie: „eeee, on jest jeszcze za mały, jak będzie starszy to porobimy różne fajne rzeczy”. To oczywiście obraca się przeciwko ich relacji, bo właśnie w pierwszych latach buduje się więź między ojcem a dziećmi. Jeżeli popełni się taki błąd przesuwania na później, to będzie trudniej. A w okresie buntu usłyszy się wiele przykrych rzeczy. Jeśli nie stałeś się autorytetem dla dziecka przed jego wejściem w okres dorastania, to będzie ci ciężej.

Ojcowie słyszą wtedy komunikaty: „A gdzie byłeś jak…”

I reagują jak na atak i wpadają w złość albo, co gorsze, wycofują się. Nie wiedzą co z tym buntem zrobić. A dzieci pozostawione same sobie szukają autorytetów w grupie rówieśniczej. I tam testują swoją rodzącą się dorosłość.

Co można zrobić? Jak się przygotować?

Jeżeli wiesz, że i tak będziesz kontrowany i atakowany w okresie buntu swojego dziecka, wprowadź go jeszcze zanim to nastąpi w męskie środowisko. To mogą być twoi koledzy, mogą być trenerzy sportowi. Chodzi o zastępcze autorytety, czyli inni dojrzali mężczyźni, znani i bezpieczni, którzy przejmą kolejny etap prowadzenia dziecka ku dorosłości. W dawnych czasach byli to dziadkowie, wujkowie, przyjaciele ojca, starszyzna. Dorastanie to naprawdę ciężki czas dla dziecka. Czuje do rodziców nienawiść, różne sprzeczne emocje, a niektórzy ojcowie właśnie wtedy zaczynają wprowadzać zakazy, szlabany i inne formy wychowawcze, których nie stosowali wobec dzieci, kiedy były młodsze. A to nieadekwatne do wieku i tylko wzmacnia bunt.