Ostatnio widziałam go w nowym filmie Wojciecha Smarzowskiego „Pod Mocnym Aniołem”. Jacek Braciak gra tam, jak wszyscy, alkoholika degenerata. To trzeci z rzędu film Smarzowskiego, w którym gra aktor. Jego role w innych filmach, serialach, a także role teatralne trudno zliczyć. Tylko ostatnio: „Rodzinka.pl”, „W ukryciu”, „Prawo Agaty” i kilkadziesiąt (!) innych. To taki aktor, że czasem nie pamiętam serialu czy filmu, a jego rolę tak, choć gra drugoplanowe. Spotykamy się na Saskiej Kępie, jest chłodno, ale świeci słońce, dziesiąta rano. Siadamy na zewnątrz, opatuleni w koce, z filiżankami gorącej kawy. Ludzie przechodzą obok i zatrzymują na nas wzrok, czasem do nas zagadują. Dlatego że zimno. Dlatego że Jacek Braciak.

Dlaczego Pan zamieszkał akurat tutaj?
JACEK BRACIAK Zamieszkałem na Saskiej Kępie po latach tułania się po Warszawie. Najpierw była Dziekanka, czyli akademik szkoły teatralnej, potem Żoliborz, Wesoła, Grochów, Bródno… W każde z tych miejsc pchały mnie kolejne wydarzenia życiowe. I kiedy zamieszkałem na Saskiej Kępie, okazało się, że ta okolica najbardziej mi przypomina Zwierzyń, czyli miasteczko, w którego pobliżu się wychowywałem. Mała społeczność, ze swoimi wadami i zaletami. Jednak dla mnie ważniejsze są zalety: że mogę zapomnieć portfela, idąc do sklepu, bo wszyscy się tu znamy. Że sąsiedzi rzucą okiem na dom, kiedy wyjadę, że możemy sobie ufać.

Pan się wychowywał na prawdziwej wsi? Zagroda, konie, łąki, czarne niebo w nocy? To są chyba zupełnie inne przestrzenie w głowie.
Najlepiej uświadomiły mi to moje dzieci. Kiedy były zupełnie małe, woziłem je z Bródna do przedszkola na Saską Kępę, więc się zdarzało, że spędzaliśmy trzy godziny dziennie w aucie. Musiałem im coś opowiadać. Najpierw to były bajki, potem opowieści z Biblii, a skończyło się opowieściami z mojego dzieciństwa. Dla mnie to było normalne, że na wsi są zwierzęta, pola, że dzieci biegają samopas. Mogliśmy iść na łąkę i na rozlewiska, które latem były wielkim oceanem, a zimą taflą lodu, na której się grało w hokeja grudką węgla i kijami wierzbowymi. To, co w tych opowieściach wydawało mi się naturalne, dla moich córek było niesamowite.

Było Panu łatwo z takim pochodzeniem się przebić?
Przez wiele lat starałem się wymazać z siebie to pochodzenie. W szkole teatralnej i później dostawałem sygnały, że jest ono niewłaściwe. Jakże ja mogłem nie znać „Pieśni Legionów”? Szkoła aktorska miała ambicje, żeby kształcić elity intelektualne. Naprawdę. Jednak my na wsi nie zajmowaliśmy się pieśniami legionowymi, tylko się martwiliśmy, jaka będzie pogoda, bo od tego zależały zbiory i nasz byt.

Mówi Pan, że starał się wymazać swoje pochodzenie. W jaki sposób?
Zorientowałem się na przykład, że raczej należy mówić miłe rzeczy, a unikać mówienia prawdy, jeśli jest nieprzyjemna. Prawda była postrzegana jako swego rodzaju brak wychowania. A potem zdałem sobie sprawę z tego, że to, co decyduje o tym, że jestem inny, jest właśnie stamtąd i że nie należy się tego wypierać, tylko przeciwnie – pielęgnować to. W tym sensie moje życie zatoczyło koło. Od dziecka marzyłem, żeby pojechać do najbliższego miasta, Gorzowa Wielkopolskiego, bo tam wszystko było lepsze, chleb był lepszy i masło było lepsze, z kranu leciała ciepła woda, nie trzeba było iść do studni. A po latach się okazało, że szukam czegoś bliższego klimatowi życia na wsi.

Wychowywał się Pan na wsi, ale Pana dziadek dawał Panu książki do czytania, a babcia na wieść, że postanowił Pan zostać aktorem, krzyknęła, że aktorem to był Eugeniusz Bodo. Spora świadomość, nawet jak na miasto. Co to była za rodzina?
Babcia ze strony ojca uważała, że żeby być aktorem, trzeba mieć prezencję amanta. Miała pretensje do bycia dziedziczką jak sprzed wojny. Uczyła mnie savoir-vivre’u, to się je tak, a to inaczej. I dobrze. Dziadek z rodziny mamy, prosty chłop z Lubelskiego, był jak na tamten czas i miejsce kimś nie- zwykłym – nie był zbyt zainteresowany uprawą roli czy robotami gospodarskimi. Najchętniej latem leżał na starym płaszczu w sadzie i czytał książkę. Zimą siedział przy oknie, pił herbatę z blaszanego kubka, palił papierosa, co jakiś czas odrywał wzrok od książki, mówił: „Bzdura”, i czytał dalej. Czytał wszystko. A potem ja z nim. I nie mieliśmy kolorowych książeczek dla dzieci, tylko literaturę dorosłą, klasykę. Jestem mu wdzięczny, bo być może nieświadomie zaraził mnie pasją do książek.

Odwiedza Pan nadal swoją wieś Rzekcin? Nie stracił Pan kontaktu z krainą dzieciństwa?
Nie straciłem. Kilka lat temu wyremontowałem nasz rodzinny dom. Kiedyś należał do przedwojennych osadników niemieckich. Naturalne, występujące lokalnie materiały, z których był wykonany: torf, glina i trzcina, były obliczone na kilkadziesiąt lat. Teraz wszystko wygląda inaczej, są wodociąg, łazienka i bieżąca woda. Tam ciągle mieszka moja rodzina, mama, siostra i jej pięć córek. W naszej rodzinie mama była najbliższa, była gospodynią domową, cały czas przy nas. Ojciec uprawiał siedem hektarów i pracował w cegielni, był cały czas zajęty.

Ma Pan czasem taką refleksję, jak inne jest Pana życie od życia Pana ojca?
Często o tym myślę. Wie pani, moje największe marzenia się spełniły i spełniają się ciągle. Jestem człowiekiem w czepku urodzonym. Kiedy studiowałem, jeździliśmy tutaj, niedaleko, na baseny nad Wisłą. W mokrych gaciach szliśmy uliczkami Saskiej Kępy. Między innymi mijaliśmy dom, w którym teraz mieszkam. Nawet mi przez myśl nie przeszło, że chciałbym tu mieszkać. Myślałem raczej: „Boże, kto tu mieszka, jak tu pięknie”. Teraz ja tu mieszkam.

Nie wiem, na ile to pytanie jest oczywiste, ale czy życie w mieście jest dla Pana łatwiejsze, czy trudniejsze?
I takie, i takie. I to nie jest wybieg z mojej strony. Nie przepadam za dużymi skupiskami i tak zwanym szerokim życiem towarzyskim, do dziś mam kłopot z rozmowami przez telefon dłuższymi niż załatwienie sprawy. Nie jestem przyzwyczajony do tego, żeby w długich rozmowach telefonicznych opowiadać o tym, co mi się przydarzyło. W mieście ludzie bardziej zwracają uwagę na pochodzenie, stan posiadania, na kod, po którym się rozpoznają. Kiedyś mnie to irytowało, może dlatego że sam chciałem gdzieś przynależeć, określać się jakimś kodem, z którym tak naprawdę się identyfikowałem. Ale na szczęście pogodziłem się z sobą i z tym, jaki jestem, a nawet uważam, że nie jest najgorzej.

Pana babcia miała rację? Czy aktorem powinien być tylko Eugeniusz Bodo?
W USA w roku 1967 mężczyznę pożądanego przez kobiety zagrał Dustin Hoffman w filmie „Absolwent”. W Polsce w roku 2014 nadal panuje XIX-wieczne rozgraniczenie na amantów i aktorów charakterystycznych. W szkole teatralnej profesor wziął mnie kiedyś na bok i powiedział: „Jacek, przecież ty wiesz, jak ty wyglądasz. Dlatego powinieneś grać jak wysoki blondyn, jak Artur Żmijewski”. Więc chciałem być jak Michał Bajor, Jim Morrison, Robert De Niro, za kimś się ciągle chowałem, bo uważałem, że sam nie jestem dość atrakcyjny jak na aktora.

Kiedy Pan odkrył swoją atrakcyjność?
Nie ja ją odkryłem. Pomógł mi w tym Piotr Trzaskalski. Jeżeli mogę mówić o jakimś rozwoju w swojej pracy, to zawdzięczam to w dużej mierze jemu. 12 lat temu na planie filmu „Edi” po kilku dniach zdjęć powiedział mi: „Jesteś wspaniały. Jesteś jak Robert De Niro, jesteś cudowny”. Niezależnie od tego, jak na wyrost to było stwierdzenie, on natchnął mnie wiarą w to, że ja też mogę być wyjątkowy. Tylko muszę korzystać z siebie.

A jak Pan siebie widzi?
Ja się sobie specjalnie nie przyglądam. Ani się sobą nie zachwycam, ani nie narzekam, jestem pogodzony, nie marudzę.

Jak reagują na Pana kobiety?
Nie mam pojęcia. Jestem w szczęśliwym związku i jestem w nim spełniony. Z kobietą, którą wybrałem i o którą bardzo zabiegałem. To mi w zupełności wystarcza.

Miał Pan powodzenie u dziewczyn jako młody chłopak?
Tak. I byłem tym szczerze zdziwiony.

Jak Pan radzi sobie z tym, jak Pana odbierają ludzie? Przecież wystawia się Pan jako aktor na widok, na ocenę. A ludzie potrafią czasem powiedzieć coś takiego, że się wszystko w środku skręca...
I na dodatek mają rację. Bo to, co robię, jest niewymierzalne. Rola to nie jest produkt, który spełnia takie, a nie inne parametry. Byłoby łatwiej, gdybym był stolarzem, można byłoby powiedzieć: „Ten stół, który pan zrobił, ma krzywe nogi”. Tylko ja wiem, kiedy coś zrobiłem dobrze, a kiedy źle. I kiedy nie dostaję roli na castingu – celowo teraz nie mówię „przegrywam casting” – nie mam do siebie pretensji, bo zawsze staram się zrobić swoją robotę jak najlepiej. Czasami nie dostaję roli dlatego, że partnerka jest wyższa, a standardy producentów nie przewidują sytuacji kobiety wyższej od mężczyzny. Nie pozostaje nic innego jak przyjąć to z pokorą.

Jakim Pan jest ojcem dla swoich trzech córek?
Przytulam, koję, a czasami jestem surowy. Jednak zawsze staram się rzeczy wytłumaczyć najlepiej, jak umiem. Nie teoretyzuję, tylko próbuję im pokazywać, co jest dobre, a co złe, na swoim przykładzie – bo dzieci od razu zauważą, kiedy ojciec mówi co innego i robi co innego. Zawsze byłem szczery ze swoimi córkami, także jeśli chodzi o moje potknięcia. To najlepszy sposób na to, żeby być z nimi blisko. Najmłodsza córka ma dziesięć lat, a starsze 21 i 19 lat, są już na swoim.

Kosmos?
Patrzę na nie i myślę: „A co to za wspaniałe kobiety?”. Czasem trudno mi uwierzyć, że to są te dziewczynki, które kiedyś nosiłem na rękach, bo miały kolkę. Starsze córki były świadkami moich trudnych aktorskich początków, ale Marysia ma już inne spojrzenie na tatę, bo jestem dojrzalszy i harmonia w życiu się pojawiła. Jednak to wcale nie takie proste i mogło być zupełnie inaczej.

Ma pan same siostry i same córki.
Tak. Nazwisko zginie.

A serio, wie Pan dzięki temu więcej o kobietach?
Nie, przyznaję, ja kobiet nie rozumiem ani nawet nie mam takich ambicji, żeby je zrozumieć. Z całą pewnością wiem, że kobiety są o wiele bardziej skomplikowane niż mężczyźni. O sobie mogę powiedzieć, że jestem urządzeniem prostym w obsłudze. Kobiety są dla mnie nieprzewidywalne. Także te, z którymi jestem blisko, są dla mnie zagadką. Ale lubię to. Lubię nawet to, że muszę o nie ciągle zabiegać, dbać, żeby było dobrze, a nigdy do końca nie wiadomo, czy jest tak, jak mnie się wydaje, co bywa dla mnie kolejnym zaskoczeniem.

Pana żona Maja Hirsch jest aktorką. Piękną, wzbudzającą emocje kobietą. Wspieracie się w swoim zawodzie?
Nie ukrywamy naszego związku, ale też nie promujemy go, fotografując się na bankietach. Pomagamy sobie, często rozmawiamy o tym, nad czym pracujemy. Dużo zawdzięczam Mai. Na przykład ostatnio miałem trudne sceny w etiudzie powstającej w szkole Andrzeja Wajdy. Nie wiedziałem, jak sobie poradzić, ciągle coś było nie tak. Miałem zagrać scenę, w której mój bohater widzi na zdjęciu zamordowaną żonę. Maja mi wtedy dała wspaniałą uwagę: żebym to zdjęcie dostał dopiero przed kamerą i żeby moją pierwszą reakcję nakręcić w bliskim planie. Wszystko się udało.

Pan gra postać czy staje się postacią?
Staram się być, i to w tym momencie, kiedy to jest potrzebne, kiedy się włącza światełko w kamerze czy kurtyna idzie w górę. Staram się być, bo to jest dużo bardziej emocjonujące niż granie. Wyzwalam w sobie emocje, które są potrzebne, i te emocje w tym momencie są prawdziwe. Nigdy nie będę Robertem De Niro. Jednak też Robert De Niro nigdy nie będzie Jackiem Braciakiem.


„Pod mocnym aniołem”, w kinach.

Rozmawiała Anna Luboń