Otóż nie. Chamstwo nie ma granic. Jest głośne, szybkie, rozpasane, bezwzględne, samolubne i trudne do wyplenienia. Jak chwast. Chamstwo przysypane nawet grubą warstwą brokatu, niepilnowane i nieograniczane, prędzej niż później pokaże wykrzywioną szyderstwem twarz. Chamstwo to twór, który wymaga jasnego przekazu i nieustannego kontrolowania. Społecznymi cenzorami chamstwa powinna być inteligenckość. Ta jednak przeżywa głęboki kryzys.

Ten kryzys dostrzegł Marek Modzelewski, który swoje fenomenalne społeczne „usłyszenia” zamknął w zgrabnej trzyaktówce pod tytułem „Inteligenci”. To, że Modzelewski wielkim dramatopisarzem jest, wiadomo nie od dziś. Jego sztuki to portret Polaków, ale nie doczesny. Odnoszę wrażenie, że uniwersalizm dramaturgicznego przekazu Modzelewskiego przetrwa obecną rzeczywistość i będzie aktualny nawet za 50 czy 100 lat. W czym tkwi ten sukces? Moim zdaniem w czymś, co nazywam „precyzyjną obyczajowością”, czyli takim zabiegiem pisarskim, który sprawia, że ludzie wychodzący z teatru po „Inteligentach” mówią, że czują się, jakby ktoś zakradł się do ich domu i podsłuchał ich kłótnie. Ale ten wojeryzm autora nie jest niegrzeczną rozrywką, ku uciesze purytańskiej, zakłamanej gawiedzi. Jest po coś. Służy retrospekcji, odbiciu i... walnięciu. W nasze głowy, w serca. To właśnie owa precyzyjna obyczajowość sprawia, że te sztuki tak się kocha. Ale tylko pod warunkiem, że poddane są misternej obróbce reżyserskiej i aktorskiej.

Powierzenie „Inteligentów” bardzo młodemu reżyserowi, na co zdecydował się Teatr Wybrzeże w Gdańsku, graniczyło z dezynwolturą. Radosław B. Maciąg, mówiący o sobie z przymrużeniem oka - „post-artysta”, był w swoich dotychczasowych kilku adaptacjach bardzo formalny. Ta forma przekładała się na interesującą wizję scenograficzną, za którą skrywał się tekst. W przypadku „Inteligentów” scenografia została powściągnięta na rzecz dramatu postaci. Maciąg trzyma się litery, dzięki czemu całość jego reżyserskiej propozycji jest bez zarzutu (dopracowałbym jedynie kilka punktowych świateł, przez brak których, wygaszały się niekiedy emocje bohaterów).

„Inteligenci” to sztuka o kompromisach z życiem. Małżeństwo z klasy średniej wygłaszając głodne kawałki o zbawieniu świata nie potrafi dostrzec tego, że rozpada się ich rodzina, a nastoletni bunt starszego syna prowadzi do katastrofy. W dramaturgicznej kontrze mamy „kościółkową” siostrę głównej bohaterki. Myliłby się ten, kto uważa, że ta postać służy jedynie wyjaskrawieniu tematu inteligenckości. Ona pokazuje, że ta inteligencja jest słaba, bo jest inteligencją w pierwszym pokoleniu, że czasem to tylko przyprószone upozowaną elitarnością chamstwo. Kiedy jest miło, wszystko błyszczy, ale kiedy pojawiają się problemy, z każdego kąta, w pięknie urządzonym apartamencie bohaterów, wyziewa odór dusznego smrodu.

Najjaśniejszą postacią na scenie jest Sylwia Góra-Weber, grająca Annę. Jest zarazem piękna i odpychająca (brawa dla Dominiki Nykiel za kostiumy dla tej bohaterki!).  Rozeźlona, autorytarna, wylewająca fontanny emocji. Aktorka nałożyła na swoją bohaterkę maskę fałszu, dzięki której sprawnie oszukuje siebie i swoją rodzinę. Ten zabieg sprawia, że niekiedy jesteśmy pewni, że się poślizgnie, że zagra za dużo, za mocno. Na szczęście tak się nie dzieje. Grająca Bożenę, siostrę Anny, Monika Chomicka-Szymaniak ma trudne zadanie, bo jej bohaterkę można łatwo przerysować i dramaturgiczną grę zamienić w farsę. Ale trzyma pion i nie stara się bardziej, dzięki czemu świetnie się broni. Mąż Anny, Szczepan, grany przez Marka Tyndę to bohater przegrany. On już to wie, ale ma nadzieję, że reszta jeszcze tego nie zauważyła.

Tynda ogrywa nieporadność emocjonalną swojego bohatera w bardzo dobry, wysublimowany sposób. Reżyser bardzo trudne zadanie postawił przed Adamem Turczykiem, synem Anny i Szczepana. W dramacie ta postać ma 17 lat. Aktor ma tymczasem ponad 10 lat więcej. W pierwszej części przedstawienia radzi sobie super, jednak w kluczowym momencie sztuki brakuje mu nastoletniej brawury. Ma na tyle siły, żeby przerwać czwartą ścianę i wyjść do publiczności, ale jego dojrzałość osobista i aktorska hamuje go przed odważnym, silnym, bezwzględnym wykrzyczeniem myśli swojego bohatera do publiczności. Namawiałbym go na dociśnięcie tego momentu i większe nieokiełznanie. W pracy aktora rzadko zdarzają się momenty, w których można wziąć publiczność za twarz. Turczyk ma taką szansę i żal z niej nie skorzystać. Jako widz chciałbym poczuć okrutną złość i bezpardonowość jego bohatera, niezależnie od tego, czy jako człowiek, zgadza się z tym, co mówi.

„Inteligenci” Modzelewskiego z Teatru Wybrzeże to trudna do przyjęcia sztuka dla tej inteligencji, która zapełnia krzesełka Sceny Kameralnej w Sopocie. To opowieść o nich, ludziach pełnych wątpliwości, drżących o swój status, płochliwych i nieustannie dezerterujących przed chamstwem. Oglądając sztukę Modzelewskiego czują się niewygodnie, ale na szczęście zaraz po przedstawieniu mogą odreagować przy horrendalnie drogim winie w jednej z wielu restauracji na Monciaku. I delektując się kolacją, prowadząc miałkie rozmowy, mogą dalej udawać, że nic się nie stało, że wcale nie siedzą na tykającej bombie.

  • "Inteligenci"
  • tekst: Marek Modzielewski
  • reż. Radosław B. Maciąg
  • Teatr Wybrzeże w Gdańsku
  • Scena Kameralna w Sopocie
  • Premiera: 16 lutego 2020
  • Czas trwania: 1 godzina 20 minut (bez przerw)

---------

Tomasz Sobierajski - socjolog z zawodu i z pasji, badacz społecznych zjawisk i kulturowych trendów. Naukowiec 3.0 nie bojący się trudnych wyzwań i multidyscyplinaroności. Autor kilkunastu książek o sprawach ważnych. Wykładowca akademicki i akademik z ambicjami. Znakomity słuchacz oraz wnikliwy obserwator. Kustosz dobrych manier i trener poprawnej komunikacji. Apostoł dobrej nowiny i przeciwnik złych emocji. Z zamiłowania sportowiec i podróżnik. Wegetarianin, cyklista i optymista. Nowojorczyk z duszy, berlińczyk z miłości i warszawianin z wyboru.