Żyjemy w świecie, w którym instytucja „pary”, czyli dwojga ludzi, którzy wiążą się ze sobą na krótszy lub dłuższy czas, jest uznawana przez społeczeństwo za wartość najwyższą. Jesteś z kimś – w porządku. Jesteś sam/sama – coś z tobą nie tak. Świat lubi pary: podwójne łóżka w hotelu, dwa miejsca z przodu w samochodzie, parzysta liczba krzeseł przy stolikach w restauracji. Chcesz być sam? Musisz dopłacić za wakacje, hotel, kredyt. Dwoje ludzi zawsze pasuje. A z jednym zawsze kłopot. Odstaje, zawadza, przeszkadza

Społeczeństwo (w znakomitej większości sparowane) patrzy na parę z pobłażaniem, wyrozumiałością, w najgorszym wypadku z wyrozumiałą pobłażliwością. Każda para, niezależnie od tego, w jakiej fazie związku się znajduje, nawet już na starcie ma lepiej. W seksualno-romantycznej fazie para jest przekonana, że będzie ze sobą zawsze. Jedyne, o czym myśli, to kiedy i w jakich okolicznościach dopaść i wychędożyć drugą połowę. Nikomu nie przeszkadza to, że para godzinami okupuje stolik w zatłoczonej kawiarni, pokładając się na sobie i wymieniając florę bakteryjną. Że nie daje spać sąsiadom do późna w nocy, a nawet jeśli się pokłóci i wyzywa na środku ulicy, to też jej się wybacza, bo wiadomo... „zakochani tak mają”.

W fazie okrzepnięcia i stagnacji po burzy hormonalnej parze wybacza się to, że wszystko chce robić razem. Był człowiek. Nie ma człowieka. Miałeś przyjaciela, teraz masz jeszcze przyjaciółkę. Chcesz czy nie chcesz. Nie jedziesz już na wypad w góry z kumplem, tylko na bezwładne szwendanie się po dolinach z parą. Na łódkę w Chorwacji musztruje się kolejna osoba, a ty godzinami nie możesz zejść z pokładu, bo na dole odbywają się awantury, a po nich następuje godzenie. W efekcie jesteś tak osmagany słońcem i wiatrem, że w najbliższym porcie biorą cię za lokalnego rybaka. A para – zajęta sobą – nawet nie dostrzega, że lokalsi próbują cię porwać i sprzedać do klubu ze striptizem.

W ostatniej fazie, nienawiści i morderczych myśli, para wciąga cię w swoją orbitę świadków zdarzeń i współwinowajców dramatu. Najpierw dokonujesz angielskich wyjść, mistrzowskich uników, żeby i tak na koniec trafić na samo dno rozpaczy, a czasem i przed sąd, który orzeknie na podstawie kilku mniej lub bardziej zmyślonych historii, czy para miała zgodne charaktery czy jednak nie. A ty czujesz się niemalże jak sąd przenajświętszy, bo o niedobraniu charakterów wiedziałeś od początku. Te histerie i dramaty społeczeństwo parze wybacza, no bo... „przecież ludzie się rozstają”.

W tym samym czasie, gdzieś obok, po cichu, bez epatowania swoją pojedynczością, bez egzaltowanych burz hormonalnych, bez wrzasku i zadręczania innych, przemykają single. Ci, którzy przez sparowanych uważani są za samotnych, opuszczonych, niechcianych, niepotrzebnych, pokaranych przez los, nieszczęśliwych, ułomnych, zaburzonych i koślawych społecznie. Za inny gatunek człowieka! I – co najważniejsze – stanowiący zagrożenie dla samych par (a nuż się singielka spodoba narzeczonemu!) i dla całego społeczeństwa (nie za dobrze im tak samym?). Aby się ktoś w swojej singlowatości nie rozgościł za bardzo, nie miał lepiej niż my, zagania się go kijem do bycia w parze. A jak już się uprą, że jednak będą sami, to kombinuje się, jak tu nałożyć na nich kolejny podatek! Bykowe! Bo świat jest stworzony na parę. Amen.

Czyżby? No nie. Nie? Jak to nie?! Przecież nie można żyć samemu?! Otóż można. Można żyć samemu. Można mieszkać samemu, jeździć do pracy autobusem lub własnym samochodem. Można mieć dzieci i ich nie mieć. Można uczyć się hiszpańskiego lub mandaryńskiego. Można wyjeżdżać w góry, ale można też nad morze. Można grać w tenisa lub w bierki. Jeśli taki jest nasz wybór i nie krzywdzimy przy tym nikogo, to nic innym do tego. Są ludzie, którzy nie wyobrażają sobie życia samemu, samotnych wieczorów i braku dotyku bliskiego ciała nad ranem, zaraz po przebudzeniu. Ale są też tacy, którzy nie są w stanie dzielić mieszkania z obcą osobą, która używa ich szczoteczki do zębów, przestawia rzeczy i rozpycha się w łóżku.

Czy wyobrażacie sobie teraz, że nagle Wielki System mówi nam, że nie wypada mieszkać w bloku i trzeba mieszkać w domu, nie wypada jeździć w góry i trzeba jechać nad morze, nie wypada jeździć autobusem, trzeba jeździć samochodem? Przecież świat by zwariował! My byśmy zwariowali!

Słowa „wypada” i „trzeba” odnoszą się do zupełnie innej materii zachowań, którym hołduje się w mojej rodzinie. Trzeba być przyzwoitym człowiekiem i nie wypada trzymać łokci na stole. Trzeba być miłym dla innych i nie wypada przerywać starszym. Trzeba pomagać słabszym i nie wypada plotkować. Słowa „trzeba” i „wypada” zarezerwujmy dla obszaru dobrych manier. Jak mawia moja cioteczna babka: „Trzeba – to umrzeć i wypadałoby zrobić to po cichu, nie kłopocząc zbytnio innych”.

Bycie samemu nie oznacza samotności. To wybór, który niektórzy podejmują świadomie. Jest ich mniej, bo może to tylko ci, którzy mają odwagę powiedzieć „Nie!” społecznemu przymusowi i nie łączą się na siłę z drugą osobą. Bo tak wypada. Bo takie są konwenanse. Bo łatwiej. Bo prościej. Bo...

Single to ludzie, którzy lubią siebie i swoje towarzystwo. Spotykają się z ludźmi wtedy, kiedy chcą. Nie potrzebują dopełnienia drugiej osoby. Za świadka własnego życia mają tylko siebie. Może zatem, drodzy sparowani – na własne życzenie lub wbrew sobie – popatrzcie z życzliwością na tego innego, pojedynczego człowieka? I zamiast butem i knutem wpychać go w główny społeczny nurt, pozwólcie mu dreptać przy brzegu. Nie oceniajcie. Otwórzcie się. Bo ten inny człowiek, mimo że bez pary, też pragnie miłości i akceptacji.

---------

Tomasz Sobierajski - socjolog z zawodu i z pasji, badacz społecznych zjawisk i kulturowych trendów. Naukowiec 3.0 nie bojący się trudnych wyzwań i multidyscyplinaroności. Autor kilkunastu książek o sprawach ważnych. Wykładowca akademicki i akademik z ambicjami. Znakomity słuchacz oraz wnikliwy obserwator. Kustosz dobrych manier i trener poprawnej komunikacji. Apostoł dobrej nowiny i przeciwnik złych emocji. Z zamiłowania sportowiec i podróżnik. Wegetarianin, cyklista i optymista. Nowojorczyk z duszy, berlińczyk z miłości i warszawianin z wyboru.