W porównaniu z poprzednią wersją na pierwszy plan wychodzi przeprojektowany przedni zderzak i wlot powietrza, który podzielony został na dwie części. Srebrna listwa u dołu zderzaka przypomina teraz kły, podobnie jak reflektory główne LED, które po włączeniu przypominają wyglądem tygrysie zęby. Z boku nie zmieniło się praktycznie nic, jeśli nie liczyć nowych wzorów felg aluminiowych. Z tyłu przeprojektowano lampy i zderzak, który otrzymał inny wzór dolnej listwy. I to by było na tyle. Praktycznie nie tknięto wnętrza, co w sumie należy uznać za plus, bo od czterech lat, od kiedy Kona pojawiła się na rynku, nie zdążyła się jeszcze zestarzeć.

Było dobrze, jest lepiej

Z resztą sam kokpit jest silną stroną małego SUV-a z Korei Południowej. Po zajęciu miejsca w fotelu kierowcy szybko znalazłem z autem nić porozumienia. Wszystkie przyciski są na swoich miejscach i zebrane zostały w tematyczne grupy. Zmienił się kształt gałki dźwigni zmiany biegów, jak również zastosowano nowy ekran centralny, z rozbudowanym systemem nawigacji, który może mieć teraz przekątną 10,25 cala. Hyundai mocno postarał się, żeby nowa Kona stała się samochodem jeszcze bardziej przyjaznym dla swojego użytkownika. System głosowy pomaga już nie tylko podczas wyboru celu w nawigacji, ale potrafi włączyć ogrzewanie lusterek i co zupełnie zrozumiałe zintegrować się ze smartfonem.

Aplikacja Bluelink w telefonie pozwala ponad to na zdalny dostęp do auta, przeniesienie trasy z nawigacji satelitarnej telefonu do samochodu, możliwość włączenia ogrzewania postojowego, a także sprawdzenie lokalizacji auta, czy ilości paliwa w zbiorniku. Testowany egzemplarz prezentował najlepszą możliwą konfigurację wnętrza na obecne upały. Biała, skórzana i dodatkowo perforowana tapicerka foteli nie nagrzewała się zbytnio w słońcu, a dodatkowe chłodzenie pozwalało poczuć przyjemny chłodek w okolicy… no wiecie sami gdzie. Same fotele okazują się bardzo komfortowe, nawet podczas dłuższych podróży, ale i pasażerowie siedzący z tyłu nie powinni mieć powodów do narzekań. Oparcie kanapy jest odpowiednio wyprofilowane, a miejsca na stopy i kolana jest wystarczająco.

Jedyne uwagi mogę mieć do wielkości bagażnika. Owszem, jest ustawny i po wyjęciu styropianowego korytka nawet da się obniżyć podłogę o kilka centymetrów, ale, choć producent podaje, że jego pojemność to 374 dm3, jest zwyczajnie zbyt mały, żeby nazwać Konę samochodem rodzinnym. W roli wakacyjnego autobusu lepiej sprawdzi się Tucson, nie wspominając o Santa Fe. Żeby jednak nie być tak surowym powiem, że do bagażnika zmieszczą się tygodniowe zakupy i kilka zgrzewek wody.

Ukryty drapieżnik

To, co rzuca się od razu po przejechaniu już kilku kilometrów, to niezwykła zwartość konstrukcji i zwinność miejskiego SUV-a. Auto zachowuje się jak gokart przebrany w strój crossovera. Kompletnie nie czuć w nim efektu, znanego z podobnych konstrukcji, czyli ponadprzeciętnego kołysania i „gumowatości”, jaką prezentuje większość miejskich SUV-ów. Hyundai przelatuje przez poprzeczne nierówności zupełnie niewzruszony, a w zakrętach prezentuje zadziorną dynamikę. Odruchowo zaczynasz szukać granicy przyczepności i gdy wciąż nie możesz jej znaleźć, nagle pojawia się sympatyczny uślizg tylnej osi, która ustawia przód do kolejnego zakrętu. Z kolei na autostradzie auto prze do przodu niewzruszone, a w kabinie jest przyjemnie cicho nawet przy wyższych prędkościach.

Testowany egzemplarz wyposażony był w benzynowy silnik 1.6 GDI o mocy 200 KM, sprzężony z 7-biegową dwusprzęgłową, automatyczną skrzynią biegów. Niezły moment obrotowy 265 Nm dostępny jest już przy 1600 obr./min, co z fantastycznym zawieszeniem i układem kierowniczym tworzy całkiem zgrabne trio. Hyundai podaje, że Kona w tej konfiguracji osiąga 100 km/h w 7,7 sekundy, a prędkość maksymalna to 214 km/h. Przyznacie, sami, że jak na miejskiego SUV-a są to parametry więcej niż zadowalające.

Kotek, czy tygrys?

Samochód ma jednak dwa oblicza. Pierwsze to stateczny wizerunek nieco znudzonego i rozkojarzonego gościa, którego trzeba zachęcić do pracy. W trybie Comfort po wciśnięciu pedału przyspieszenia niewiele się dzieje i dopiero po dobrych dwóch sekundach silnik zaczyna wchodzić na obroty. To oczywiście przypadłość większości obecnych samochodów, których dynamika ograniczana jest ze względu na przepisy dotyczące emisji spalin, ale piszę o tym, żebyście w razie czego byli przygotowani na taką niespodziankę, chcąc wyrywać się na lewy pas zanim samochód zacznie przyspieszać. Jest jednak drugie oblicze, które ujawnia się po wybraniu trybu Sport. Nagle okazuje się, że nasz wyluzowany gość zachowuje się jakby przez przypadek usiadł na gorącym grillu i teraz gorączkowo szuka ratunku. Reakcja na gaz jest natychmiastowa i całkiem brutalna. Kona przyspiesza jak szalona i zdaje się w ogóle nie męczyć. Trzeba uważać, by nie wyrwała się z więzów, bo jeśli przesadzimy z wciśnięciem gazu o milimetr, możemy mieć w korku niemiłą niespodziankę.

Ogólnie postrzegam Konę jako solidny i przede wszystkim dopracowany samochód, który nie dość, że jest ładny, to jeszcze potrafi dać kierowcy sporo frajdy podczas jazdy. Wygodne wnętrze pozwala poczuć się komfortowo, a nowoczesne multimedia nadążają za szybko zmieniającymi się trendami, pozwalając na obsługę głosową i współpracę ze smartfonem. Kabina jest naprawdę nieźle wyciszona, a dynamiczny silnik potrafi niejednego zaskoczyć na światłach.