Bolesna jest śmierć młodego suma, jakieś czterdzieści centymetrów, co to jest dla takiej ryby, o ósmej czterdzieści siedem na targowisku w Talat Rom Hub, trzy godziny po wschodzie słońca i trzynaście minut przed nadejściem pociągu. Dziewczyna, ładne, symetryczne rysy twarzy, gruby, smolisty warkocz, usta bez cienia szminki i sterczące piersi pod czerwoną, no może jednak bardziej purpurową koszulką, sięga do wielkiej misy wybiera z niej rybę pewną ręka, a trzeba mieć pewną, bo sum śliski, silny drań, miota się, wykręca, złowiony dopiero co, jeszcze się nie zmęczył na bezdechu, ale chwyta go mocno, rzuca na deskę na niskim pieńku i praaaassst! Odcina mu wąsy. Obraca i prassst, odcina te z drugiej strony a potem szast, ogon.

Wtedy dzwoni jej smartfon wiec ona porzuca rybę i odbiera, roześmiana, pewnie to koleżanka, pewnie jej opowiada o jakiejś randce bo zanosi się aż od tego roześmiania, nogi szeroko rozstawione, silnie trzeba siedzieć do takiej roboty, stabilnie, niczym wieża Eiffela nad deską do ryb, a kiedy mówi coś, może świńskiego nawet tej swojej koleżance łapie na chwile moje spojrzenie zadziwione i na pewno gorące, ale tu, na targowisku wszystko przecież gorące, wilgotne, jest trzydzieści osiem stopni bo to jeszcze rano, usta zasłania wiec myślę ze coś świńskiego mówi, jakiś gruby żart, może nawet o mnie siwym, długowłosym, niebieskie oczy, przepocone niczym górnik, albo o chłopaku, którego spotkała wczoraj, taki chłopak nie wywinie się łatwo dziewczynie, która potrafi suma jedną ręką jakby to był kawałek bambusa.

Nie, to niemożliwe, żeby na mnie patrzyła, jej młodość jest oślepiającą, bowiem ślepota nie jest wcale za każdym razem nienasycona czernią, ale bywa oślepiającym blaskiem, i opuszczam wzrok. Ryba podskakuje na desce. Sum bez wąsów i bez tylnej płetwy. Nie krwawi, podskakuje lekko, ale dziewczyna kończy, wsuwa smartfona do kieszeni, podnosi na mnie wzrok i slutttt, odcina rybie głowę.

Wtedy nadjeżdża pociąg. Wciska się w sam środek targowiska pcha przed sobą w tym tłoku, w gorącym, śliskim, mokrym powietrzu gwizd, który zmusza ludzi do zamiatania z szyn wszystkich maneli: koszy z warzywami, tac z owocami, skrzyń z rybami, saków pełnych krewetek, stojaków z ubraniami i ludzie zbierają to wszystko w mgnieniu oka i upychają pod ścianami kramów i kraników, a stoły mają na kółkach i te stoły odjeżdżają nagle w głąb targowiska, a markizy szybują na sztorc i ludzie czmychają niczym kurczęta, i tylko koty między tym wszystkim myszkują za rybią głowa a bogaci turyści z Francji co zajęli stoliczki w miniaturowej kawiarence tuż przy torach sięgają po aparaty, a ja klękam na szynach żeby uchwycić jedno ujęcie, ale ma mnie krzyczą i ciągną mnie w bok.

„Over the red line” pokazują „over the line! The train did not stop”. Przyklejam się do blaszanej ściany a pociąg przetacza się mi centymetry przed nosem i widzę, jest pełen turystów z Chin i robią mi zdjęcie za zdjęciem.

Na pływającym targowisku w Damnoen Saduak jest niesamowity tłok. Kiedyś był to lokalny rynek, na który kobiety z okolicznych wiosek przypływały łodziami, żeby sprzedawać z nich mango, banany, ryż w workach z jury, ale teraz to jest największa turystyczna atrakcja na zachód od Bangkoku, tysiące ludzi kręci się w łodziach na kilkunastu wąskich kanalikach odbudowanych ścisłe domami zamienionymi w sklepy. Kiedyś na parterach trzymało się łodzie i kurczęta, dzisiaj sklepy, kramy ze wszystkim wymieszanym w jeden abstrakcyjny mikrokosmos pełen masek, tkanin wzorzystych, batiku, jedwabiu, drewnianych penisów malowanych w fantazyjne wzory, słoniowych akwarel, szkatułek, podrobionych Rolexów i jest nawet Moonwatch OMEGI, są buty sneakersy, kurtki North Face i mnóstwo skórzanej galanterii. Łodzie podpływają do kramów i turyści mogą się targować.

Kupuję za ostatnie kilkaset kipów portfel, a potem wyskakuję na brzeg i wspinam na galerie domów, bo chcę mieć stad reportaż, może sześć, siedem, może osiem dobrych zdjęć, może ktoś mi to opublikuje?

Mijam gościa który daje turystom do ręki wielkookiego lori, przepiękne, rzadkie zwierzę południowych dżungl, ale wygląda na to, że jest otumanione narkotykami, inaczej serce pękłoby mu ze strachu, bo gość w tej samej ręce, do której tuli się małpiatka, trzyma głowę kilkumetrowej długości pytona.

Absolutna, kosmiczna cisza panuje wokół złamanej stupy w Wat Ched Luang w Chinagmai o 18.26 kiedy słońce już za horyzontem, ale jego czerwona jak miłość poświata wciąż trwa nade mną, nad posągami Buddów i Nag, nad klęczących przed ołtarzem ludźmi, nad miastem, które o sto metrów stąd buzuje swoimi biurami, sklepami, knajpkami, korkiem porannym i wieczornym, swoimi ludźmi co poszukują miłości i poczucia bezpieczeństwa i żeby ich ktoś dostrzegał, i żeby nie przemijali bezsensownie próbując odnaleźć sens istnienia w pielgrzymce Instagrama.

A świątyń w Chiang Mai jest przynajmniej ze sto. Gdzie nie spojrzysz stupa, albo pomnik świętego męża, albo króla z czasów niepodległego państwa Lanna, bo Chiang Mai było stolicą tak dawno temu jak Kraków, ale wciąż pamięta. Król Mangrai wytyczył plan miasta tak, żeby było odbiciem wizerunku człowieka, a świątynie stanęły w miejscach czakramów. W samym środku miasta stoi stupa Mongraja, który dokładnie w tym miejscu w dwudziestą rocznicę zbudowania miasta trafiony piorunem przerwał koło dharmy aby od tej chwili stać się aniołem stróżem Chiang Mai. Osiemset lat temu konsylium najwybitniejszych buddyjskich wtajemniczonych wydało na ten temat oświadczenie i jest ono po dziś dzień, słoneczne popołudnie roku 2563 od oświecenia Buddy w powszechnym poszanowaniu. Dzieci uczą się tej powieści w szkołach.

A klimat Chiang Mai ma łagodny, jakby z tych gór ma północy schodził ktoś bliski, żeby ci podać szklankę wody w skwarny dzień, w którym nie można znaleźć cienia, suchy, szeleści twardymi jak plastik liśćmi tamtejszych drzew, a ulice są przyjazne, nie stoisz w korkach i nie dusisz się od smogu, a chłopaki tego miasta wiedzą, że „o tak, Wewandouski is the best” bo nie słyszeli o papieżu Polaku, ale o Robercie wiedzą i nawet by drukowali z nim tiszerty, ale nie wiadomo kto ma prawa autorskie do wizerunku.

W starej świątyni słychać dzwonki. Chłopak, młody, wysoki, w czarnej koszuli przynosi jeden gruby kwiat lotosu i modli się chwilę w milczeniu, a potem układa go u stop posągu. Dzwonki dzwonią, to już zachód słońca. Wierni mogą wejść do środka, mały chłopiec wpada tam i zaczyna się toczyć po dywanie i mam w tej chwili niezachwianą pewność że Bóg się do niego uśmiecha.

Nie bardzo wiem dokąd iść, gorąco jak w piekle, spłukany jestem co nie bez znaczenia, na piwo jeszcze wystarczy, ale nie jest łatwo bo wiesz, że za cenę jednego, dwóch piw możesz kupić koszulę, a wtedy tę, którą masz na grzbiecie, przepoconą, wypłowiałą pod pachami, śmierdzącą połową Azji mógłbyś wyrzucić ale nie, ja nie wyrzucam przecież, piorę aż się zrobią dziury, wiec jednak piwo. Czytam Kerouaca, Lonely traveler, ten fragment o pocałunku i odkrywam ze stać mnie na kolejne piwo, i że cudownie jest siedzieć na Khao San w popołudniowym słońcu i nasiąkać mieszaniną nadziei, curry, kleistego dieslowskiego powietrza, rozczarowań miejscowych dziewczyn porzuconych rano przez kochanków z Europy i tłustą satysfakcją tych, co przyjechały ze swoimi chłopakami, żeby ich na krok nie odstępować, żeby im nie pozwalać, żeby pokazać kto tu kurwa wie co jest grane.

A piwo zimne, jakbym ssał pierś matki ziemi, czuję że mi wraca krążenie, że zaczyna pracować ten umęczony upałem organizm, bo to już ponad sześć tygodni w drodze. Wilgoć rozmiękcza celulozowe serce Kerouaca. Wolno czytam, ale oto przysiada przy sąsiednim stoliku dziewczyna, piersi ledwo przysłonięte skrawkiem tkaniny, luźnej, przewiewnej, na plecach tylko sznureczki, jak ona to sobie wiąże sama? No nie umiem sobie wyobrazić, łapię się na tym że się gapię na te tkaninę a wtedy przychodzi jej facet i siada tak, abym teraz widział jego plecy i znowu dociera do mnie hałas ulicy.

A nocą Khao San rozdygotana rock’n’rollem, rozpędzona prawdziwymi, lepkimi jak błoto riffami Zeppelinów i Sabbathów i zawsze będzie to miejsce bliższe memu sercu niż wszystkie ulice Saigonu i Hanoi gdzie tylko techno i stroboskopy. Lubię Khao i Rambuttri, ale oglądam je jak film, nie przenikamy się. Jak woda i naga skóra. Snują się ulicą typy ze świata co dopiero przyjechały, dopiero pierwszy pot im przykleja włosy do czoła i jeszcze nie wiedzą, że jeśli trzeba się upić to najlepiej wódkę w 7 Eleven kupić, bo tańsza niż podłe piwo Chang, do którego musisz kupić orzeszki albo słoninę a jak zaczniesz to wciągnie cię Khao w swoje tryby, wyssie, otumani, ogłupi, oszuka, okradnie albo jeszcze gorzej przytuli do jakiejś miejscowej dziewczyny co, jak ją weźmiesz do Europy, to z tego co zarobi na kasie w Biedronce przyśle do domu dość pieniędzy żeby młodszy brat, albo siostra poszli do szkoły. A ojciec żeby kupił bawoły i ziarno i będzie się w ich wiosce mogła zacząć nowa wiosna.

Piękne są tajskie dziewczyny i, wiem od kolegów, dobre są, nie krzyczą, umieją pożar ugasić a kiedy trzeba żeby jednak płonęło, to umieją rozpalić. Bogaci, w tę ulicę, niby tylko pieszo tu wolno, ale oni wjeżdżają jaguarami srebrnymi jak księżyc i bielusieńkimi AMG. Inni pchają ręczne wózki z owocami, które będą sprzedawać po dolarze żeby zarobić na ryż i pitną wodę. Jeśli nie będzie im szło to po pół dolara.

Miękkie, fioletowe dragon fruity, rambutany, papaje, mango złoty sekret Azji, oj nie próbowałeś mango jeśli to nie było tutaj. Ktoś zbierał je, sortował, mył, układał w skrzynki, wiózł z daleka a teraz pół dolara, bo już po północy i klientów przybywa dziwkom, ale nie dziewczynom z sokiem z owoców. A o porannej godzinie Khao San oblepiona wszystkim co się wydziela z człowieka, tą czarną mazią grubą miejscami na pół centymetra i widziałem, szedł mnich z cebrzykiem na ryż i człowiek klęknął przed nim w tym całym gnoju i złożył ręce, i od tej pory nie wiem czy wciąż jeszcze był grzeszny, ale wiem że został pobłogosławiony. Niektórzy rzadko robią nowe rzeczy, inni robią je stałe. Którzy są bardziej szczęśliwi nie wiem.

Widziałem dziś jak wąż płynął przez rzekę i to nie było z powodu kaca choć pewnie gdyby nie kac zdążyłbym zdobić gadzinie zdjęcia, ale zagapiłem się, bo płynął pięknie, z głową wysoko ponad lustrem rzeki, wyginając całe ciało w rytmie czarnej sprężyny, ale głowa nieruchoma, wzrok nie wiesz gdzie bo skąd człowiek na kacu może wiedzieć co taki waż ma w głowie?

Płynęliśmy na bambusowej tratwie rzeką w gęstej, zielonej dżungli w Chang Dao Wildlife Sanctuary, przybyliśmy tu aby spotkać słonie. Nie wiem czy jakakolwiek inna żywa istota na naszej planecie może się równać ze słoniem, może wieloryby, ale nie widziałem ich z tak bliska, nie wąchały mojej ręki, nie karmiłem ich i nie pływaliśmy razem ani w morzu ani nawet w rzece.

Słoń jest prawdziwy, napełniliśmy go bananami oraz pędami bambusa a on wyciągał po jedzenie trąbę niczym rękę i jeśli mu się podawało na przykład palec zamiast banana to wiedział ze to żart i smarkał na rękę, bo taki nam się z kolegami z Korei trafił słoń żartobliwy, Amerykanie wypieli się na pływanie ze słoniami „a co to my dzieci jesteśmy”, ale ja sobie darować nie mogę bo moje wewnętrzne dziecko od poczęcia pragnęło podrapać słonia za uchem i teraz kiedy dzieli mnie od tego tylko konieczność założenia spodenek niewiadomego pochodzenia pożyczonych od opiekuna słoni, to po prostu muszę z nim iść do rzeki, żeby jego skórę szorstką jakby bibułę nasączona cementem, miejscami różową a miejscami szarą, trzeć szczotką i polewać wodą i aby go drapać, klepać i gadać do niego a on w zamian tylko pierdzi do rzeki i wtedy wylatują z jej nurtu bąble z siarkowodorem po bananach i bambusie.

ZOBACZ: Grzegorz Kapla po pięciokroć. O czym pisze w „Bezwładzie”, "Bezdechu", "Bezmiarze" i reszcie swoich książek?

CZYTAJ: Grzegorz Kapla: Może nowy świat będzie otwarty na wszystkich, a nie tylko na takich jak my sami? [FELIETON]