CZYTAJ: Borys Szyc w ELLE MAN o Sherlocku Holmesie i znaczeniu słowa [WYWIAD]

Piotr Fiedler - pierwszy poeta, którego znam

Piotra Fiedlera spotkałem na Tomnickiej w Warszawie lat temu dwadzieścia. Nie muszę dodawać, że na imprezie. Było dużo różnych ludzi. Najbardziej różny był on. Ofensywny, radosny ponad miarę, z niespodziewaną pewnością siebie zagajał wszystkich. Życie potrafi gmatwać sobie jak nikt inny, ale robi to barwnie, za zdroszczę mu tej beztroski. Z niejednego pieca chleb jadł. W słynnym klubie Utopia z gracją nie wpuszczał ludzi do lokalu. Robił też za wykidajłę. Skutecznie. Był subiektem w salonie odzieżowym, producentem sesji w męskim tytule. Był bezrobotny. Prowadził program telewizyjny o lotnictwie. Zrezygnował, bo ograniczali jego wolność. Pisze teksty o kobietach. Znakomite. Bezpruderyjne. Do kobiet ma stosunek konkretny. Wydał tom poezji „Pod moim oknem gryzą się jeże”. Wartościowy. Pisze wyraziste rzeczy na FB, zdjęcia zamieszczane na Instagramie nie pozostawiają nikogo obojętnym. Sprząta szkło. Ubrudzone, zbite na imprezach. Jest DJ-em w znanym kolektywie Glass Hunters. Robi też w modelingu. Gdy nie miał gdzie się podziać, nocował w redakcji, czasem oddawałem mu mieszkanie. Wtedy razem z nim zjawiało się pół miasta. Lubił gości. Moja podłoga niekoniecznie. Od lat nie zmienia się jedno: jest outsiderem. Niczym Charles Bukowski wnosi szaleństwo w ponurą rzeczywistość. O muzyce nigdy nie rozmawialiśmy. Może więc warto spróbować. No i o jego książce, na którą czekam. Od lat.

ZOBACZ TEŻ: Piotr Kędzierski w ELLE MAN: Wolę rozmowy o życiu [WYWIAD]

Olivier Janiak: Patrzę na twoje tatuaże i zastanawiam się, czy to jest trochę zapis twojego życia?

Piotr Fiedler: Tatuaże tak naprawdę gówno znaczą.

Ale zostają z tobą na zawsze.

Ten lubię. Jeleń na rykowisku. Landszaft. (Na żadnym zdjęciu tego tatuażu nie zobaczycie. Jest trochę powyżej przyrodzenia.)

Twoje doświadczenia zawodowe są zaskakująco różnorodne, cały czas szukasz tego, co chciałbyś robić w życiu?

Nie, ja wiem, co chciałbym robić w życiu. Piszę. Robienie różnych rzeczy zawodowo pokazuje ci zupełnie inne spojrzenia.

Marzenie o pisaniu pamiętam u ciebie od zawsze. Poznałem młodego, szalonego chłopaka, który chciał być poetą.

Nic się nie zmieniło. Mniej młody jestem. Ale to super, uważam, że my, mężczyźni, powinniśmy od trzydziestego roku życia przychodzić na świat. Ja mam 39. Jaram się tym.

Książka. jest już na ukończeniu. Ponoć. Bo nikt nie wierzy, że ją wydasz. Co musiało się stać, żebyś ty uwierzył?

Podpisałem umowę z wydawnictwem i dostałem hajs, który po tygodniu przepuściłem, i nie było już odwrotu. Jestem bardzo leniwy w życiu. Ja nie lubię robić rzeczy w życiu, które mi nie sprawiają przyjemności. Idea pracy jest mi kompletnie niepotrzebna, bo pisanie sprawia, że pracuję cały czas. Przekładam życie na wiersz, na rozdział w książce. Dlatego też wymyśliłem to granie w klubach. Przez to, że lubię zmieniać optykę, dostrzegłem, że to jest fajne. Ani alkohol, ani narkotyki nie pokażą ci, jak to jest być na scenie. Nie mam talentu wokalnego, nie umiem grać. Spotkałem się z Antkiem, z którym pracowałem w Planie B, i wymyśliłem, żebyśmy jako DJ-e zagrali. On miał puszczać piosenki, a ja ze swoją energią miałem po prostu odpierdalać show. Tak się narodził projekt Glass Hunters.

A to z racji waszej pracy?

Tak. Byliśmy szklankowymi w Planie B. Zaczęliśmy grać imprezy. Zdobyliśmy szturmem warszawskie kluby. Antek i Janek mają słuch, potrafią miksować piosenki, ja tego nie potrafię, puszczam kawałek, jak kończy się poprzedni, ale przecież ludziom chodzi o selekcję utworów. Dobieram je na zasadzie tytułów, frazy, które układają mi się w opowieść. Gramy hity, nie mamy poczucia obciachu. To daje nam poczucie bycia gwiazdami rocka. Mogę być Cobainem allbo Rolling Stonesem, pajacuję, wykrzykuję. Jest energia i ta energia wraca do nas. Poważni DJ-e nas nie lubią, bo oni, wiesz, miksują, przechodzą z płyty na płytę, a my mamy na to wyjebane. Liczy się energia. Jesteśmy chyba pierwszymi DJ-ami, którzy użyli „Małgośki” Maryli Rodowicz i ludzie oszaleli. Albo piosenki z Pocahontas „Masz mnie za głupią dzikuskę”. Gramy, a ludzie tańczą zachwyceni i śpiewają.

Ludzie boją się czasem otworzyć na spontaniczność. jako dorośli zabijamy ją w sobie. Wszędzie was tak przyjmują?

Poza Warszawą bywa różnie. W Poznaniu czy Krakowie publiczność jest kompletnie pozamykana. Trudno to odblokować. W Sopocie ludzie śpiewają, kumają. Skoczyć ze sceny w publiczność, to cię łapią. Muszę iść na jakiś kurs stagedivingu, bo parę razy przypierdoliłem konkretną glebę. Publiczność jest przyzwyczajona, że DJ-e są sztywni, czasem pokiwają głową. My jesteśmy bardzo dynamiczni.

Z jednej strony poznałeś aspekt rock'n'rollowego życia, ludzie śpiewają z tobą, a z drugiej dalej biegasz z tymi szklankami.

I to jest super. Mówią mi czasem: „Ej, ty grasz w Glass Hunters i zbierasz szklanki?”. Ale to mi daje dystans. Poznaliśmy rockowe życie w trasie. Trafiały się nam cztery noce grania z rzędu. Pierwszego dnia mówiliśmy sobie „dziś nie pijemy”, po czym nawalaliśmy się potwor-nie. Po takich pięciu dniach trzeba pięciu tygodni, żeby wrócić. Gramy prawie każdy weekend, kłócimy się, wyrzucamy z zespołu, schodzimy ze scen z zamkniętym laptopem. Dynamiczna rodzina.

Najbardziej spektakularna historia...

Klub Niebo... To łechce ego... ponad tysiąc osób. Żeby pójść do kibla, musisz się przebić przez tłum. Nieważne, czy jesteś Glass Hunters czy Rolling Stones, mechanizm jest ten sam. Ludzie cię dotykają, krzyczą: „Wooo, Glass Hunters!”. Każdego to jara. Są też nieprzyjemne momenty, Janek w Krakowie został pobity. Wyszedł przed klub i go z kimś pomylili. Sześć szwów. Bywa różnie.

Traktujesz to jako performance?

Gram na emocjach. Pamiętam strach, kiedy pierwszy raz zostałem sam na scenie. Co zrobię, jak ludzie przestaną się bawić?! Po trzech latach grania jestem wyluzowany, ale pamiętam, myślałem, że umrę ze strachu. To jest naprawdę odpowiedzialność. Ludzie płacą pieniądze za wejście, oczekują rozrywki, a ty masz ją zapewnić. Tak to działa.

To na co ci to pisanie?

Pisanie jest tym, co chcę robić. Wszystko inne jest poboczne.

O czym jest ta książka?

O Warszawie i o miłości. Więcej nie mówię. Powiem jedno, nie siadasz do malowania obrazu czy zrobienia filmu, myśląc sobie: a teraz zrobię gówno. Liczysz, że to będzie dobre. Wyjechałem na miesiąc do Kuala Lumpur, zamknąłem się w mieszkaniu, siedziałem po dwanaście godzin. Ja muszę w takim ciągu napierdalać, jak heroinista. Nie umiem się odłączyć od tego. Więc jak książka zażre i będę mógł zrezygnować z grania i z pracy, opłacić alimenty i tak dalej, to będę siedział i pisał. Tak, oczekuję spektakularnego sukcesu. Ja chcę pisać po prostu. Wiem, że to potrafię robić.