Wersji Mustanga jest całe mnóstwo, a tunerzy prześcigają się prezentując co raz to ciekawsze opcje stylistyczne i napędowe. Ford także sięgnął do swojego dziedzictwa i zaprezentował samochód, który bezpośrednio nawiązuje do gwiazdy lat 70. ubiegłego wieku. Gwiazdy, która brała udział w jednym z najsłynniejszych pościgów ulicami San Francisco. Przed Państwem: Ford Mustang Bullitt!

Ten samochód wręcz ocieka testosteronem. Aż dziw, że nie ma na stałe przyczepionego do grilla dymiącego cygara i butelki amerykańskiego Burbona. Bezpośrednie nawiązania do filmowej gwiazdy widoczne są już na pierwszy rzut oka. Ciemna zieleń lakieru, czarne felgi i czarny grill pozbawiony galopującego konia to znaki charakterystyczne. Emblemat na tylnej klapie zastąpiono czarnym z napisem Bullitt. Równie dobrze mógłby tam widnieć napis: „You’re close enough to die”. Jego posępne oblicze dopełniają przyciemnione lampy i tylne szyby. Bullitt to jeden z tych typów, na widok którego odruchowo przechodzisz na drugą stronę ulicy.

Wnętrze, które przenosi w świat filmu

Wnętrze Bullitta utrzymane jest w równie mrocznym stylu. Kruczoczarne, skórzane fotele i deska rozdzielcza wprowadzają kierowcę w specyficzny klimat. Jedynym elementem odcinającym się od tej wszechobecnej czerni jest biała gałka drążka zmiany biegów. Kiedy testowałem Mustanga, otworzyłem szerokie drzwi pozbawione ramek i zatopiłem się w głębokich, kubełkowych fotelach. Położyłem dłonie na wieńcu kierownicy i wiedziałem już, że spędzimy razem wspaniałe dwa dni. Nie jestem pewny, czy pozycja za kierownicą jest idealna, ale boję się to powiedzieć na głos, żeby nie zostać wyrzuconym z auta i zamkniętym „na dołku na 48” do wyjaśnienia. Uśmiecham się więc pod nosem i rozglądam po kabinie. W prawe udo wbija mi się uchwyt hamulca ręcznego. Sięgam do schowka przed fotelem pasażera, ale nie znajduję w nim broni… Na desce rozdzielczej świeci na czerwono napis START.

Układ napędowy marszczy skórę na plecach

Naciskam więc przycisk i natychmiast czuję, jak marszczy mi się skóra na plecach, a włosy na rękach zamieniają się w kolce. Siedząc skulony w fotelu Recaro, próbuję złapać oddech, by wykrztusić z siebie kilka niecenzuralnych słów. Karoseria drży, a przede mną do życia obudziła się bestia. Podrasowane pięciolitrowe V8 za sprawą podwójnego wydechu artykułuje dźwięki znane bardziej ze sceny walk z „Władcy Pierścieni” niż z klasycznego dreszczowca. Czuję jak ciepło silnika rozchodzi się po podwoziu, zamykam więc drzwi i przypominam sobie kombinację pedałów i lewarka zmiany biegów. Za przeniesienie mocy odpowiada sześciobiegowa, manualna skrzynia biegów, do której podpięty jest wał kierujący całą siłę na tylne koła.

Być jak Steve McQueen

Wbijam „jedynkę”, puszczam sprzęgło i czuję, jak ciepło silnika rozchodzi się teraz po moim ciele. Mustang Bullitt jest jak żywe zwierzę, które czuję każdym centymetrem kwadratowym skóry. Wierzga i ryczy prąc do przodu jak oszalałe. Ma wciąż na sobie kaganiec, który pozwala ruszyć z miejsca prosto, nie uszkadzając przy tym nawierzchni. Znów sprzęgło i przesuwam lewarek w dół wbijając „dwójkę”. Licznik wskazuje 85 km/h, a wskazówka znów pnie się w górę, by zatrzymać się na liczbie 135. Teraz „trojka” i gaz w podłogę. Wskazówka przemieszcza się błyskawicznie, by oznajmić mi, że właśnie przekroczyłem 200 km/h… na trzecim biegu!!! Zdejmuję nogę z gazu. Kropla potu spływa mi po skroni, a ja zastanawiam się, po co Ford zainstalował w skrzyni jeszcze trzy biegi? Zalegały w magazynie? Zatrzymuję się na chwilę, by przemyśleć to, co się przed chwilą stało.

Dla ludzi o mocnych nerwach

Bullitt to samochód dla bardzo dojrzałych i odpowiedzialnych kierowców. Czas więc sprawdzić, czy nadaje się do jazdy na co dzień. Opuszczam tor i ruszam na publiczne drogi. Okazuje się, że te trzy dodatkowe biegi bardzo się tu przydają. Pozwalają bowiem na spokojne przemieszczanie się zarówno na trasie jak i w mieście. Zaskakujące jest, jak bardzo potrafi być grzeczny, jeśli nie szturcha się go elektrycznym szpikulcem. Mruczy sobie łagodnie, niby uwięziony w słodkim śnie. Wydaje się wtedy najlepszym pojazdem do miasta. Potrafi jednak niespodziewanie zarzucić tyłem nawet w niespiesznie pokonywanym zakręcie. Jego ostentacyjność budzi na ulicy taki respekt, że nim zdążysz wrzucić kierunkowskaz, już masz dwóch chętnych, by ustąpić ci miejsca przed sobą. Samochód idealny! Wjeżdżasz na parking i natychmiast macha do ciebie człowiek, krzycząc, że właśnie zajął dla ciebie najlepsze miejsce i już się usuwa… Ty dziękujesz mu skinieniem głowy i w nagrodę uwalniasz grzmoty uwięzione w końcowych tłumikach. Świat staje w miejscu. Na autostradzie umie być równie potulny jak w mieście. Potrafi z klasą sunąć prawym pasem, jakby ta cała gonitwa za uciekającym czasem w ogóle go nie obchodziła. W kabinie jest cicho i przyjemnie. Ale ja tęsknię za jego pierwotną siłą.

Chcę znów być jak Steve McQueen

Wracam więc na tor, wyłączam kontrolę trakcji i przestawiam ustawienia trybu jazdy na torowy. Podjeżdżam na prostą startową i spuszczam go ze smyczy. Czuję, że pod maską zaczyna się gotować, a tylne koła czekają na znak. Puszczam sprzęgło i pozwalam mu oddychać. Silnik wchodzi na obroty wydając z siebie piekielne jęki. Ryczy jak oszalały, a ja znów sztywnieję w fotelu. Tym razem ręce muszę mieć szybkie niczym rewolwerowiec, bo Mustang rusza przepięknym „slidem” zostawiając za sobą dwa dymiące ślady. Jak poprzednio wbijam dwójkę i czuję cały czas, jak tylne koła buksują. Z wyłączoną trakcją Bullitt potrafi zerwać przyczepność na czwartym biegu. Radość, którą daje podczas zabawy na torze, jest trudna do opisania. Czujesz się, jakbyś wszedł do baru, w którym siedzą wszyscy ci, którzy dokuczali ci w podstawówce, a ty teraz możesz bezkarnie każdemu wymierzyć sprawiedliwość…

Ford wskrzesił legendę. Auto, które przez lata było obiektem kultu, dziś może trafić w ręce każdego fana motoryzacji. Mustang jest samochodem bezkompromisowym i trzeba mieć na uwadze to, że lubi ugryźć. Prowadząc go zasłużycie jednak na szacunek innych kierowców, bo przecież jesteście Stevem McQueenem w legendarnym Bullicie...