Dzisiejszy tekst chciałem rozpocząć słowami: „Kochany Święty Mikołaju, przez cały rok byłem grzeczny, byłem miły dla ludzi i pisałem zawsze samą prawdę, dlatego proszę Cię, żebyś przyniósł mi pod choinkę Forda Explorera.” I w zasadzie na tym mógłbym zakończyć, ale jestem wam winien kilka słów na temat tego samochodu, bo właśnie zakończyłem swój test największego dostępnego w Polsce SUV-a rodem ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Golden League

Na wstępie muszę napisać, że żarty się skończyły. Ford Explorer to zawodnik wagi ciężkiej, który postanowił stanąć ramię w ramię z największymi europejskimi rodzinnymi SUV-ami i powalczyć o klientów. Z kim właściwie Explorer ma walczyć? 7-osobowe, duże rodzinne SUV-y dostępne u dealerów to: Audi Q7, BMW X7, Mercedes GLS i Range Rover. Wszystkie kosztują grubo powyżej pół miliona złotych, a niektóre z nich ocierają się nawet o milion złotych. W tym kontekście Ford Explorer kosztujący niecałe 380 tys. złotych wydaje się czystą okazją. I proszę, nie mówicie, że Ford nie jest premium, że to nie ta liga, bo z tym wyposażeniem i układem napędowym o mocy 457 KM to jak najbardziej jest ta liga, a Ford za prawie 400 tys. zł jest tak bardzo premium, że już chyba bardziej być nie może… chyba. Poza tym na klapie bagażnika oraz fotelach przednich widnieje napis „Platinum”.

Ford Explorer już samymi wymiarami budzi respekt na ulicy. Jego ponad pięciometrowe nadwozie ciężko jest objąć wzrokiem, a potężny grill zdaje się warczeć na wszystkich niczym rozdrażniony Rotwailer. On nie ma zamiaru niczego udawać i nawet nie ukrywa swojej wagi, a 20-calowe felgi obute w ogromne opony zdają się znikać w czeluściach nadkoli. Ogromne drzwi otwierają się szeroko i tu od razu plus dla projektantów, którzy nie zapomnieli o tym, by poszycie zachodziło na progi. Dzięki temu prostemu zabiegowi nogawki waszych spodni, jak również suknie waszych partnerek zawsze będą czyste, a jak doskonale wiadomo zadowolona kobieta, to zadowolony mężczyzna. Jeden malutki minusik muszę za to postawić Fordowi za brak teleskopów pokrywy silnika, która co prawda nie jest przesadnie ciężka, ale żeby dolać płyn do spryskiwacza trzeba unieść maskę wysoko i zabezpieczyć ją archaicznym bagnetem.

Welcome to USA

Wnętrzu Explorera nie można za to niczego zarzucić. Jest ogromne, szerokie, i w całości wyściełane dwukolorową (czarną i czekoladową) skórą. Podłokietnik pomiędzy siedzeniami mógłby służyć w zasadzie za dodatkowe siedzenie i trzeba mieć naprawdę długie ręce, by dosięgnąć kolan pasażerki. Fotele są oczywiście podgrzewane, wentylowane i mają funkcję masażu o kilku trybach ugniatania. Tylne fotele są trzy. Każde ma możliwość regulacji kąta oparcia, zewnętrzne można przesuwać, a środkowe może służyć za podłokietnik. No właśnie, a dlaczego środkowe się nie przesuwa? Czyli minusik. Plus za to daję za elektryczne podnoszenie i opuszczanie foteli trzeciego rzędu, za którym zostaje jeszcze przestrzeń porównywalna z bagażnikiem Forda Fiesty.

Multimedia są łatwe w obsłudze, smartfon łączy się z systemem błyskawicznie, a audio Bowers & Wilkins odtwarza muzykę bardzo efektownie. Na pokładzie znalazły się naturalnie wszystkie dostępne systemy wspomagające i asystujące, jednak nie będę was zanudzać oczywistymi oczywistościami. Jedno, do czego trzeba się przyzwyczaić to zupełnie pionowo postawiony ekran centralny, który wygląda jakby umieszczony został w ostatniej chwili. Moim zdaniem wystarczyłby o połowę mniejszy, który dałoby się wtedy ładnie wkomponować w deskę pomiędzy kratkami nawiewów. Po za tym ergonomia obsługi jest na wysokim poziomie, a i schowków i półeczek jest tu pod dostatkiem, czyli po amerykańsku. Byłbym zapomniał… listwy wykończeniowe są wykonane z prawdziwego drewna!

Texas Cowboy

Po nieco przydługim wstępie dobrnąłem wreszcie do sedna mojego testu. Otóż Ford Explorer jest trochę jak teksański miliarder, który dorobił się swojego majątku przez przypadek trafiając łopatą w warstwę roponośną. Jest nieco nieokrzesany i brakuje mu elegancji, ale błyszczący Rolex na jego nadgarstku skupia uwagę wszystkich wokół. Oczywiście znajdą się tacy, którzy będą argumentować swoją niechęć do Forda, że to przecież nie przystoi, żeby ktoś wywodzący się z ludu mógł tak sobie bezkarnie wchodzić do klubów zarezerwowanych do tej pory jedynie dla szlachetnie urodzonych, ale niestety będą musieli pogodzić się z tym, że Explorer w niektórych kwestiach jest w stanie nawet ich przewyższyć. Bo jak potraktować deskę rozdzielczą obszytą skórą, ogromne podgrzewane i wentylowane fotele z funkcją rozbudowanego masażu, czy elektrycznie rozkładane siedzenia trzeciego rzędu. Wyposażenie jest praktycznie kompletne i ciężko byłoby dodać cokolwiek do bardzo długiej listy opcji. W tym kontekście kwota 380 tysięcy złotych, jaką trzeba wydać na Forda Explorera nie wydaje się już taka wysoka.

Witaj Europo!

Ważący dwie i pół tony kolos zasilany jest przez zaawansowany układ hybrydowy Plug-in, w którego skład wchodzi trzylitrowy motor benzynowy EcoBoost o sześciu cylindrach w układzie „V”, który gdy włącza się do akcji brzmi, jakby chciał się wyrwać spod maski i samodzielnie pogalopować przed siebie. Wspomagany jest przez silnik elektryczny umieszczony z przodu, który z kolei odpowiada za ekologiczną osobowość wielkiego SUV-a. Spalinowo-elektryczny zestaw generuje łączną moc 457 KM, a moment obrotowy 825 Nm (!!!) dba o to, żeby nigdy nie zabrakło mu tchu. I jeszcze jedno, za przeniesienie tej mocy i momentu na koła odpowiada 10-stopniowa skrzynia biegów wyjęta prosto z magazynu podzespołów Forda Mustanga! Macie jeszcze jakieś pytania? Zapewne interesuje was silnik elektryczny oraz to, jaki dystans można pokonać w trybie bezemisyjnym. Otóż został on umieszczony z przodu tuż przed skrzynią biegów, dzięki czemu ekologiczny napęd trafia na wszystkie koła. Baterie, za pomocą przenośnej ładowarki, można ładować z dowolnego gniazdka lub korzystając ze stacji szybkiego ładowania, przy czym gniazdo pozwala przyjąć prąd o mocy maksymalnie 22 kWh. Producent informuje, że prąd zgromadzony w akumulatorach pozwala przejechać maksymalnie 40 km, ale w praktyce jest to niewiele ponad 30 km. Jest też tryb, który pozwala ładować baterie podczas jazdy na przykład autostradą po to, by w centrum miasta korzystać z trybu elektrycznego.

Rodzinny Muscle Car

Ten samochód jest jak Patrick Swayze w filmie „Wykidajło”. Na pierwszy rzut oka wydaje się łagodny, ale gdy potrzeba wali z pięści powalając przeciwnika na ziemię. O jego sile niech świadczą liczby: długość 5049 mm, szerokość 2004 mm (2285 mm z lusterkami), wysokość 1778 mm, rozstaw osi 3025, waga 2466 kg (waga dopuszczalna 3160 kg). Ta kawalerka na kołach pierwszą „setkę” osiąga w równe 6 sekund i potrafi się rozpędzić do 230 km/h! Coś takiego na lewym pasie autostrady czuje się jak na własnym rancho i bardzo niechętnie ustępuje miejsca innym tym bardziej, że na rynku niewielu konkurentów jest w stanie mu dorównać wielkością, a jeśli już, to kosztują przynajmniej 2 razy tyle, co Explorer.

Poza tym samochód prowadzi się całkiem pewnie i w zakrętach wcale nie podpiera się lusterkami. Jedyne co wymagałoby delikatnej poprawy to program skrzyni biegów, która mając do wyboru tyle przełożeń nie zawsze potrafi się zdecydować, który aktualnie powinna wybrać, jak również zdarza się jej odrobinkę szarpnąć. Receptą na to jest przełączenie się w tryb ECO, który poprawia sytuację i wprowadza więcej spokoju w pracy skrzyni, ale praktycznie nie cierpi na tym dynamika auta. Ciekawi was pewnie zużycie paliwa, więc spieszę donieść, że w trasie, jadąc lewym pasem autostrady komputer pokaże 10,5 – 11 l/100 km, a w mieście, jeśli nie ładujemy baterii co 30 kilometrów, komputer wyświetli 12 l/100 km. I to jest bardzo ok, biorąc pod uwagę wielkość i ciężar Explorera oraz to, że pod prawą stopą na rozkaz do galopu czeka 457 KM.

Można zatem przyjąć, że w swojej klasie Ford nie ma konkurencji i sądzę, że to nie jest przypadek. Amerykański producent już nie raz otwierał niszę, w której nie miał sobie równych, a ostatnio zrobił to wprowadzając do europejskiej oferty Raptora, czyli sportowego pick-upa. Ja, pod takim podejściem do motoryzacji, podpisuję się obiema rękami, stopami i nosem. I jeszcze jedno: „kochany Święty Mikołaju, w tym roku proszę cię o Forda Explorera Plug-in Hybrid, takiego z dużymi kołami, skórzaną tapicerką i tą cudownie brzmiącą V-szóstką pod maską…”