Pasja wyznacza kierunek rozwoju, więc pozwala nam być skoncentrowanym na celu i systematycznie stawać się coraz lepszym - wyjaśnia dr. Mateusz Grzesiak, psycholog i trener rozwoju osobistego - pozwala na poświęcenie się czemuś większemu od siebie, a więc chroni przed narcyzmem i egoizmem. Umożliwia bycie obecnym, więc wyłącza przynajmniej na chwilę gonitwę myśli. Żeby realizować pasję, trzeba się dobrze organizować, zarządzać czasem i umieć się zmotywować, w związku z tym posiadanie pasji rozwija umiejętności przywódcze. Buduje to też charyzmę, bo daje pole do opowiadania „z pasją o pasji”, dzięki czemu stajemy się ciekawym rozmówcą dla innych. Jeżeli naszą pasję stanowią np. sporty drużynowe, to rozwinie ona również umiejętność współpracy i pracy zespołowej. Dla mężczyzny pasja to też ukierunkowanie miłości w stosunku do określonej aktywności, dzięki temu on uczy się „kochać coś robić”.

Vistula z pasją - na czym polega projekt?

Pasja to zagadnienie, które zainspirowało także męską markę odzieżową do zapoczątkowania projektu „Vistula z pasją”. Źródłem inicjatywy jest chęć zaprezentowania ciekawych mężczyzn z niezwykłymi zainteresowaniami, których będziemy przedstawiać cyklicznie. Na początek Robert Karaś i David Gaboriaud. Kim są? Czym się zajmują? Jak ich pasja wpłynęła na życie ich i ich najbliższych?

Facet z pasją: Robert Karaś

Jednym z najbardziej nieprawdopodobnych wyczynów tego roku był start Roberta Karasia w niemieckim Lensahn. Polski zawodnik zachwycił całą planetę bijąc rekord świata w potrójnym triathlonie o 59 minut! Musiał przepłynąć 11,4 km, przejechać na rowerze 540 km i na deser przebiec 126,6 km. W sumie zajęło mu to zaledwie 30 godzin 48 minut i 57 sekund. Wynik, który znawcom sportu, fizjologom i rywalom Karasia wydawał się niemożliwy. Tylko jego brat nie miał wątpliwości, bo obaj mają we krwi zdolność do ekstremalnego wysiłku. Sebastian Karaś pokonał Bałtyk wpław. Zajęło mu to 28,5 godziny.

Robert miał na trasie ultratriathlonu kilka poważnych kryzysów. Nocą, w trakcie wyścigu kolarskiego, okulary zaparowały tak, że wyrzucił je, a wtedy do oczu pchały się roje muszek. Na długich prostych jechał więc z zaciśniętymi powiekami. Skurcze mięśni nie dawały mu odetchnąć. Wytrwał. Kiedy dotarł do mety był tak wyczerpany i odwodniony, że komisja antydopingowa poiła go trzy godziny, żeby pobrać próbki. Następnego dnia nie mógł poruszać nogami. Kolejnego jednak potrafił już zejść po schodach bokiem, przytrzymując się poręczy. – Rywalizacja jest moją pasją – podkreśla triathlonista – sport trzyma mnie w pionie. Miałem na długich dystansach momenty, kiedy wymiękałem. Wiedziałem, że dam radę ukończyć wyścig, ale czułem, że mogę nie wygrać. Ta myśl działa totalnie mobilizująco. Rywalizacja to ciągły kontakt wzrokowy z innymi zawodnikami. W wodzie to najtrudniejsze. Czasami nie da się zaplanować wyścigu, bo okazuje się, że ktoś nagle mocno przyśpiesza. Bywa ciężko. Bardzo ciężkao. Kiedyś na zawodach w Kolonii poczułem, że źle się czuję tuż przed startem. Na mecie okazało się, że płynąłem z zapaleniem oskrzeli. Cierpiałem okropnie, ale nie chciałem się wycofać. Tego dnia zawody obserwował mój sponsor, nie chciałem go zawieść.

Amator zwyczajnie takiego wysiłku by nie przeżył. Robert Karaś trenuje każdego dnia. Pasja stała się całym jego życiem. Aby realizować swój drakoński plan treningowy, musiał zrezygnować z pracy. Projekt Vistuli to dla niego prawdziwe wsparcie.