Niezależność i mobilność – to marzenie kiełkowało mi w głowie od lat. Chciałem kupić w Indiach motocykl Royal enfield i przyjechać nim do Polski przez Indie, Pakistan, Afganistan, Azję Środkową i Rosję. Kilkuletnia, codzienna walka o przeżycie na drodze w Wietnamie oraz przepuklina kręgosłupa rozpalona ciągłym podskakiwaniem na jednośladzie wybiły mi ten pomysł z głowy. Wraz z Elą, moją żoną, zaczęliśmy się rozglądać za kamperem – domem na kółkach, do którego moglibyśmy się spakować i ruszyć starym hippisowskim szlakiem. Było jasne, że musi to być stary, prosty i solidny samochód bez elektroniki. Taki, który da się zaparkować w wąskiej uliczce, nie będzie rzucał się w oczy i spali nie za dużo. Busik z miejscem do spania nie wchodził w grę, bo niezbędne są toaleta, prysznic i kuchnia – słowem, sporo oczekiwań. W końcu znaleźliśmy samochód, który nam odpowiadał. Okazał się nim 25-letni mercedes MB100. Nazwaliśmy go Stiwi i jest członkiem rodziny. Polacy dość złośliwie nazywają ten model „sto małych błędów”. Ba! Kolega, miłośnik motoryzacji, skomentował nawet mój zakup słowami: „Co ty, meble na giełdę do Bronisz masz zamiar tym wozić?!”. Zrobiliśmy już tym kanciakiem 25 tysięcy kilometrów i mogę śmiało napisać, że jest absolutnie godzien zaufania i jak to się mówi: nie ma jazdy bez gwiazdy. Ale po kolei...

Wielokrotnie zmienialiśmy plan trasy. Początkowo korciło nas, żeby jechać aż do Indii. Ale głównym celem ma być książka drogi, tymczasem o Indiach napisano już chyba wszystko. Przejazd przez Pakistan jest problematyczny, jako że rząd tego ogarniętego chaosem kraju nie jest chętny do wydawania wiz dla podróżujących własnym samochodem. W polskiej wiosce Adampol pod Stambułem spotkaliśmy 74-letniego Andrzeja Sochackiego, polonusa z Targówka, który wracając z Korei Południowej, zimą czekał w Delhi 53 dni na wizę pakistańską i w końcu wpakował swoją toyotę na prom z Mumbaju do irańskiego Bandar Abbas. Ponadto, carnet de passage – dokument uprawniający do wjazdu do Iranu, Pakistanu i Indii – jest ważny tylko rok. W razie spóźnienia stracilibyśmy wysoką kaucję. Ale zasadniczy powód był taki, że nie chciałem spędzić roku za kółkiem. Chciałem mieć czas, żeby spokojnie się zatrzymać i poszukać tematów do pisania.

Pisząc te słowa, po trzech miesiącach od wyjazdu z Warszawy siedzę 30 kilometrów od Erywania, ormiańskiej stolicy, na fanta- stycznym, prowadzonym przez Holenderkę Sandrę campingu z monumentalnym widokiem na zielone zbocza parku narodowego Chosrow. Zredukowaliśmy plan tak, by głównym celem wyprawy pozostał afgański Herat, ale żeby nie pchać się w drodze powrotnej przez całą, nagrzaną niemiłosiernie latem Azję Środkową. Wrócimy przez Kaukaz Południowy, a potem wjedziemy do Dagestanu i przez Czeczenię oraz centralną Rosję dotrzemy do domu Eli pod Petersburgiem. Trasa czasami pokrywa się z Jedwabnym Szlakiem, a czasem przeplata ze ścieżkami, którymi wędrowali hippisi.

Oczywiście było trochę pracy ze starym samochodem, który prawdopodobnie dość długo stał. Ponieważ byłem zupełnie zielony i nie znałem osobiście nawet żadnego kamperowca, musiałem zaufać intuicji. Najważniejsza przed wyprawą była mechanika, którą zajął się pan Tomasz ze Skarżyński Serwis Samochodów, właściciel warsztatu specjalizującego się w mercedesach. Pan Tomek w nieodległej młodości sam miał cztery MB100. To on namówił mnie na podwyższenie samochodu o 10 centymetrów i na obowiązkowe zamontowanie osłony silnika i miski olejowej. Bez tych dwóch rzeczy nie miałbym czego szukać już na wschodzie Turcji, nie mówiąc o Kaukazie czy bezdrożach Afganistanu. Pan Tomek dał mi także wiele cennych rad (na przykład żeby przy stromych podjazdach włączać na full ogrze- wanie i otwierać okna, by ostudzić temperaturę silnika) i pokazał, jak smarować zawieszenie MB100, co 5 tysięcy kilometrów, jak zmienić filtr paliwa i oleju, a na koniec wsadził mi do rąk kompresor na drogę, mówiąc: „Życzę ci, żebyś nie musiał go użyć”.

Przed taką podróżą nie da się wszystkiego zaplanować i o wszystkim pamiętać. We wrześniu 2018 roku zrobiliśmy listę spraw do załatwienia. Od międzynarodowego prawa jazdy, przez zieloną kartę, aż po rzecz najważniejszą, to jest CdP – carnet de passage, bez którego nie da się wjechać do Iranu na dłużej. W międzyczasie podpisałem umowę na książkę z wydawnictwem Znak, a także umowy z Polskim Radiem Koszalin i Audioteką, żeby w czasie podróży pracować i mieć stały dochód. Najważniejsza była jednak kondycja Stiwiego. Latem 2018 roku próbnie pojechaliśmy do Stambułu i z powrotem. I nic niepokojącego się nie stało. Mieliśmy poczucie, że po prostu trzeba wierzyć, że będzie dobrze, i że jakby co to po drodze kurdyjski czy tadżycki kowal naprawi, co trzeba. Bez pogody ducha nie ma co się pchać daleko, a ciągłe zastanawianie się: czego nie dopilnowałem, może popsuć smak przygody.

Zapięliśmy sprawy na ostatni guzik i 18 lutego wyjechaliśmy z warszawskiego Mokotowa w stronę Stambułu. Obiecywałem Eli, że od razu jak miniemy Łuk Karpat, powita nas promieniami słońca wiosna, ale nic z tego. W Rumunii i Bułgarii temperatura nocą spadała do minus dwunastu. Nie wiedziałem dokładnie, ile mam gazu w butli, więc grzałem przed wskoczeniem do śpiworów tak, żeby para nie leciała z ust i żeby nie pękła instalacja wodna. W Stiwim było jednak mroźnie. Kiedy otworzyliśmy oczy o poranku, gdzieś u podnóża Gór Transfogaraskich w Rumunii, radio pokrywał lód...

Chciałem jak najszybciej dostać się do Stambułu, choć tam wcale nie było upalnie. Plus cztery stopnie, wiatr i nawet opady śniegu. Dlatego dość szybko ruszyliśmy dalej na południowy wschód. Tam, w centralnej Anatolii, po raz pierwszy w ciągu dnia zdjęliśmy puchówki i doceniliśmy kamperowe życie. Znalezienie noclegu w mieście typu Stambuł czy Konya to nie problem, ale zalety kampera można poznać dopiero w czasie biwaku na łonie natury. I tak przed wjazdem do Kapadocji zjechaliśmy nieco z trasy pod wulkan Meke do niedawna otoczony słonym jeziorem. Zaparkowaliśmy właśnie na białym wyschniętym jęzorze dawnej wulkanicznej fosy. Zostaliśmy zupełnie sam na sam z przyrodą w tym krajobrazie przypominającym Kamczatkę. Potem takich cudownych noclegów mieliśmy w zasadzie na pęczki: pośrodku Sanlıurfy – miasta proroków Abrahama i Hioba, nad Morzem Śródziemnym pod syryjską granicą w Isken- derun, u podnóża biblijnego Araratu – od strony tureckiej i ormiańskiej; u bram Ani, starej stolicy Armenii; na plaży nad Morzem Czarnym w gruzińskiej Adżarii; u gorących źródeł pod Bordżomi; pod jednym z najstarszych klasztorów w Gruzji – Dżwari; nad brzegiem ormiańskiego jeziora Sewan u stóp klasztoru Sewanawank i wiele, wiele innych.

Nie obyło się bez małych problemów. W tureckim Göreme spaliłem sprzęgło. Oczywiście podjeżdżając pod stromy podjazd z pasażerami w środku. Udało mi się jeszcze przejechać kilkaset kilometrów przez słynącą z kebabów Adanę i dotrzeć do założonego przez Aleksandra Wielkiego Iskenderun. Tydzień musieliśmy czekać na dostawę części ze Stambułu, a za wymianę tej niezbędnej w ciągłej trasie po górach części uszczupliłem nasz budżet o miesięczne dochody. Tak, Turcy zdarli za część solidnie, choć niewiele policzyli za robociznę. Jednak nie żałowaliśmy wydatku, bo jak dalej jechać bez sprzęgła i co by było, gdybym je spalił pod Heratem... Więcej przygód z wehikułem nie mieliśmy, choć często poruszamy się po drogach hardcorowych, przy czym przodują zapomniane przez Boga drogi Armenii.

Jesteśmy prawie na półmetku wyprawy, choć przed nami część trudniejsza i prawdopodobnie stresująca. Mamy do przejechania cały Iran aż do wysp w Zatoce Perskiej i potem wjazd do Afganistanu, który nawet w okolicy spokojnego jak na ten kraj Heratu jest nie do końca przewidywalny. W Heracie zostawimy samochód i do Kabulu polecimy samolotem. Drogi, mimo że niedawno położono na nich nowy asfalt, są niebezpieczne i Afgańczycy także po prostu nad nimi przelatują, by nie mieć do czynienia z talibami, karawanami dilerów, zwykłymi bandytami czy sławnymi ajdikami – minami z zrobionymi z puszek po coca-coli.

Mamy też plan B, gdybyśmy nie dostali wizy w irańskim Meszhedzie. Sytuacja z wizami afgańskimi jest bowiem niestabilna, ja mam paszport polski, Ela rosyjski, a ostatnimi czasy rosyjskie MSZ pozwala Rosjanom ubiegać się o wizy jedynie w Moskwie bądź w tadżyckim Khorogu. Wiemy jednak, że damy radę i cokolwiek nam stanie na przeszkodzie, i tak czeka nas wspaniała podróż. Dziś, pod koniec maja, pakujemy się i ruszamy przez Erywań, odbieramy irańską wizę i zmierzamy w stronę granicy.

Tekst ukazał się w magazynie ELLE MAN nr 2/2019.