Wiele lat temu udało mi się rzucić palenie. Powiedziałbym, że od tego zdarzenia jestem człowiekiem wolnym (choć fizycznie znacznie szybszym), ale wciąż towarzyszą mi dwa inne nałogi: cukier i sport. Są jak yin i yang toczące wewnętrz mnie ciągłą walkę. Sportowe yang, które pcha do uprawiania sportów i budowania deficytu kalorycznego i słodkie yin, które nie pozwala przejść obojętnie obok ciast, ciasteczek i czekolad, skutkując kaloryczną nadwyżką. Niestety tą nierówną walkę często wygrywają ciastka, co powoduje że kilka treningów siłowo-funkcjonalnych w tygodniu okazuje się dla mnie niewystarczające i zmuszony jestem dorzucić kilka sesji kardio (cukier rzucać próbowałem - bez sukcesów). I tu pojawiają się schody.

Kardio mnie nudzi. Próbowałem biegania, pływania, jazdy na rowerze. Wszystkie te aktywności sprawiają mi przyjemność do momentu, kiedy zaczynam traktować je jako sesje kardio. Ich regularność i powtarzalność nudzi mnie. Wszystko odmienił szczęśliwy przypadek.

Zbieg okoliczności zrobi z ciebie boksera

Niedaleko mojego miejsca zamieszkania, na warszawskim Mordorze, otworzyło się nowe miejsce pod szyldem „RookiesFitboxing”. Powodowany ciekawością zajrzałem na ich stronę. Tam okazało się, że kilku moich znajomych fanpage już polubiło, a podpytując ich o sam klub usłyszałem: spróbuj, spodoba Ci się. Mimo chęci spróbowania czegoś nowego, pojawiły się wątpliwości. Całość wyglądała jak grupowe synchroniczne zajęcia aerobowe z elementami uderzania w wyimaginowany worek, często oferowane w przy siłownianych salkach. Z doświadczenia wiedziałem, że z synchronizacją w trakcie ćwiczeń nie jest mi po drodze, ale skoro i tak miałem blisko – nie wiele miałem do stracenia. Zapisałem się na zajęcia próbne. Za rozsądną jak na Warszawę cenę, na wejściu dostałem na własność bokserskie rękawice - pierwsze w życiu, ponieważ ze sportami walki nie miałem wcześniej żadnej styczności („agresja - zero” cytując klasyka). Mimowolnie w głowie zacząłem nucić „Eye of the tiger”.

Z czym to się je?

Zajęcia jak się okazało są podzielone na kilka etapów. Pierwszy to krótka i solidna rozgrzewka, ale to w drugim zaczyna się prawdziwa zabawa. Każdy z uczestników zajęć ma przypisany przed zajęciami worek bokserski. Numer mojego znalazłem na monitorze na ścianie. Na tym etapie uczestnicy poznają elementy układu przegotowanego przez trenerów na dany miesiąc. To sekwencja uderzeń (rękami i nogami), podskoków i uników każdorazowo na początku przypominana trenującym przez prowadzącego. Gong, muzyka i wszyscy, mniej lub bardziej synchronicznie, zaczęli uderzać w przypisane im worki bokserskie. Jak się okazało na koniec pierwszej rundy, warto dać z siebie wszystko, bo każdy z worków ma zamontowany czujnik liczby i siły uderzeń, dzięki któremu możemy się porównać z innymi, a przecież element rywalizacji to to, co tygrysy lubią najbardziej. 

Takie kardio to ja rozumiem! 

Z niechęcią oderwałem się od worka, żeby przejść do kolejnego etapu, którym był trening funkcjonalny z małymi obciążeniami (w większości z obciążeniem własnego ciała) i bynajmniej nie był to moment na odpoczynek. Temperatura rosła. Kolejny etap, ku mej radości, to powrót do worka i poznanie kolejnych elementów sekwencji. Nie ukrywam, że trochę zacząłem się gubić, ale nie psuło mi to frajdy. Próbowałem wracać na właściwe tory podglądając koleżankę ćwiczącą na sąsiednim worku. Żal było kończyć. Jeszcze tylko rozciąganie i rzut oka na mojego smartwatcha - prawie 700 kcal! Wtedy już widziałem, że koniec z bieganiem. Bez monotonii, bez bezpośredniej konfrontacji (czego się początkowo obawiałem) i z elementem rywalizacji. Nirwana po treningu wynikająca z wyżycia się na nic niewinnym worku był tylko miłym dodatkiem. Wiedziałem że nie muszę szukać dalej.

Wykupiłem karnet i stałem się regularnym klientem. Jedno mi jednak nie dawało spokoju. Zauważyłem na wrzucanych czasami na Instargram przez klub relacjach, że moje ruchy są delikatnie mówiąc niezgrabne i kanciaste. Mocno już wkręcony, idąc za ciosem zapisałem się na oferowane przez klub dodatkowe zajęcia techniczne. Największą niespodzianką dla mnie samego było to, że spodobało mi się (przypominam: „agresja - zero”). Mimo techniki w nazwie, wycisk był nie mniejszy niż przy regularnych sesjach. A trenerka - czerpiącą chyba energie z kosmosu - przekonywała nas głosem nieznoszącym sprzeciwu, by dać z siebie jeszcze więcej, jeszcze mocniej i szybciej. 

Oczywiście musiałem dodatkowo wcisnąć gdzieś te zajęcia w swoim grafiku, zmniejszając liczbę dni beztreningowych. Było warto, bo już kilka treningów technicznych wystarczyła, by zauważyć poprawę. Przede mną długa droga, żeby całość wyglądała przyzwoicie, ale skoro i tak pozostaje to w sferze przyjemności, a nie obowiązków, zamierzam kontynuować jak najdłużej.

Właściciele pomysł zaczerpnęli z zachodu, gdzie kluby w takiej formy cieszą się coraz większą popularnością. Jak że klub oferuje franczyzę, możliwe że wkrótce stanie się popularny także Polsce, dzięki czemu wiele osób będzie mogło przekonać się jak dobra to zabawa.

CZYTAJ TEŻ: Miłość do piłki nie zna granic, czyli o tym jak białoruski klub podbił serca Australijczyków

ZOBACZ: Bundesliga wróciła, ale stanęła na głowie. Co zmieniło się w piłce przez koronawirusa?

ELLE MAN POLECA: Aktywność fizyczna na smutki kwarantanny: jak poprzez sport pokonać izolacyjną depresję? [WRACAMY DO FORMY]