Chciałbym móc szczerze napisać, że czytanie „Shuggie’go Baina” zajęło mi tyle czasu, bo delektowałem się tą prozą. Ale to byłaby nieprawda. Ja się na nią rzucałem. Przyklejałem się na nią na godzinę, dwie. Chłonąłem stronę za stroną, a potem z jakiegoś powodu odkładałem na tydzień czy dwa. Być może, po prostu, potrzebowałem od niej odpocząć. Bo przedstawiona w niej historia jest cholernie prawdziwa i cholernie intensywna. I to na kilku różnych poziomach. Człowiek z każdą przeczytaną stroną czuje się tak, jakby nurkował w dziurze wypełnioną gęstą, czarną smołą. Niby cały czas się unosi na powierzchni, ale z każdym ruchem rośnie ta przerażająca świadomość, że w pewnym momencie zapadniemy się w niej i nie będziemy mieć już sił, żeby wypłynąć na powierzchnię.

„Shuggie Bain" to na wpół autobiograficzna powieść o młodym chłopcu, tytułowym Shuggie’m Bainie, który mieszka z pogrążającą się w alkoholowym nałogu matką. Chociaż sprawa jest oczywiście bardziej skomplikowana. Bo to opowieść o rodzinie. Jest tam przecież i ojciec, taksówkarz, który często i chętnie zdradza żonę. Starsza siostra, która czeka tylko na okazję, żeby wyjść za mąż i opuścić dom rodziców. Starszy brat, który włóczy się całymi dniami po okolicy, żeby tylko nie widzieć pijanej matki. Dziadkowie, którzy, póki mają siłę, chcą jakoś utrzymać rodzinę w jednym kawałku. I wreszcie ten mały Shuggie, który do tego wszystkiego zmaga się ze swoją orientacją seksualną. Cała akcja dzieje się w Glasgow w latach osiemdziesiątych. W mieście, które dostało kilka potężnych ciosów prosto w żołądek od premier Margaret Thatcher, a teraz leży na deskach i z trudem łapie powietrze. Padają kolejne wielkie zakłady pracy, młodzi wyjeżdżają na drugi koniec świata, całe rodziny żyją z zasiłku, a kwitnące niegdyś dzielnice powoli zmieniają się w slumsy. Jest to więc jeden z najbardziej ponurych obrazów lat osiemdziesiątych w Wielkiej Brytanii, z jakimi się spotkałem. Jakby każda linijka tej książki była przesiąknięta klimatem beznadziei.

Stuart koncentruje się na Shuggie’m. Poznajemy go jako dziecko i towarzyszymy przez kolejne lata. Sercem tej książki jest jego relacja z matką. Miłość jaką ją darzy, zwierzęce niemal przywiązanie, które staje się wkrótce przekleństwem i wreszcie jego nad wyraz szybkie dorastania. Bo wkrótce staje się jedyną osobą, która zajmuje się swoją matką. Z drugiej strony widzimy niszczącą siłę nałogu. Który tutaj przypomina naturalną katastrofę. Alkoholizm matki Shuggie’ego jest jak górska lawina. Potężny i niepowstrzymany. Ale nie ma też w nim żadnej logiki. Dlaczego jednego dnia kobieta potrafi być trzeźwa, a drugiego zatacza się od ściany do ściany? Dlaczego wyznacza sobie pewne granice i trzyma się ich kurczowo, równocześnie bez namysłu robiąc inne, groźniejsze i straszniejsze rzeczy? To jest coś, czego nie da się zrozumieć i Stuart (nota bene „Shuggie Bain” jest na wpół autobiograficzną powieścią) nawet nie próbuje tego zrobić. Opisuje po prostu całą sytuację oczyma dziecka. I pokazuje to całe spektrum emocji, która nim targają oraz galerię blizn, które będzie musiał nosić przez resztę życia.