Najpierw kilka słów o odtwórcach roli głównych. Joela ma zagrać Pedro Pascal. Czyli obecnie jedno z najbardziej gorących nazwisk w Hollywood, ale jeszcze nie na tyle gorące, żeby jego gaża zrujnowała budżet produkcji. W Ellie z kolei ma się wcielić znana z „Gry o Tron” Bella Ramsey. Showrunnerem (facetem, który panuje nad scenariuszem i nie tylko) ma być Craig Mazin, odpowiedzialny za „Czarnobyl”. Co wróży temu projektowi lepiej niż potencjalnej ekranizacji serii „Uncharted” (gra robiona przez to samo studio, co „The Last of Us”). Tam przecieki na temat scenariusza sprawiały, że włosy stawały dęba. Ale wracając do aktorów - o ile Pascala, szczególnie w dobrej charakteryzacji, wyobrażam sobie jako Joela, to Ramsey na Ellie zupełnie mi nie pasuje. Ale to nie z jej powodu obsady projekt zakończy się moim zdaniem klapą. Dlaczego?

Zacznę od tego, że uważam tak „The Last of Us” jak i „The Last of Us 2” za świetne, bardzo dobre, bardzo dojrzałe gry. Jeśli ktoś z Państwa jeszcze nie grał, a ma taką możliwość, to trzeba koniecznie. Obie traktują gracza jako dorosłego człowieka i taką też historię nam opowiadają. Mocną, czasami wzruszającą, niepokojącą. Taką, która dręczy odbiorcę. Nie ma dla niego litości. Zmusza nas do zrobienia rzeczy, których zrobić nie chcemy, a równocześnie mówi nam - taki jest ten świat, w to się właśnie chciałeś bawić, więc mniej odwagę dokończyć to, co zacząłeś. A potem stawia nas przed konsekwencjami swoich czynów. Doskonałe gry.

Której jednak są grami.

Żeby nie było. To nie jest zarzut. Nie będę teraz Państwu opowiadał przez kolejne kilkaset znaków, że gry są głupie, niepoważne i tylko dla dzieci. Wcale tak nie uważam. Ale każde medium ma swoje słabe i mocne strony. Każde medium ma swoje wady i zalety. I jeśli twórca jest tego świadom (a twórcy tych gier byli) to może osiągnąć niesamowite rezultaty. Równocześnie, nie każdą historię z jednego medium da się przenieść do innego. Prosta sprawa - nie wszystkie, nawet wybitne, książki da się zekranizować. Niektórych nawet nie warto.

I tutaj dochodzimy do „The Last of Us”. Dlaczego te gry działają na poziomie fabularnym? Bo w nie gramy. Siedzimy przed telewizorem z padem w ręce i kierujemy Joelem i Ellie. To my podejmujemy decyzję, to my przeżywamy ich przygody, to my walczymy o ich życie. Zżywamy się z tymi postaciami. Zaczynamy się z nimi utożsamiać. Rozumiemy ich z etapu na etap coraz lepiej. Aż do bolesnego finału. Ale wszystko dzięki temu padowi. To on nam na to wszystko pozwala.  

Bo gdyby spróbować przenieść fabułę „The Last of Us” do książki czy na ekran (jak to się właśnie dzieje) to wyjdzie w najlepszym razie sztampa. Przepraszam, że będę brutalnie szczery, ale tam nie ma niczego, czego nie widzielibyśmy wcześniej i to często znacznie lepiej wykonanego. Brutalny postapokaliptyczny świat, gdzie największym zagrożeniem są inni ludzie? „The Walking Dead” (komiks i serial). Ojciec wędrujący z synem przez pustkowie? „Droga” McCarthy'ego (jedna z najstraszniejszych książek, które czytałem). Budowa relacji dorosłego mężczyzny z dzieckiem? Ach, przypomnę tylko pierwszy sezon gry komputerowej „The Walking Dead”. Ktoś, kto przeżył ugryzienie przez zombie, więc musimy doprowadzić go do naukowców, którzy wyprodukują szczepionkę? Cóż... To rdzeń fabuły serialu „Z Nation”. Ale już jego twórcy zdawali sobie, że ten motyw jest już tak ograny, że go po prostu sparodiowali (jak zresztą całą zombie apokalipsę).

Innymi słowy - nie ma tam niczego świeżego, niczego fabularnie odkrywczego. Raz jeszcze, to nie jest zarzut do gier. Ich twórcy dostosowali fabułę do medium i to wszystkie fantastycznie tam zadziałało. Ale gdybym miał to oglądać po raz kolejny na ekranie telewizora (okej, i tak oglądałem na ekranie telewizora, ale jednak z padem w ręce) to bym tylko znudzony wzruszył ramionami. Autentycznie nie jestem w stanie znaleźć jednego powodu, dla którego serial na podstawie „The Last of Us” mógłby mnie zainteresować jako widza.

To jako gry komputerowe chciałbym zobaczyć na ekranie wielkim lub małym? Rzecz w tym, że chyba żadnej. Gry są takim medium, którego siła wynika z tego jesteśmy uczestnikami wydarzeń lub/i jej współtworzymy. Jestem wielkim fanem serii Fallout (okej, może nie tak wielkim, skoro jeszcze nie kupiłem „Fallout '76”), ale nie chciałbym, żeby te gry zostały zekranizowane. Boję się, że wtedy zobaczyłbym ich całą miałkość i wtórność. To może „Mass Effect”? Bogaty świat, który dałoby się wykorzystać, żeby zrobić tam jedną lub dwie ciekawe fabuły. Ale czy na pewno? Obawiam się, że czekałoby na nas kolejne rozczarowanie.

Ale na koniec przyznam, że nie spodziewam się, żeby HBO wypuściło totalnego gniota. Projekt raczej albo umrze śmiercią naturalną w fazie preprodukcji, albo wyjdzie taki solidny średniak, którego wszyscy rzucimy się oglądać, ale gdzieś tak na poziomie piątego odcinka zapomnimy włączyć szósty, a pół roku później zorientujemy się, że w sumie nie zobaczyliśmy sezonu do końca. Będziemy powtarzać, że warto by go jednak skończyć, ale w międzyczasie wskoczy coś innego do oglądania. Coś, co od początku było pomyślane jako serial. Fabuła w stu procentach dostosowana do tego medium, jakim jest telewizja i serwisy streamingowe. Taka, od której nie będziemy mogli się oderwać tak, jak nie mogliśmy się oderwać od gier o Joelu i Ellie.