Siatkarze z reprezentacji po każdym poważnym sukcesie kupują  sobie w nagrodę za trud, jaki włożyli w zwycięstwo, zegarki, które noszą do kolejnych  zawodów. Skąd ten pomysł? – Chcieliśmy mieć pamiątki po naszych, tych naprawdę dużych, sukcesach – wyjaśnia Piotr Nowakowski. – W moim przypadku to mała tradycja, mam  już trzy czasomierze. Zegarek jest najfajniejszą biżuterią dla mężczyzny. – Od niezwykle udanych dla Polski mistrzostw świata w roku 2018 do igrzysk olimpijskich w Tokio odmierzają im czas zegarki Hublot. 

Piotr Nowakowski: Nieplanowana miłość

Piotr Nowakowski po raz pierwszy zagrał w siatkówkę na lekcji WF w szóstej klasie podstawówki. W jego domu nie było sportowców, nie wiedział, jak to jest „trenować zawodowo”. Miał szczęście urodzić się w dobrym miejscu i spotkać dobrych ludzi. Takich, którzy przypięli mu skrzydła. – Mój nauczyciel Józef Adamczyk był wielkim pasjonatem siatkówki. To on zaszczepił we mnie pasję i miłość do tego sportu. Pochodzę z Międzyborowa. Nasza mała miejscowość słynie z… siatkówki. Na szczęście! To najważniejszy lokalny sport. Już wtedy, na początku, należałem do wyższych chłopców, ale nie wyróżniałem się między nimi jakoś szczególnie. Wtedy jeszcze nie było wiadomo, który z nas bardziej urośnie. Ja rosłem powoli. Ale w trzeciej klasie gimnazjum wszystko się zmieniło. Wyrosłem gwałtownie. Właściwie lepszym słowem jest „wystrzeliłem”. 205 centymetrów, w siatkówce to pomaga (śmiech).

W jego rodzinie nie ma aż tak wysokich mężczyzn. Dziadek był wysoki, ale jednak wnuczek go przerósł. W rodzinie nikt też nie uprawiał żadnych sportów. Kiedy więc Piotr oznajmił, że chce zająć się sportem na poważnie, rodzice nie byli entuzjastami tej decyzji. – Nie wiedzieli po prostu, jak to będzie, czy siatkówka będzie sposobem na życie, czy da się z tego żyć – opowiada Piotr. – Mama chciała, bym skończył dobre studia, w kierunku ekonomicznym. Szczęśliwie mój trener z klubu Metro Warszawa, gdzie wtedy grałem, wytłumaczył im, jak wygląda życie sportowca, na co powinni się nastawić. Rysował przed nimi potencjalną karierę sportowca, jaka może mnie czekać. Jakie mam możliwości. I przekonał ich, że warto spróbować.

Trener to podstawa, ale ważny jest także klub, w którym się trenuje. Piotr trafił do AZS Częstochowa, który słynął z dobrych wyników i fantastycznej współpracy z młodymi zawodnikami. Takie miejsce – trampolina, które wspiera i pozwala wypłynąć na szerokie wody.

(…)

Damian Wojtaszek: Mistrz to za mało!

Żeby zostać nagradzanym i docenianym libero, czyli obrońcą, trzeba mieć niesamowitą szybkość i zwinność. Za to nie można atakować. A Damian Wojtaszek uwielbia atakować. Przygodę z siatkówką zaczął w czwartej klasie szkoły podstawowej. – W moim rodzinnym Miliczu utworzono klasę sportową o profilu siatkarskim. Od razu poczułem, że to coś dla mnie. Byłem już oswojony ze sportem, bo od trzech lat trenowałem bejsbol, dość niepopularną dyscyplinę w Polsce. Kiedy doszła do tego siatkówka, szybko zrozumiałem, że jednak trzeba będzie wybrać. Treningi siatkówki, bejsbola, nauka w szkole i turnieje, na które jeździłem po całym kraju. Nie
wyrabiałem. Wybór jednak nie był dla mnie trudny, bo siatkówka dość szybko skradła moje serce – wspomina Damian.

Skąd ta miłość? W siatkówce mnóstwo się dzieje. Jest szybka i wymaga ogromnej koncentracji. – Ta dyscyplina miała w sobie wszystko, co uwielbiałem – opowiada Damian. – Już na początku treningów mogłem dużo atakować. To było to! Wkręciłem się maksymalnie. I przyznam, łatwo mi przychodziły sukcesy w tej dziedzinie. Zdobywaliśmy medale, a to młodego chłopaka wspaniale motywuje! Chciałem grać non stop i wygrywać wszystkie turnieje – śmieje się. – A najfajniejszy jest atak. Gdybym miał więcej centymetrów wzrostu, to chciałbym grać na ataku. Zdobywanie punktów jest fantastyczne! Niestety mój wzrost i umiejętności predysponują mnie do gry jako libero.

(…)

Bartek Kwolek: Szczęście ma znaczenie

Bartek Kwolek musiał dojrzewać bardzo szybko. Jako siedemnastolatek ruszył w siatkarską podróż życia i dziś jest jednym z najlepszych przyjmujących w kadrze. Pierwszy raz w siatkówkę zagrał z tatą,
jako kilkulatek. Miał szczęście, bo tata jest siatkarskim freakiem.
– Chciał we mnie zaszczepić tę pasję. W moim rodzinnym domu sport był od zawsze. Graliśmy w bejsbol, ping-ponga, koszykówkę, piłkę nożną i siatkówkę – opowiada Bartek. – Domowa zabawa była wspaniała i na poziomie zabawy na podwórku grałem w siatkówkę z radością. Ale tylko do poziomu zabawy. Pochodzę z Płocka, a to nie jest miasto siatkówki. Nie ma tu dla nich wielkich perspektyw, dlatego najpierw grałem w piłkę nożną, potem w ręczną. Kiedy zdecydowałem, że jednak chcę być siatkarzem, musiałem szukać drużyny gdzie indziej. – Miał czternaście lat, kiedy wyjechał do Łodzi. – Młody byłem i musiałem czujnie się rozglądać, by nie popełnić błędów, nie narobić sobie wrogów. Dorastałem daleko od rodziny i bywało ciężko. Ale to właśnie ten rok był w moim życiu przełomowy. Zacząłem dojrzewać, a jednocześnie zrozumiałem, jak bardzo poważnie myślę o siatkówce.

(…)

Pełne sylwetki Damiana Wojtaszka, Bartka Kwolka i Piotra Nowakowskiego znajdziesz we wiosennym wydaniu ELLE MANA>>>

ZAMÓW ROCZNĄ PRENUMERATĘ ELLE MANA TUTAJ>>>