W twojej książce bardzo często pojawia się pytanie „Skąd jesteś?” Tak więc powiedz proszę – skąd jesteś?

Z tym pytaniem jest pewna trudność, bo ono ma kilka wymiarów. Z jednej strony chodzi o konkretne miejsce na mapie, chęć zaspokojenia geograficznej ciekawości, ale z drugiej chodzi też o tożsamość, o przynależność do greckiego narodu. Gdy Grecy zadają sobie to pytanie, interesuje ich rodzinna wioska ojca. Ja oczywiście wiem, z jakiej wioski pochodzi mój ojciec, ale zupełnie nie identyfikuję się z tym miejscem. Nigdy w nim nie byłem. Mogę powiedzieć: Lagkadia, wtedy Grecy od razu zaliczą mnie do „swoich”, włączą mnie do greckości. Ale będzie w tym fałsz. Skąd jesteś w moim rozumienie nie znaczy kim jesteś, za kogo się uważasz, a dla Greków te kwestie są tożsame. Jeśli miałbym o sobie opowiedzieć w kontekście narodowym, to powiem, że jestem Polakiem, Grekiem, że bywam Manxem, bo na Wyspie Man mieszkałem i pracowałem przez kilka lat i za nią tęsknię może najbardziej. Ale narodowość to tylko jeden z wymiarów naszej tożsamości. Jestem z języków, którymi mówię, z książek, które czytam, etc.

I o tym właśnie jest „Zachód słońca na Santorini”, o tożsamości jako procesie, którym sami zawiadujemy i o greckości, czyli zmieniającej się tożsamości Greków i Greczynek. Zastanawiam się w niej nad tym, co dziś znaczy być Grekiem i kto może nim zostać. Ja jestem włączany w krąg greckości od razu, mimo moich sprzeciwów, ale bohaterami mojej książki są też ludzie, którzy choć Grecji się urodzili, wychowali i świetnie mówią po grecku, to o miejsce w greckiej wspólnocie muszą nieustannie zabiegać. Bo mają nie-biały kolor skóry, bo ich rodzice pochodzili z krajów Afryki, czy dalekiej Azji.

To kwestia tylko koloru skóry?

Nie tylko. Grecy często odmawiają tego prawa także innym białym. Bardzo troszczą się o to, aby greckość się nie rozmyła. Do niedawna funkcjonował w myśleniu Greków pogląd, że Grekiem w ogóle nie można zostać, że można się nim tylko urodzić. Tylko mając ojca Greka...

Ojca? A matka w tym przypadku się nie liczy?

Nie. W tej opowieści matka jest dużo mniej ważna. Greckość przekazuje ojciec.

Grecji mają silne poczucie jedności jako naród, czy może pobrzmiewają wśród nich echa starożytności, kiedy żyli w oddzielnych polis?

Teraz już to nie ma znaczenia. 200 lat temu Grecy wymyślili siebie na nowo, stworzyli nowy, narodowy mit, który funkcjonuje do dziś. Jednym z jego najważniejszych filarów jest dziedzictwo starożytności. Co ciekawe tę starożytności odkryli dla Greków inni Europejczycy – zamożni Brytyjczycy, Niemcy, Skandynawowie, którzy wyprawiali się do Imperium Osmańskiego śladami dawnych artystów i filozofów, zachwycali się, pisali o tym książki, a w Grekach, których spotykali na swojej drodze, widzieli bezpośrednich potomków Fidiasza czy Arystotelesa. Było to z ich strony wielkie nadużycie, bo ciągłości narodowej nie ma, jedynym bezpośrednim łącznikiem ze starożytnością jest język. Grecki, choć ulegał pewnym zmianom, nadal jest tym samym, co przed tysiącami lat. To dla Greków wielki powód do dumy.

Urodziłeś się w Grecji, ale długo tam nie zabawiłeś, bo twoja rodzina przeprowadziła się do Polski. Jak się dorastało w otoczeniu rodaków, ale jednak w obcym państwie?

Grecy, którzy znaleźli się w Polsce po wojnie domowej pod koniec lat czterdziestych w większości wrócili do Grecji w latach siedemdziesiątych. Ja się urodziłem w 1983 roku, a dwa lata później sprowadziliśmy się do Polski i wówczas w Chojnowie Greków była naprawdę garstka. Miałem więc zupełnie inne doświadczenia, niż wojenni uchodźcy kilkadziesiąt lat wcześniej. Moje imię i nazwisko wyróżniały mnie w szkole, ale na nikim nie robiły większego wrażenia, nikogo nie dziwiły. Nie czułem się wyobcowany, bo w Chojnowie pamięć o Grekach była wciąż żywa. Poza tym z powodu rozwodu moich rodziców i ojca, który został w Grecji, moja więź z tym krajem mocno się poluzowała. Ponownie zacząłem nad nią pracować, gdy dorastałem. Z pomocą Encyklopedii nauczyłem się liczyć po grecku i poznałem grecki alfabet. Ludzie niekiedy się dziwią, że ja tak dobrze mówię po polsku, a to jest mój pierwszy język.

Gdy jechałeś do Grecji z pewnością miałeś jakieś wyobrażenie tego, jak to wszystko tam wygląda. Jak bardzo rzeczywistość się z tymi wyobrażeniami rozjechała?

Morze, słońce, dobre jedzenie, arbuzy, Merenda, czyli grecki odpowiednik Nutelli, którą poznaliśmy dzięki paczkom od greckich ciotek – to było moje wyobrażenie Grecji. Grecja kojarzyła mi się z czymś słodkim i miłym. Zachwycające było piękno krajobrazu. W Polsce nie można zobaczyć jednocześnie morza i gór, a w Grecji to typowy widok. Ale były też rozczarowania. Od pierwszych wyjazdów irytował mnie grecki patriarchat, bardzo silna pozycja mężczyzn. Z czasem kobiety wywalczyły dla siebie większą widoczność, ale do prawdziwej równości jeszcze daleko. Później zacząłem opisywać Grecję jako reporter, przyglądałem się greckiej polityce i kryzysowi gospodarczemu, który trwa już ponad dekadę.

W swojej najnowszej książce opisujesz w bardzo ciekawy sposób to, jak neonazistowska partia Złoty Świt zdobywała poparcie społeczne, to, że miała swoją siedzibę w miejscu, gdzie mieszkało dużo imigrantów i „opiekowała się” miejscowymi, którym owi imigranci rzekomo wyrządzali krzywdy. Obecnie liderzy tego ugrupowania siedzą w więzieniu, ale czy scenariusz sprzed kilku lat, gdy głoszone przez tych polityków poglądy znajdowały poparcie może się powtórzyć?

Politycy Złotego Świtu stworzyli pewną opowieść o imigrantach, w którą uwierzyła część wyborców. W 2012 roku Grecja była pogrążona w koszmarnym kryzysie gospodarczym i wtedy Złoty Świt oznajmił: „Wszystkiemu są winni imigranci!” Ta narracja była głupia i oderwana od rzeczywistości, ale okazała się skuteczna. Zaczęła się potężna antyimigrancka nagonka. Imigrantów oskarżano na przykład o dziką przemoc: kradzieże, gwałty i morderstwa, co było jawną nieprawdą (nie popełniali więcej przestępstw niż Grecy), albo o „zabieranie pracy”, podczas gdy oni wykonywali te zajęcia, którymi Grecy nie chcieli się zajmować – w rybołówstwie, rolnictwie, turystyce…

Podobnie jest teraz w Polsce. Ukraińcy pracują w budkach z kebabami, jeżdżą na Uberze…

Do tego doszła niewydolność państwa, biurokracja, która powodowała, że imigranci i uchodźcy latami czekali na dokumenty, żyjąc w biedzie, pracując nielegalnie i za marne pieniądze. Część z nich żyła w obozach, które przypominały więzienia lub slumsy – jak Moria na Lesbos, którą opisuję w książce. Bez nadziei na wyjście, bez pracy, bez szkół dla dzieci. To naturalne, że w takich warunkach rodziła się złość i agresja.

Złoty Świt bazował jednak na czymś innym – na kłamliwej opowieści o tym, że imigranci są winni całemu złu, które dotknęło Grecję, dlatego trzeba się ich z kraju pozbyć wszelkimi sposobami, dlatego ich bito i zabijano. Miarka przebrała się wtedy, gdy z rąk członka Złotego Świtu zginął Grek – raper, Pawlos Fissas. To był początek końca tej organizacji. Nikolaos Michaloliakos, lider Złotego Świtu i wszyscy jego najbliżsi współpracownicy, których spotykałem w czasie procesu w Atenach, ostatecznie trafili do więzienia, a sama partia została uznana za organizację przestępczą. Jednak skrajna prawica nadal jest.  Wydaje się, że zniknęło zagrożenie neonazizmu – trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś próbował znów odwoływać się do tej retoryki. Teraz skrajna prawica mówi o zagrożeniu ze strony Unii Europejskiej, bazuje na populizmie, antyestablishmentowości, oczywiście niechęć do imigrantów nadal się pojawia, ale już nie w tak radykalny sposób...

Brzmi znajomo.

O tak, bardzo znajomo, dlatego tak dużo piszę o Złotym Świcie. Nie dlatego, że mam fioła na punkcie greckich neonazistów, ale także po to żeby pokazać, że z tym samym zagrożeniem mamy do czynienia w Polsce i Europie. A ja bardzo nie chciałbym, żeby grecki scenariusz się u nas powtórzył.

Niektóre opisywane przez ciebie sytuacje trudno nazwać inaczej niż straszliwymi. Mam na myśli przede wszystkim próbę spalenia żywcem kilkudziesięciu ludzi w prowizorycznym meczecie. Nie mieści mi się w głowie, że ktoś chciał to zrobić, ale jeszcze bardziej to, że na miejscu była obecna policja i nie interweniowała.

W greckich instytucjach nadal silna jest nostalgia za rządami silnej ręki, za dyktaturą czarnych pułkowników, czyli za juntą która rządziła Grecją w latach 1967-1974. To była zgraja bardzo konserwatywna, wręcz faszyzująca, odwołująca się do Joanisa Metaksasa – przedwojennego dyktatora. I on, i pułkownicy bredzili o sile, porządku, prawach naturalnych, o świecie, który nie jest złożony, o tym, że kobiety powinny rodzić dzieci i siedzieć w domach, a mężczyźni utrzymywać rodziny. Taka wizja jest obecna w greckich instytucjach, w tym w policji. W 2012 i 2015 roku co piąty policjant głosował na Złoty Świt. Oni uwierzyli w retorykę tej partii, w to że neonaziści wiedzą, jak wyprowadzić Grecję z kryzysu. Ludzie Złotego Świtu w pewnym sensie wyręczali policjantów w ich pracy, bo obiecywali, że zaprowadzą porządek w danej dzielnicy. W grę wchodziły też kwestie korupcyjne – komendant lokalnego posterunku z okolicy, w której Złoty Świt chciał spalić modlących się w meczecie Banglijczyków, miał z nazistami układ na poły biznesowy. Dzięki nim i jemu podobnym neonaziści czuli się bezkarni, co prowadziło do eskalacji ich działań.

I ostatecznie nic się nie stało. Nikt nie został ukarany.

Tak. Po części to wina policji czy prokuratury, ale także pewnego przekonania, które pokutuje w Grecji. Greckie sądy bardzo rzadko orzekają, że do przestępstwa doszło z pobudek rasowych czy ksenofobicznych. Grecy nie potrafią się przez sobą przyznać, że mogą być rasistami. Wolą dobrze o sobie myśleć - że są otwarci i gościnni, jak Polacy: „gość w dom, bóg w dom”. Grecy są dumni z pojęcia filoksenia, o którym pisał Homer. Chodzi o gościnność wobec przybyszów – gościa trzeba podjąć w domu, nakarmić, dać dach nad głową i dopiero następnego dnia zapytać, co on tu robi. Skoro jesteśmy tak gościnni, to jak możemy być rasistami? No nie możemy! Początkowo zresztą Grecy tak właśnie wobec imigrantów się zachowywali, ale z czasem przybywało ich coraz więcej i więcej, a Unia Europejska, w tym Polska, nie pomagała.

Ktoś niezorientowany w twojej twórczości, który sięgnie po twoją książkę bazując tylko na tytule zapewne będzie oczekiwał jakiegoś przewodnika turystycznego po Grecji. Dla kogo twoim zdaniem jest ta książka?

Żeby było ciekawiej, jest już książka pod tym samym tytułem – harlequin, który napisała pewna brytyjska autorka. Życzyłbym sobie, żeby moją książkę przeczytali ludzie, którzy interesują się Grecją, ale też Europą. Zależało mi na tym, żeby tę opowieść o Grecji można było uogólnić. Wybierałem takie tematy, które choć są greckie, to można je odnieść do innych krajów. Neofaszyści są w Grecji, ale też w Polsce, Niemczech, Francji, we Włoszech... Podobnie z kwestiami tożsamościowymi – w Grecji mówi się o tym, kto może, a kto nie może być Grekiem, podobnie jak w Polsce o tym, kto może być Polakiem. Myślę, że moja książka będzie ciekawa dla ludzi, którzy myślą o tożsamości i dla tych, którzy są ciekawi Grecji, tej wakacyjnej, ale i tej mroczniejszej.