Liverpool zagra w finale Ligi Mistrzów: architekci sukcesu

W wielu drużynach za sukces odpowiada kilku piłkarzy. Tak jest w przypadku chociażby Barcelony, którą od kilkunastu lat prowadzi Leo Messi (obecnie do spółki z Suarezem). Są też i takie drużyny, które stawiają na kolektyw. I tak zagrał we wczorajszym półfinale Ligi Mistrzów Liverpool.

W osłabionym składzie, z niewidocznym i bardzo często rozczarowującym Divockiem Origim na szpicy, Jurgen Klopp posłał swoich piłkarzy na prawdziwą wojnę. Kibice „The Reds” byli nieco zrezygnowani, a komentatorzy nie dawali drużynie Kloppa większych szans na awans. Już z pierwszym gwizdkiem arbitra piłkarze Liverpoolu rzucili się na Barcelonę, której piłkarze wydawali się bardzo pewni łatwego meczu, a tym bardziej łatwego awansu. Tak jednak nie było. Pierwszy kubeł zimnej wody wylał już w siódmej minucie Divock Origi. Dla piłkarzy Blaugrany powinien być to pierwszy sygnał, by potraktować Liverpool poważnie. Tak się jednak nie stało.

Drużyna z Anfield wyglądała na ekstremalnie zmotywowaną. Piłkarze Liverpoolu dawali z siebie wszystko i braki w umiejętnościach (które przy zestawieniu z Barceloną ma każdy zespół) nadrabiali na boisku wielkim sercem i wolą walki. A to kibice w piłce nożnej lubią najbardziej. 

Za sukces odpowiedzialny był cały zespół. Każdy piłkarz wspiął się na wyżyny swoich umiejętności. Nie było złości po nieudanych próbach czy zmarnowanych okazjach. Wręcz przeciwnie, piłkarze Liverpoolu wzajemnie się motywowali i wytworzyli na boisku wspaniały kolektyw. A do sukcesu we wczorajszym meczu poprowadził ich trener, wyjątkowy psycholog i motywator. Jurgen Klopp znany jest z tego, że potrafi bojowo nastawić swoje drużyny. Tak też było wczoraj. 

Liverpool zagra w finale Ligi Mistrzów: cwaniactwo i wiara we własne umiejętności

Po trzech golach i doprowadzeniu do wyrównania a dwumeczu Anfield rozgrzało się do czerwoności. Piłkarze i kibice Barcelony nie wierzyli w to, co się działo. W końcu przyszła 79 minuta spotkania. Alexander Trent-Arnold sprytnym zagraniem „nabił” obrońcę i wywalczył dla swojej drużyny rzut rożny. W tym momencie stało się coś, czego dawno żaden kibic piłki nożnej nie widział na poziomie Ligi Mistrzów. Trent-Arnold wykorzystał chwilowy moment nieuwagi całego zespołu Barcelony i posłał z rzutu rożnego płaską piłkę do stojącego na szóstym metrze (dosłownie przed bramkarzem) Divocka Origiego, który skierował ją pod poprzeczkę bramki Ter Stegena. Anfield wybuchło. Radość kibiców, piłkarzy i sztabu szkoleniowego Liverpoolu była nie do opisania. 

Liverpool dzięki ogromnej woli walki, wspaniałej wierze we własne umiejętności i dzięki boiskowemu cwaniactwu zdobył czwartą bramkę, tą dającą upragniony awans do finału Ligi Mistrzów. Tym sposobem piłkarze z Merseyside wyrównali swój rekord jeśli chodzi o liczbę odrobionych bramek w Lidze Mistrzów. Każdy kibic Liverpoolu pamięta finałowy mecz przeciwko AC Milanowi z sezonu 05/06. Teraz będzie pamiętać także ten wczorajszy.

Po meczu Jurgen Klopp w kilku słowach podsumował fantastyczną grę swoich piłkarzy:

- Moi zawodnicy zagrali wielkie spotkanie, to są pierd*** giganci!

Świat piłki nożnej oszalał na punkcie wczorajszych wydarzeń. Powracający do stolicy Katalonii piłkarze Barcelony stali się pośmiewiskiem, a hiszpańska prasa nie pozostawiła na nich suchej nitki. Zalewana petrodolarami piłka nożna potrzebuje takich wieczorów, jak wczorajszy. Wygrała wola walki i wiara we własne umięjętności. Na Anfield na długo po końcowym gwizdku rozbrzmiewało śpiewane przez kibiców You’ll never walk alone. Brawo Liverpool!