W motoryzacyjnym świecie często mówi się o stylu projektowania samochodów, charakterystycznym dla danej narodowości. Japonia kojarzy się z precyzją i niezawodnością, Niemcy to przede wszystkim trwałość, pragmatyzm, prostota i ergonomia, ale także moc i prędkość. Włochy z kolei to serce, emocje i radość prowadzenia. Z czym kojarzy się Francja? Dla mnie to zdecydowanie design, styl, komfort i tajemnicze słowo „awangarda” szczególnie dobrze opisujące auta z kraju szampana.

Od zawsze inaczej

Citroen od początku swojego istnienia kroczył własną motoryzacyjną drogą tworząc spektakularne projekty, które z czasem stały się ikonami. Cudownie prosty w konstrukcji 2CV, zjawiskowe DS19 i DS21 wprowadzające rozwiązania techniczne, które popularne stały się kilkadziesiąt lat później, czy model SM, pod którego maską pracował silnik Maserati. Niemniej ważne były także współczesne modele Xantia i C5 wykorzystujące bajecznie komfortowe zwieszenie hydropneumatyczne. Naturalnie nie wszystkie patenty okazały się trafione, ale druga dekada XXI wieku to zdecydowanie czas Citroena, który ponownie rozwinął skrzydła i dumnie kroczy szeroką aleją z wielkim transparentem „awangarda”.

Reflektory wpisane w przedni grill, miękkie, spokojne linie nadwozia i powabne krągłości zwracają uwagę. Dwukolorowe nadwozie ozdobione chromowanymi listwami, elementy z tworzyw sztucznych mają za zadanie nie tylko zdobić karoserię, ale także chronić ją przed przypadkowym uszkodzeniem. Po otwarciu drzwi od razu uwagę zwróciłem na przedłużone ku dołowi drzwi chroniące próg przed zabrudzeniem. To bardzo proste rozwiązanie sprawia, że wasze spodnie oraz sukienka waszej damy nigdy nie zostaną pobrudzone błotem, co niestety często zdarza się podczas wysiadania z wysokiego auta.

Studzienka Jaśnie Panie…

Kabina wyposażona została kompletnie. Na pokładzie jest skóra, miłe w dotyku tworzywa oraz morze elektroniki sterującej wszystkim. Grube, mięsiste koło kierownicy aż prosi się, by je czule obejmować, ale największym szokiem są fotele przednie. Fotele Citroena C5 Aircross proszę Państwa, to oddzielny rozdział w historii motoryzacji. Zapewniają tak bajeczny komfort podróżowania, jak jeszcze chyba w żadnym SUV-ie. Są miękkie jak fotele w klubie dla dżentelmenów i pozwalają się prawdziwie odprężyć podczas długich podróży. Oparcia naturalnie nie znają pojęcia „trzymanie boczne”, ale nie zostały stworzone do szybkiego pokonywania zakrętów. Widzieliście kiedyś luksus przemykający nad asfaltem lotem błyskawicy? Ja też nie. Luksus nie lubi pośpiechu. Luksus jest leniwy, nieco zblazowany i nade wszystko sprawia wrażenie wyluzowanego. I dokładnie taki jest Citroen C5 Aircross.

Jego zawieszenie zdaje się lewitować nad nawierzchnią, a amortyzatory informują pasażerów jedynie o większych ubytkach w asfalcie i nadmiernie obluzowanych studzienkach. Robi to jednak dystyngowanie jak najlepiej wychowany lokaj. Puf Puf… Panie, pragnę poinformować, że to była dziura w jezdni. Pst Pst… Jaśnie Panie, pozwalam sobie zaznaczyć, że w tej jezdni są opuszczone studzienki i progi zwalniające. W kategorii komfortu Citroen zwyczajnie nie ma konkurencji. Jednak jak mówi stare przysłowie: „nie ma róży bez kolców” i tu również się sprawdza. Bajeczny komfort wiąże się bowiem z delikatnie mówiąc: mniej sportowym zachowaniem w zakrętach. Nadwozie wydatnie przechyla się w ciasnych łukach, dlatego pamiętajcie by po zjeździe z autostrady nieco zwolnić. Przyczepię się też do braku podgrzewanej kierownicy i podgrzewania siedzeń, które co prawda działa, ale tak, jakby właśnie wybierało się na urlop.

Rejs w przyszłość

Testowany przeze mnie Citroen C5 Aircross wyposażony został w nowy hybrydowy zespół napędowy plug-in. Oznacza to, że do dyspozycji mamy silnik spalinowy o mocy 181 KM, silnik elektryczny o mocy 110 KM lub obydwa razem. Gdy pracują wspólnie osiągają łączną moc 225 KM i potrafią rozpędzić rodzinnego SUV-a do 100 km/h w czasie 8,7 sekundy i doprowadzić do prędkości maksymalnej 225 km/h. To bardzo szybko, jak na latający dywan. Hybryda Plug-in zdaje się być idealnym rozwiązaniem do codziennej jazdy po mieście, pod warunkiem, że dysponujecie w domu gniazdkiem z którego czerpać będziecie prąd do ładowania akumulatorów. Producent podaje, że C5 Aircross z bateriami „wypełnionymi po brzegi” auto będzie w stanie pokonać dystans nawet 60 kilometrów. No cóż, ja nie jestem w stanie chyba aż tak się wyluzować, by zbliżyć się do tego wyniku, bo udało mi się opróżnić akumulatory w nieco ponad 40 kilometrów, ale i tak uważam, że to bardzo dobry wynik.

Zespół napędowy został wyposażony w automatyczną 8-biegową skrzynię biegów. Została ona bardzo łagodnie zestrojona i faktycznie zmienia przełożenia lekko i niemal niezauważalnie, a jazda w trybie elektrycznym nabrała zupełnie nowego znaczenia. Kompletna cisza i miękko falujące nadwozie niemal zupełnie odizolowane od nawierzchni przenosi pasażerów w baśniowy świat. To jakby wyjść za drzwi rzeczywistości i obserwować ten cały zwariowany świat z zewnątrz. Uważam, że NFZ powinien wysyłać pacjentów chorych na nerwice do „citroenowego sanatorium”. W tym aucie jest tak kojąco, że po prostu nie ma opcji, by się czymkolwiek zdenerwować.

Azyl idealny?

I można by tak płynąć i płynąć w poszukiwaniu lądu, gdyby nie fakt, że ktoś w fabryce zdecydował, że zbiornik paliwa będzie miał niecałe 40 litrów pojemności. Być może w mieście nie będzie to problemem, bo stacji jest dużo, ale zasięg na autostradzie w granicach 400 kilometrów brzmi jak niezły dowcip. Chciałbym wierzyć, że to celowy zabieg projektantów, by kierowca nie zatracił się do reszty w tym bajecznym komforcie i choć na chwilę opuścił przytulne wnętrze Citroena. A może to po to, by wyskakując na chwilę, znów wracać do niego z okrzykiem: „jak tu ciepło i przyjemnie!” Może. Gdzie zatem jest moja podgrzewana kierownica?