Znałem go z „Psów” i z „Krolla”. Na „13 Posterunek” się nie załapałem, ale wiedziałem, że potrafi rozbawić ludzi. Bez trzymanki, konkretnie. Widziałem go w akcji i przed wielkim audytorium, i na kameralnym spotkaniu. Na takim właśnie się poznaliśmy. Mieliśmy wtedy wspólnego agenta i przyjaciela, Tomka Albera. Czarek był już wówczas znaczącą postacią. Figurą. Powszechnie znany, z własnym programem artystycznym, niekończącym się zbiorem anegdot. Ja – cóż: początkujący prezenter, który z drżeniem ręki trzymał mikrofon, stając przed publicznością. Ale chciałem go zapowiedzieć. Aby przekonać agenta i klienta, że dam radę, wymyśliłem, że tytułem wstępu, preludium jakiegoś, aby zaintrygować publiczność, zaproponuję im quiz. Zgrałem na kasety VHS fragmenty filmów z udziałem Czarka, widownia miała zgadywać, jaki to film, jaka rola, i dokończyć kultowe dialogi. Pomysł się spodobał i zaprosili mnie do tej roboty. Tak zostałem supportem Pazury.

Pasaż 13 to był klub inny niż wszystkie przy krakowskim Rynku. Atmosfera, wystrój, ludzie – wszystko odmienne niż Pod Baranami na przykład. Ale fajni i dużo ich było tego wieczoru. Dla Czarka przyszli wystrojeni. Był magnetowid i mały telewizor, zawieszony w kącie pod sufitem. Tam się schowałem. Przywitałem zebranych. Zrobiłem quiz. A potem Cezary rozpoczął swoje show. Zabrał na radosny spacer całą widownię. Wodził ich naturalnie, płynnie, aż do rozpuku. Jak zgaduję, on tego spotkania ze mną nawet nie pamięta. Dziewiętnaście lat temu. Byłem tak załamany odmienną jakością naszych występów, że nie chciałem wziąć od agenta gaży za pracę. Wsadził mi gotówkę w kieszeń i powiedział, żebym nie pierdolił głupot, tylko poszedł się napić. Teraz, po latach wypełnionych doświadczeniami zawodowymi i rodzinnymi, postanowiliśmy porozmawiać o tym, co naprawdę ważne: o ojcostwie. Mam trzech synów. Cezary jednego, ale za to jeszcze trzy córki. Znów się mogę czegoś od niego nauczyć. Wy też, jak sądzę.

Jaka jest różnica między tym, gdy zostajesz ojcem jako dwudziestoparolatek, a tym, kiedy rodzi ci się dziecko, gdy jesteś dojrzałym pięćdziesięcioletnim mężczyzną?

Przede wszystkim masz inne priorytety. Gdy w 1989 roku urodziła się Anastazja, to ja nie miałem nic. Nie miałem mieszkania, stałej pracy, pieniędzy, samochodu, byłem młodym człowiekiem, który najpierw musiał zapewnić socjal. Byłem na dorobku, dziecko brałem pod pachę, wszędzie szła ze mną. Od czwartego roku życia praktycznie sam wychowywałem córkę. Byłem tak zagoniony, że nie miałem czasu na strach, czy się uda, czy ogarnę temat. Byłem nikomu nieznanym chłopakiem. Dopiero w 1991 roku, gdy pierwszy film z moim udziałem wszedł na ekrany i coś tam usłyszano o niejakim Pazurze, się ruszyło. Wcześniej było ciężko. A dziś mam wrażenie, że pamiętam każdy dzień z życia każdego z moich dzieci. Mam czas się im przyjrzeć, mam spokój wewnętrzny, mam dom, dach nad głową,  mamy swój port, do którego wszyscy przybijamy po szkole, po pracy. Wtedy tego nie było.

A to, że możesz się czuć spełniony, zawodowo nasycony, dojrzały, coś zmienia?

Tak. I jeszcze, że to ten moment w życiu, który jest najważniejszy, bo już jesteś wybawiony. Kiedy koledzy cię ciągną wieczorem na piwo, na bilard, to wiesz, co dobrego z tego wynika, a co nie wynika z tego wcale. Młodzi mężczyźni mają w zwyczaju zabawę, szaleją nieustannie. Po latach pamiętam z tych „uciech” może kilka godnych odnotowania epizodów, co znaczy, że to w ogóle nie miało sensu. Dziś mój czas inaczej waży, inaczej się go mierzy, inaczej smakuje. Byłoby mi szkoda, że nie jestem z dziećmi.

Inaczej się wychowuje syna niż córki? 

Córki mogą mi wejść na głowę, dosłownie, z synem jestem niecierpliwy. Nie lubię siebie za to. Brakuje mi cierpliwości w stosunku do syna, od razu oczekuję efektu, podświadomie wywieram na Antku za dużą presję i nie lubię tego w sobie. Potrafię wymagać od niego jak od dorosłego mężczyzny. Jakbym zapominał, że jest dzieckiem. Z moich obserwacji wynika, że są takie płaszczyzny, w których chłopcy są bardziej wrażliwi niż dziewczęta, łatwiej ich dotknąć. Dziewczyna ma coś na obronę, od zawsze. Wiesz co?

Nie wiem.

Focha. Świetnie sobie radzą, niezależnie od tego, czy mają dwa latka, osiem czy trzydzieści. One zawsze mają focha w zanadrzu. A chłopak nie. Przeżywa, tłamsi się, próbuje sobie radzić. Walczy. Dziewczyna strzela focha i to ty musisz sobie z tym poradzić. Cały czas, jako ojciec, zbieram naukę, jak te relacje się tworzą. Najgorsze, co możesz powiedzieć małemu chłopcu, to: „Bądź facetem”. Nie możesz mu ze względu na siusiaka zabrać dzieciństwa i obarczyć go, obdarzyć przedwcześnie męskością, mężnością, odpornością na ból, na łzy. My, aktorzy, mamy gdzieś w profesji zapisane, że my w zasadzie nigdy nie dojrzewamy, bawimy się cały czas, nigdy tak naprawdę nie jesteśmy facetami, których kreujemy w filmach, rekompensujemy sobie parę spraw na ekranie, gdzie jesteśmy zawsze twardzi. W rzeczywistości jesteśmy wrażliwi. Jak więc dziecku mo- żesz powiedzieć: „Bądź męski”? Dziecko może nieustannie pytać, czego mu brakuje, może w siebie zwątpić. A tak naprawdę jedyne, czego mu brakuje, to kolejny etap rozwoju. Dajmy synom czas. Antek jest oczkiem w głowie, jest przez dziewczyny trochę zdominowany, ma pod górę, ale radzi sobie. Jest bardzo do mnie podobny i fizycznie, i mentalnie. I wzrostem, bo ja też długo nie rosłem, martwi się oto, więc go pocieszam, że będzie wyższy ode mnie. Jako chłopak chciałby być silniejszy, wyższy, szybszy, jest jednak drobnej postury i tu zaczyna się jego problem, czuje, że musi czymś nadrabiać, więc tak jak ja – zaczyna nadrabiać wygłupami.

Jak wiele spraw, które przeżyłeś w relacji ze swoim ojcem, po- wielasz teraz? Można się uwolnić od bagażu genów? 

Niecierpliwość powielam po ojcu. Nauczyłem się pływać sam, podpatrując kolegów, bo ojcu brakowało cierpliwości. Sam jednak na- uczyłem dzieci pływać i jeździć rowerem. Ja przetrzymałem ten moment, gdy Antek nie chciał. Powiedziałem mu, że jak zachce, to ma powiedzieć, i nie męczyłem. On się męczył sam ze sobą i w końcu przyszedł. Czasami trzeba odpuścić, żeby uzyskać efekt. Teraz jestem mądry, bo w teorii sobie mądrze rozmawiamy, boję się, że jak wrócę do domu, to w praktyce znów mi cierpliwości zabraknie. Trzeba chłopców chwalić, czasem na wyrost, jak robili moi dawni nauczyciele przed laty. Dostałem parę razy piątkę nie dlatego, że na nią zasługiwałem, ale po to, by mnie zmotywować, pokazać: mo- żesz mieć i piątkę. Stać cię na nią, tylko się postaraj, młody człowie- ku. Te małe, drobne zwycięstwa dają wiarę i uczą. Miałem tak ja w dzieciństwie, i ma tak mój syn. Gdy usłyszy dobre słowo, potrafi się tym cieszyć. „Tata mnie pochwalił” – mówi dumnie. Małe, co- dzienne, drobne zwycięstwa dają szansę na większe w dorosłym życiu. Trzeba być uważnym. Nie być obok, tylko być z synem. Chwilę po kolacji mój syn, zamiast się kłaść spać, przychodzi i mówi: „Głodny jestem”. Wcześniej odpowiadałem mu: „Jak to? Przecież niedawno jadłeś”. Dziś robię mu kanapkę czy co tam chce, bo wiem, że on po prostu chce pobyć ze mną i poczuć, że ten moment jest tylko dla niego, że jego prośba, potrzeba są dla mnie ważne.

Od kiedy się urodziła najmłodsza nasza córka, Rita, Antek nie może już z nami spać. Próbowałem mu to wytłumaczyć. Mówiłem: „Synu, gdybym ja miał w dzieciństwie swój pokój i swoje wygodne łóżko... Człowieku, ja spałem na rozkładanym fotelu jednoosobowym!”. Zrozumiał, że jest wyjątkowy, że ma swoje miejsce. „A jakbym, tato, miał w twoich czasach taki rower, jak mam, z trzema przerzutkami, to co by było, tato?” „Ze wszystkich miejscowości okolicznych przyjeżdżaliby ludzie, żeby taki rower zobaczyć, synu, żeby go dotknąć, przejechać się”. „Naprawdę, tato?” To go nauczyło, żeby szanować, doceniać to, co ma. Ma wyjątkowy rower, ma swój pokój i ma sześćset modeli samochodów. To jego pasja.

W jakim stopniu relacja ojciec–syn zależy od czasów, w których żyjemy? Ty spałeś na rozkładanym, niewygodnym fotelu, twój syn ma swój pokój i własne łóżko. zapewniamy dzieciom warunki kiedyś dla nas nieosiągalne. Czy to można porównać?

Kiedyś wszystkich traktowano od linijki, tak samo. Dziś bardziej dostrzega się indywidualizm, osobowość jednostki, i to mi się zgadza. Antek wie, bo staram się to jasno zaznaczyć, że ma swój własny potencjał i chce, żeby mierzyć go własną miarką, dzisiejszą. Ma pięk- ny charakter pisma. Jak chce. Jest jedynym uczniem w klasie, któremu pani pozwoliła pisać wiecznym piórem. Wszyscy ołówkiem. On piórem. Widzę, że on idzie dokładnie tą samą ścieżką, którą ja sze- dłem. Ma te same lęki, te same kompleksy co ja.

Możesz więc być dla niego superpartnerem. Wsparciem.


Lęki wrodzone odziedziczyłem po mamie, obawy o wszystko, i on też tak ma. Z pokolenia na pokolenie wszystkie te traumy przecho- dzą. Moim głównym zadaniem, jak widzę, jest pokazać Antkowi, że naprawdę nie ma się czego bać. Ma dom, ojca, matkę. Miejsce, w którym go zrozumiemy. Tu wolno mu być sobą, z niedostatkami i kompleksami. Bo dla nas on jest wszystkim.

Partnerstwo to ważny temat. Najważniejszy w rodzinnej relacji. Tobie trafił się skarb. Nie znam Edyty dobrze, ale wydaje mi się, że masz wielkie szczęście.


Na szczęście trzeba zasłużyć. Poznałem ją, gdy miała dziewiętnaście lat. Ja miałem o dwadzieścia pięć więcej. Żona umie mnie zmo- tywować, lubi być miła. Dzięki niej odczuwam swoją moc. Dziś czuję się lepiej fizycznie, mentalnie, zdrowotnie. Lepiej, niż kiedy miałem czterdzieści lat. Ja nie mogę i nie chcę czegokolwiek odpuścić. Mam nie tylko fantastyczną, młodą żonę, lecz także trójkę dzieci. Czwarte dorosłe. Kiedyś, gdy słyszałeś o facecie, który ma pięćdziesiąt parę lat, to myślałeś, że jest już jedną nogą w grobie.

Tobie się chce chcieć. co cię motywuje? Żona? Dzieci?

Wszystko po trochu. Dobraliśmy się z Edytką, bo oboje szukamy estetyki. Faceci chcą, by kobieta była szczupła i elegancka, ale sami hodują bojler. Ja chcę się jej podobać, bo wiem, że w innej formie byłoby trudniej, ćwiczę, mam się dobrze. Tomek, mój trener od paru lat, ma wielką wiedzę, nie tylko teoretyczną, lecz także nieustannie zmieniającą się praktyczną. Wchodzi w to dieta, wszystko. W moim wieku na siłowni najłatwiej jest o kontuzje, więc dobry trener to podstawa. Wie, jak mnie prowadzić, jest w moim wieku i umie mnie zmotywować. Na dzień dobry mówił mi zawsze: „Cześć, młody”, i dziś wszyscy mnie tak witają. Ćwiczę trzy–cztery razy w tygodniu. Kwadrans rozgrzewki i godzina piętnaście treningu. Zanim poznałem Edytę, miałem poczucie, że doszedłem do ściany. Że wszystko już znam i wszystko przeżyłem. To już znam, to już widziałem, to mnie nie śmieszy, nie bawi, nie wzrusza, to wcale nie jest ładne. Wiele od kobiety zależy, bo to ona otwiera ci nowe drzwi, nadaje nowy sens. Mimo że mijasz tych samych ludzi, te same budynki, te same sytu- acje, to jednak wchodzisz do zupełnie nowej dekoracji. Wszystko nagle ma inny kolor, inny zapach, inaczej smakuje. Dostajesz endor- fin, skrzydeł i ci się na nowo chce. Ja wiem, ile ona daje naszemu domowi, ile daje dzieciom, mnie, to ja jestem cały czas na deficycie. Daję mniej niż Edyta, i to też mnie napędza. Jest energiczna, pomysłowa, kreatywna. W naszym domu ciągle się coś zmienia. Nowe kwiaty, kolory, dekoracje. Ten sam dom ciągle wygląda inaczej, by- śmy się w nim nieustannie dobrze czuli. To wszystko robi kobieca rę- ka. No i nie zapominajmy, że istnieje też Edyta managerka. Przygotowała swoją kolekcję „Sky and Soul” – czternastego, w wa- lentynki, była premiera. Świetne ciuchy. Jesteśmy razem czternaście lat i jesteśmy zbyt szczerzy, naturalni. Ja bym już nie mógł być z oso- bą, z którą musiałbym udawać czy coś grać. Ja się tyle naudaję w pracy, że gdybym musiał to robić w domu, byłbym nieszczęśliwy. U nas możemy być sobą ze sobą. To jest tajemnica. Najpiękniejsza.

Rozmawialiśmy o tym kiedyś, o chęci do życia. Wspominałeś, że koledzy z liceum mówią tylko o tym, co z przeszłości pamiętają, wspominają. Jakby dziś już nie żyli. Jakby to, co przed nimi, już nie było istotne.

No tak, ale mnie zawód pomaga. Ciągle się bawisz, przebierasz, nie jesteś sobą. To jest cały czas w dużym cudzysłowie, ale jed- nak zabawa. Dzieci się bawią w policjantów, biegają z karabinami, a my, aktorzy, robimy to na co dzień, za pieniądze. To nie pozostaje bez wpływu na psychikę. W „normalnym” życiu zaczynasz tetryczeć wcześniej. Żyjesz wspomnieniami: „A pamiętasz pięć lat te- mu?”.Słyszę to od kolegów z młodości. Ja nie pamiętam takich fak- tów.Zjednegoprojektuwchodziłemwkolejnyiniemiałemczasuna analizę. Parłem do przodu, pytałem, co dalej. Piszesz książkę, nowy film robisz, tworzysz nowy program kabaretowy. Myślisz o tym, co będziesz robił, jaki masz plan, i zapominasz o tym, co robiłeś. Musisz iść z duchem czasów, być otwartym i nie uciekać od nowych rzeczy. Kiedy pojawiły się nowe media, koledzy z branży sugerowali, że YouTube to symbol końca, ale okazuje się, że to jest siła. Mam 745 tysięcy obserwujących. Jak na gadającą głowę, to ogrom. Na Instagramie blisko 400 tysięcy. I ja to naprawdę lubię. Nagrywam, zbieram pomysły, tematy i z ekipą, która mnie wspiera, staramy się to regularnie wypuszczać. Moje życie to jest serial, teatr, film, YouTube jest niejako przy okazji, ale nie może wyglądać jak robiony na kolanie. Skoro biorę za coś odpowiedzialność, to nie mogę ludzi oszukiwać. To sprawa uczciwości zawodowej. Jeśli się do cze- goś bierzesz, musisz wykonać to jak najlepiej. Nie robię chałtury, nigdy nie umiałem, gdy gram swoje występy kabaretowe, to nigdy nie jest to chałtura. Wszyscy wiedzą, że pan Pazura zrobi show, nie ole- je publiczności, nie będzie robił nic na pół gwizdka, żeby wziąć kasę i uciec. Zawsze mam czas na zdjęcia. Na autografy. Czas na spotkanie z widzami. Ludzie wiedzą, że mam coś do powiedzenia i że mam czas i ochotę, by ich zabawić.

Czyli dojrzałeś. W życiu i w pracy. Trudno było porzucić kostium komediowego śmieszka? Z komedii niełatwo przejść do poważnych ról, przekonać widza, że poradzisz sobie w dramatycznej historii z jej napięciem, wzruszeniami, zadumą.

 

Sądziłem kiedyś, że moje aktorskie wcielenia to jest bilet w jedną stronę, że mnie się w ogóle nie powiedzie próba wyjścia z tej szu- fladki. To postawa i droga twórcza Janusza Gajosa uświadomiły mi, że warto z tej szuflady się wydostać. Musi upłynąć jednak czas, człowiek się musi zmienić fizycznie, widzowie muszą zapomnieć. Wtedy masz szansę pojawić się na nowo. Najpierw spróbował Maciej Dejczer, obsadzając mnie w „Oficerach”, i dużo mu zawdzięczam. Dzięki niemu ludzie zobaczyli mnie z innej strony. Ale to rola w „Ślepnąc od świateł” była nowym kierunkiem. Potem „Żmijowisko”. Teraz mam okazję grać z Magdaleną Różczką i Anną Dereszowską w serialu „Tajemnica zawodowa”, od 17 lutego na antenie TVN. To niezwykle ciekawy projekt, bez wątpienia z gatunku poważnych. Wciągająca opowieść. Ciekawy jestem, jak będzie rezonować. Dzisiaj nikt nie ma już wątpliwości, czy dam radę zagrać dramatycznie, a nie tylko komediowo. Nikt nie wątpi, czy publiczność w to uwierzy, czy to kupi. Wiadomo już, że nie tylko jestem zabawny, lecz także potrafię na poważnie. Po prostu wiem, że mogę zagrać wszystko. Tyle że ja wciąż lubię wygłupy, więc gram żarty, bo dzięki temu się nie starzeję. Wiem to od dziecka.

Koterski, co zaznaczyłeś w rozmowie, w filmie „Siedem uczuć” podkreśla, że z dzieciństwa po latach pamiętamy tylko kilka minut, tyle właśnie jest w nas wspomnień, i to te kilka minut zaledwie determinuje to, kim jesteśmy całe życie. choć to promil naszych wszystkich doznań. Jak potrafią być one silne, determinujące, skoro właśnie je zapamiętaliśmy?

Nie zajmuję się już tym rozpamiętywaniem. Idę dalej. I to mówię moim dzieciom: chciej wiedzieć, otwórz się. Idź dalej. Miej ciekawość. Wciąż jednak pamiętam swoje okno w pokoju, w bloku numer 19, skąd widziałem kominy fabryczne zakładu Predom-Prespol w Niewiadowie. Pytałem siebie, czy ja zawsze będę na te kominy patrzył? Czy pojadę kiedyś do dużego miasta, do Łodzi czy do Warszawy, i tam będę się realizował? Czy będę pracował w teatrze, wkładał te różne kostiumy, słyszał brawa publiczności? To mi się marzyło za sprawą ojca, który amatorsko grywał w teatrze. Do prawdziwego teatru pierwszy raz pojechałem dopiero wtedy, kiedy miałem osiemnaście lat, na takie zimowisko artystyczne z młodzieżowego ośrodka kultury z Tomaszowa Mazowieckiego. Codziennie byliśmy w jakimś teatrze w Warszawie. Widziałem spektakle Szajny, widziałem „Dantego”, „Krawców” z Czechowiczem i z Englertem młodziusieńkim, widziałem „Lot nad kukułczym gniazdem” z Wilhelmim. Wszystkie największe spektakle. W ciągu dwóch tygodni zobaczyłem ich czternaście. Z największymi tuzami teatru. „Bal manekinów” w Ateneum zrobił na mnie totalne wrażenie. W spektaklu była scena, w której manekiny piły szampana, ktoś się zakrztusił potwornie, publiczność się zgotowała, a to prawdziwego szampana polali artystom. Po spektaklu odważyłem się pójść do garderoby po autografy, okazało się, że to Mariana Kociniaka urodziny były. Stąd ten prawdziwy szampan zaskakująco w kieliszkach na scenie. Henryk Talar grał takiego komunistę, epizod niby, ale tak bardzo mi się podobał w tym spektaklu, że brawo biłem na stojąco. Poznałem wtedy Leonarda Pietraszaka, Krystynę Jandę, widziałem ich na żywo, mogłem ich dotknąć. Kolega, z którym byłem, wygadał się Henrykowi Talarowi o moich aktorskich planach. A ten wielki aktor, którym się zachwyciłem, kiedy usłyszał, że marzy mi się aktorstwo, życzył mi, abym dyrektorem teatru został. Na co wszyscy gruchnęli śmiechem. Nie wiedziałem wtedy, że to jest przekleństwo. Mieli polewkę z nas, dzieciaków z małej miejscowości, ale potraktowali nas serdecznie. Pozwolili nam wejść do swojego świata, dali nam pączki. Szampana nie dali, może mieli za mało. Zobaczyłem, jak fantastyczni to ludzie, serdeczni, otwarci, godni podziwu nie tylko na ekranie, lecz także w życiu.

Też tak miałem z Czarkiem.