Tym razem nie jest tak, jak pisał Stefan Kisielewski, że jesteśmy w dupie i już się w niej zaczęliśmy urządzać. Pandemia trwa już ponad pół roku, końca nie widać, a wokół dzieją się takie rzeczy, że przyzwyczaić się nie idzie. Izolacja, jak widać wyraźnie po zajętych terminach u psychiatrów i psychologów, nie leży w naturze człowieka.

Przez pierwsze tygodnie narzekaliśmy na brak spotkań z rodziną, przyjaciółmi i sportem. Oburzały nas zamknięte lasy, zakazy spacerów, wojna o maseczki. Wielu z nas musiało szybko nauczyć się dziesiątek nowych umiejętności. Calle, wideokonferencje, praca zdalna. Staraliśmy się to jakoś oswoić, obśmiać. Umawialiśmy się na imprezy na Skypie, alko-zdzwonki i tak dalej. Krążył żart, że co dwa dni idziemy do sklepu po… tygodniowy zapas alkoholu. Było co zapijać. Lęki przed nieznaną chorobą, ale też przed nadchodzącym kryzysem. Tarcza tarczą — a zwolnienia i tak były. I w jesień wchodzimy z nieprzyjemnymi myślami, że to był dopiero początek.

Już po kilku tygodniach życia z COVID-em psychiatrzy i psycholodzy zaczęli bić na alarm. Wyraźnie wzrosło zapotrzebowanie na konsultacje. Nawet przez Skype’a. Zaburzenia lękowe pojawiały się nawet u osób dotąd zdrowych. Wzrosło ryzyko zachowań samobójczych. „Teraz najwięcej jest pacjentów z poczuciem ogromnej niepewności związanej z kryzysem. Obecnie lęk przed utratą pracy lub utrata pracy dominują” — mówi psychiatra Paweł Brudkiewicz z Centrum Dobrej Terapii w Krakowie. Już po kilku miesiącach pandemii wiadomo było, że pracę straciło przeszło pół miliona ludzi. Według sondażu CBOS ponad jedna dzie siąta Polaków (11 proc.) deklaruje, że w wyniku pandemii i związanych z nią restrykcji pracę stracił ktoś z ich gospodarstwa domowego. W Stanach Zjednoczonych ta liczba sięgnęła… ponad 40 milionów obywateli. Czym jest praca dla człowieka, jak działa na nasze poczucie wartości i stan emocjonalny – nikomu nie trzeba tłumaczyć. Zatem pandemia zabrała nam poczucie bezpieczeństwa zawodowego, a niektórym — pensje.

il. Alicja Biała

Stało się jednak coś jeszcze. Zarówno lęki o ewentualną możliwość zachorowania, jak i smutki związane z wizją bezrobocia Polacy po prostu zaczęli zapijać. Agencja badawcza Nielsen ogłosiła jeszcze przed wakacjami, że sprzedaż alkoholu w Wielkiej Brytanii wzrosła od początku pandemii o 22 proc., a w USA o 55. Zamknięte sklepy nikomu nie przeszkodziły. Amerykanie kupili online aż o 240 proc. więcej wyrobów spirytusowych. Podobno niektórzy popijający alkohol tłumaczyli, że procenty zabiją wirusa. Hmmm, niestety nie. WHO opracowało dla nich specjalny raport, który podkreślał, że spożywanie jakiegokolwiek trunku na bazie alkoholu jest zagrożeniem dla zdrowia.

Do kryzysów zawodowych i dodatkowych porcji alkoholu doszły relacje w domu. Długotrwała izolacja i niepewność jutra wywołują napięcie i frustrację. Zwykle po raz pierwszy od dawna spędzaliśmy tak dużo czasu w domach, z naszymi bliskimi. I co się okazało? Domownicy poznawali się na nowo. Dodatkowo ci, którzy mają dzieci, przeżyli szok przytłoczenia ich szkolnymi obowiązkami. Nie w każdym domu jest kilka komputerów, więc pojawiły się walki o miejsce pracy, ciszę i spokój. Jeszcze raz musieliśmy podzielić obowiązki domowe. To tak, jakby docierać się na nowo… Ale już bez różowych okularów.

CO DZIEJE SIĘ ZA ZAMKNIĘTYMI DRZWIAMI?

„Każdy, kto nie ma stworzonego świata wewnętrznego i nie czuje się w nim dobrze, zaczyna czuć dyskomfort w izolacji – tłumaczy psycholożka i terapeutka Marlena Kazoń. — Dla związków to czas albo bliskości i odbudowania więzi, albo odrzucenia. Niezałatwione konflikty, pustka, którą stworzyliśmy, oddalając się od siebie, zaczyna nabierać znaczenia, i izolacja w takim rozumieniu jest początkiem końca, związku, relacji, miłości”. Coraz więcej osób ustawia się w kolejce do psychologa. Psychiatrzy wypisują  leki antylękowe, terapeuci ratują rozpadające się związki. „U wielu moich pacjentów nastąpił wzrost stanów lękowych, ale także mamy coraz więcej nadużywania alkoholu. Pojawiają się zdrady. Czasem są objawem ucieczki, ale często pokazują, jak bardzo uzależniliśmy się od adrenaliny, kolorowego spędzania czasu. Nawet od podróży i wrzucania na media społecznościowe zdjęć z coraz ciekawszych miejsc świata” — dodaje terapeutka.

Izolacja to czas, w którym każdy z nas mierzy się ze stratą. Wolności, planów, kontaktów, nierzadko pracy. To jak żałoba. „Każdy z nas, aby uratować siebie w związku, powinien zająć się tymi uczuciami i ich przeżywaniem — doradza Marlena Kazoń. — Jednocześnie ważne, by rozmawiać o tym szczerze także w relacjach z bliskimi, nie zostawać samemu ze swoją bezradnością, smutkiem czy złością na zaistniałą sytuację. Wszystkie przeżywane i uświadamiane przez nas emocje są w porządku i nam służą… Smutek, złość i strach są w tej sytuacji naturalną reakcją na sytuację zagrożenia i niepewności”.

Pytanie, czy znacie wiele osób, które pójdą do kumpla czy koleżanki się wypłakać? Powiedzieć, że się boją przyszłości? Yhyyyyy… Problemem jest to, że duża część społeczeństwa stara się lęku nie odczuwać. Dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Alkohol świetnie w zabijaniu lęku pomaga. „Ale im bardziej się od tych prawdziwych i uzasadnionych uczuć odcinamy, tym bardziej strach rośnie w siłę. Z naturalnego niepokoju staje się potworem spod szafy, sceną z horroru. I boimy się jeszcze bardziej i bardziej” — dodaje terapeutka. I wtedy dopada nas depresja.

Środowisko psychiatryczne przeczuwa wzmożoną falę depresji w wyniku izolacji. Dochodzą przewlekłe obciążenie stresem i poczuciem zagrożenia, utrzymujące się lęki i bezsenność oraz ograniczenie sieci wsparcia społecznego. Trzeba też pamiętać, że alkohol, nasz mały pomocnik w uciszaniu uczuć i wieczorny rozweselacz, ma działanie depresjogenne i lękorodne.

KTO ZATEM DOBRZE RADZI SOBIE Z PANDEMIĄ?

„Ludzie, którzy nie próbują za wszelką cenę się uszczęśliwiać, a wobec koronawirusa przyjmują raczej postawę tragicznego optymizmu — mówi terapeutka i dodaje: »Tragiczny optymizm« to termin stworzony przez Viktora Frankla, wiedeńskiego psychiatrę ocalałego z Holokaustu. To zdolność pielęgnowania nadziei i znajdowania sensu w życiu mimo nieuchronnego bólu, strat i cierpienia. Frankl twierdził, że każdy człowiek poszukuje w życiu sensu, i to daje mu ukojenie. Jeżeli para znajdzie sens w izolacji, w wewnętrznym i zewnętrznym zatrzymaniu, to ich związek się wzmocni, a oni odnajdą sens bycia razem, zacieśnienia więzi” — dodaje Kazoń. 11 marca tego roku usłyszeliśmy, że musimy się zatrzymać. Staliśmy się świadkami nowo tworzącej się historii i obserwatorami tego, jak dalej potoczy się nasze życie.

W kryzysie zasada tragicznego optymizmu może się faktycznie sprawdzić. Spróbujmy zadbać o zdrowie, wzmacniajmy dobre relacje. Nie bójmy się prosić o pomoc, nie zapijajmy strachu. Rozmawiajmy o naszych uczuciach. Nie dajmy się wciągnąć w lawinę złych wiadomości. Może znajdziemy w tym wszystkim jakiś sens.

JAK MOŻEMY SOBIE POMÓC W CZASIE PANDEMII?

  • Nie rezygnuj ze sportu, staraj się ruszać co najmniej trzy razy w tygodniu
  • Ogranicz alkohol – pogłębia każde lęki i stany niepewności
  • Jeśli czujesz, że wpadasz w panikę, tracisz kontrolę – skorzystaj z pomocy psychologa lub psychiatry, nawet online. To przecież lekarze, nie wstydź się ich i nie obawiaj. Pomogą. Nie męcz się z tym sam
  • Jeśli czujesz, że ogarnia cię lęk albo masz podstawy, by odczuwać rozczarowanie – porozmawiaj o tym z bliskimi. Bez zażenowania przyznaj, że ci smutno, że jesteś zawiedziony, że boisz się, co będzie dalej
  • Nie rezygnuj z bliskości – jeśli jesteś w związku, zadbaj o partnera/ partnerkę, ale też o siebie. Dotyk czyni cuda
  • Utrzymuj kontakt z bliskim, pisz, dzwoń, odwiedzaj, podtrzymuj więzi
  • Nie rób teraz szalonych zakupów, bo rynek pracy naprawdę mocno zwalnia, oszczędzaj
  • Nie pozwól, by telewizja i media wpływały na twój nastrój. Nie daj się zalać tragediami ze świata, liczbami zachorowań. Nie daj się zastraszyć