ZOBACZ: 5 powodów, dla których warto mieć letniego ELLE MANA!

Zaskoczę cię na początek cytatem z „Hamleta”: „What do you read, my lord?”

BORYS SZYC: Sporo. Czytam kilka książek naraz, a odkąd doszedł Kindle, mam otwartych kilka pozycji elektronicznych i kilka papierowych. Ostatnio dużo pracowałem, a repertuar czytelniczy zmienia mi się w zależności od tego, nad czym pracuję – jeśli to poważne sprawy, staram się sięgać po coś lżejszego. Idealnie weszła mi książka nieodżałowanej, niestety świętej pamięci już Zuzi Łapickiej, „Dodaj do znajomych”. Niesamowite opowieści z czasów, w których oni żyli, szaleństwa i barwności tego życia. Wspomina tam często dzienniki Andrzeja Łapickiego, więc płynnie przeszedłem do jego „Dzienników”, są one dla mnie – nie wiem, czy mieliście to w ręku – jakąś metaforą czasów, w których on żył. Dzień po dniu oglądamy oczyma artysty koniec komunizmu, spotykamy Wałęsę, stawiamy pierwsze kroki ku wolności. Łapicki angażował się w politykę, był blisko Kościoła, znał prymasa Glempa, Lecha Wałęsę, był w Sejmie. Do tego świat sztuki... No przeciekawe świadectwo artysty, który jest upaprany polityką. Ta lektura mnie utwierdziła w przekonaniu, że artyści powinni się zawodowo trzymać z daleka od polityki. Obecnie czytam „Nie ma” Mariusza Szczygła. Do tego cały czas wertuję Yuvala Harariego „Homo deus”. Czytam więc różne tytuły w zależności od tego, gdzie jestem. Inne książki mam koło kanapy, co innego mam w sypialni...

W toalecie też?

W kiblu trzymam raczej czasopisma. I plakat z „Zaklętych rewirów”. Pierwsza rzecz, jaką widzisz, kiedy tam wchodzisz. Od razu robi się filmowo. Na drugim plakacie jest hasło „Tu jest tak pięknie, że się chyba obsram”. A, byłbym zapomniał. Do poduszki czytam Michała Szafrańskiego. „Finansowego ninję” oraz „Jak być w zgodzie ze sobą i robić biznes”. Dostałem od autora w prezencie. A najnowsza książka to prezent od Kamila Sipowicza. Jego książka z ilustracjami Olgi, o zwierzątkach, które były ważne w ich życiu. Ale to dopiero zaczynam czytać. Poza tym, codziennie, obowiązkowo czytam na głos Sir Arthura Conana Doyle'a.

Na kilka głosów.

Tak. Na kilka głosów.

To, co zrobiłeś na gali festiwalu Mastercard OFF Camera, to był wybitny aktorski pokaz możliwości lektorskich i... nie wiem, jak to nazwać.

No powiem ci... stworzyliśmy nową jakość.

Ośmiuset widzów siedziało jak zahipnotyzowanych. Niektórym z wrażenia powypadały z rąk telefony.

Zaczęło się od tego, że zdecydowaliśmy się ze Storytelem przeczytać wszystko, co Conan Doyle napisał o przygodach Sherlocka. Dzienniki doktora Watsona to w sumie półtora tysiąca stron. Nie czytałem tego w młodości, jak wszyscy. Kiedy zacząłem, byłem bardzo zaskoczony, jak współczesny jest to tekst. Nie „trąci myszką”. Ta literatura jest bardzo mięsista. Sherlock to niezły hardcore, przyjmuje kokainę, a jak się za bardzo pobudzi, to wali morfinę. Cały czas czymś się stymuluje...

Ma osobistego lekarza, który mu wypisuje recepty.

Lekarz próbuje go jakoś chronić, bo skąd Holmes zdobywa środki odurzające, nie wiadomo. Jest uzależniony, musi być wciąż na wysokich obrotach, coś robić, działać i jeśli nie ma żadnej sprawy, wpada w melancholię. Jest absolutnym dwubiegunowcem. Byliśmy w trakcie pracy nad tym projektem, kiedy Storytel dostał propozycję współpracy przy festiwalu. Impreza dla filmowców, więc postanowiliśmy audiobooka pokazać. Najpierw była sesja i nagrania wideo. W ciągu jednego dnia byłem Sherlockiem, Watsonem, Moriartym i Irene Adler. Potem narodził się projekt strony internetowej, gdzie moja twarz ma różne odsłony zestrojone z różnymi głosami. Można mieć kawałek Watsona i Irenę, albo Sherlocka i Watsona. Wreszcie pomyśleliśmy: zróbmy spektakl. „The Best of Sherlock”.

Przebierałeś się?

Nie było czasu na kostiumy. Przesiadałem się na inny fotel i byłem od razu kimś innym.

Trudniej być aktorem, który gra tylko głosem? Bez pomocy kostiumu, twarzy, gestu.

To jest fajne, bo się uruchamia metafora. Kiedy wszystkim, co dajesz odbiorcy, jest głos, to jemu się uruchamia wyobraźnia. Zaczyna sobie wyobrażać bohatera. Wspomogliśmy się wizerunkami, wyświetlaliśmy na ekranie postać, którą grałem. A kiedy zaczynał się dialog, twarz na ekranie dzieliła się na pół i byłem trochę tym, trochę tamtym. Mówiłem głosem Sherlocka, Watsona... Do tego dodaliśmy efekty dźwiękowe. Zaczynało się megaburzą z „Psa Baskervillów”... Stworzyliśmy scenariusz, bo w ciągu kwadransa musiało dojść do konfrontacji z Irene i Moriartym.

Czyli w kilkanaście minut opowiedzieliście o szaleństwie Moriarty’ego, miłosnym niespełnieniu Sherlocka i tragedii Irene?

Tak. Korzystając z różnych części Sherlocka Holmesa. Dobrze, że to zostało zarejestrowane. Jest na stronie Storytela. To był prawdziwy teatr na pustej podłodze. Jak Łomnicki. Pstryk i jesteś kimś innym. Staruszkiem albo młodą kobietą. Miałem tylko wachlarz, za który Irene się trochę chowała, żeby mojego zarostu nie było widać.

Zaczęliśmy od „Hamleta”, żeby zapytać, kiedy zrozumiałeś, jakie znaczenie ma słowo w twojej pracy, i dlaczego uważasz, że aktor nie powinien mieszać świata sztuki z polityką?

Uważam, że nie powinien swojego zawodu nagle zmieniać na politykę. Ma inną drogę: poprzez sztukę, prowokację. Wtedy to rezonuje. Wielkie utwory Szekspira, „Hamlet” w szczególności, mają to do siebie, że zależnie od czasów dotykają i mówią inaczej. Gram Hamleta już osiem lat i widzę, jak się zmienia odbiór. Zdrada matki albo brat, który zabija brata, żeby przejąć władzę – te wątki nabierały znaczenia w zależności od tego, co się działo w Polsce i na świecie. Grałem setny raz, przestawiłem akcent na inne słowo i nagle otwierały się jakieś nowe drzwi: „O Boże, to jest o tym?!”, myślałem. Ale mam dziś 41 lat i zaczynam się rozjeżdżać z Hamletem, bo nie mam już tych młodzieńczych problemów w życiu. Trudniej mi uwierzyć, że mam jakieś chłopięce problemy z matką... W tej filozoficznej części ten tekst mógłbym mówić do końca życia. To dla aktora oficerski, generalski szlif.

Wcześnie go zdobyłeś.

No to może nie generalski. Może podpułkownika. Generalski to będzie „Król Lear”.

Musisz jeszcze poczekać jakieś 40 lat. Ale swój ślad już odcisnąłeś. Które momenty są dla ciebie ważne?

Dyplomowy „Płatonow”, który ciągnął się za mną latami. Jak to Czechow mówił, Płatonow to prowincjonalny Hamlet, który próbuje sobie jakoś radzić z kobietami i z życiem. Ja się długo z nim utożsamiałem, co było niebezpieczne nawet, bo dotarłem aż do zatracenia. Zatarłem granicę między literaturą a rzeczywistością. Wrócił do mnie dziesięć lat później, gdy pracowaliśmy z Agnieszką Glińską. Zrobiliśmy również razem „Bambini di Praga” i to był też milestone, bo stanąłem pierwszy raz na profesjonalnej scenie, gdzie Łomnicki grał Artura Ui. Pamiętam, że w nocy, po premierze, w trakcie bankietu wyszedłem na tę pustą scenę. Wąchałem deski. Leżałem i płakałem ze szczęścia. Czułem, że złapałem Pana Boga za nogi. Ale od takich chwil ważniejsi są ludzie. Kogoś spotykasz i coś się zaczyna dziać, rozrastać w dobrą stronę. Tak było z Agnieszką Glińską, Xawerym Żuławskim, Maciejem Englertem. Maciej zawsze, kiedy odlatywałem, ściągał mnie na właściwy tor, myślał, co ja mógłbym zagrać, żeby...

Płatonowa z siebie zrzucić.

Tak. I pokazać inny obraz. Jeżeli chodzi o film, to najważniejszym była „Wojna polsko-ruska”. Bardzo teatralna, tam słowo było ważne. Typowo teatralne próby trwały trzy miesiące, zanim złapaliśmy konwencję. Oprócz tego trenowałem, zmieniałem swoje ciało i na końcu nastąpiło symboliczne ogolenie włosów. Takie postrzyżyny. Stałem się kimś innym. Wyglądałem zupełnie inaczej. Przedziwne uczucie. Nie miałem brwi, podcięli mi rzęsy. Zacząłem też inaczej mówić.

Pamiętasz, kiedy po raz pierwszy stanąłeś przed zadaniem, żeby samym głosem zagrać wszystko?

Zaczęło się w czasie studiów, od Polskiego Radia, gdzie studenci mogli sobie dorobić. Superklimat. Byłem wychowany na „Radio dzieciom”, więc kiedy wszedłem do Polskiego Radia i zobaczyłem to cudowne oszustwo, porozsypywany piasek, pełno starych dziwnych rekwizytów, które zawsze coś udawały, ktoś deptał, przechodził, otwierał drzwi. Były prawdziwe drzwi do skrzypienia w specjalnej ramie. Nadal się robi tak te słuchowiska, aktorzy w wielkiej sali, wszyscy razem. Uwielbiam słuchowiska Krzysia Czeczota.

Widziałem nagrywanie Biblii, odsłuchałem jego „Krzyżaków” i „Kamerdynera”.

Posłuchaj „Karaluchów” Jo Nesbø z serii o detektywie Harrym Hole. Czeczot z Mazolewskim polecieli do Tajlandii nagrywać dźwięki prawdziwej ulicy Bangkoku. Do tego Mazolewski napisał muzę i wyszło obłędnie. Natalia Przybysz śpiewała piosenkę i robiła wokalizy. Lubię to przenikanie się sztuk. Tak samo jak ze Storytelem, niby robimy audiobooka, a nagle wychodzisz na scenę i dzieje się teatr. Udowadniasz, że żadnego głosu nie generuje sztuczna inteligencja, tylko robię to ja. Muszę się nieźle napocić, namęczyć, żeby to się zdarzyło. Zainteresowały mnie podcasty. Kupiłem sprzęt, bo moja Justyna też nagrywa. Z Kaśką Lengren nagrywają dla Onetu rozmowy na temat dzieciństwa, macierzyństwa itd. Super się tego słucha. No i mam plany, żeby samemu coś nagrywać. Sprzęt kupiłem, żeby nawet do domu kogoś zaprosić i nagrywać rozmowy.

Traktujesz to jako wyzwanie? Bo kiedy wziąłeś się za Instagrama, to w czasie gali Oscarów wygrałeś internety.

Kręciłem od dziecka. Ileż kaset wideo nagraliśmy z moim przyjacielem Marcinem Rybakiem! Setki. Myśmy non stop coś nagrywali. Mam taki film z liceum, kiedy się wcielam w siedem różnych postaci, a on robi ze mną wywiady. Podczas studniówki, a nasza dyrektor nazywała się Falak, wręczaliśmy FalOscary, zatem te hollywoodzkie to nie były moje pierwsze Oscary. Ale przez moment rzeczywiście zwariowałem. Wróciłem do tego liceum. Nie wszystkich ludzi, których kochasz na ekranie, zaskakująco, nagle możesz mieć obok. Tu i teraz. Już. Kiedy widzisz, że ogląda cię sto tysięcy ludzi, to się nakręcasz. Totalnie. Nie kalkulujesz. Pomyślałem: co się dzieje!? Skoro mam wszystkie gwiazdy kina tuż obok, na wyciągnięcie smartfona, to moim widzom należy się materiał. Dobry. Szczery. Rozdzielili nas z ekipą. Paweł pojechał z Małgosią, producenci pojechali także osobno, Tomek Kot, Asia Kulig. Każdy miał swój samochód, wielką limuzynę, swojego kierowcę. Na wyłączność. Na cały wieczór, no to wsiadam, jadę, ale wysiadam już na innej planecie... i nie widzę znajomych. Nie wiem, o co chodzi. Wszystko jest tak nierealne... Błądzę. Próbuję szukać. No i wszedłem w ścieżkę tego czerwonego dywanu, kręcę się, jest kilku fotografów, ale nagle widzę, że obok mnie, za takim małym murkiem jest drugi taki sam czerwony dywan i tamtędy idzie Rami Malek, a dookoła już setki fotografów. Jestem w połowie drogi i orientuję się, że to dywan dla gości, a tam obok są nominowani. No więc zawracam, zatrzymują mnie oczywiście, że to tylko dla nominowanych, a ja wtedy wyciągam zaproszenie: i co, pytam się, i co teraz powiecie? A oni mówią: proszę, proszę. Idę, fotografowie szaleją, ale to nie mnie fotografują. No i w końcu wchodzę za taką kotarkę i widzę kogoś tuż za mną. Patrzę, a to Lady Gaga. Czeka, żeby wejść na kropki, którymi pozaznaczano, gdzie się zatrzymujesz, by brylować na ściankach. Czuję, że to ważny moment, że trzeba coś powiedzieć, a ja... słowa nie umiem wydusić! Jedyne, co mi przyszło do głowy, to „ladies first”. Potem już z uśmiechem szaleńca, z rozdziawioną gębą ruszam za nią i wszystko kręcę... Staram się cały czas urealnić to sobie jakoś w głowie, ale to jest bardzo trudne.

To kwestia oswojenia. Raz, drugi, piąty i przywykniesz...

Tak, na pewno! Ale to była esencja. Oscary. Najwięksi wokół ciebie i ty tam jesteś! W samym środku.

Czasy „stój w kącie, a znajdą cię” dawno minęły. W show- -biznesie to, co potrafisz, umiesz jeszcze przełożyć na pewien rodzaj narracji, zaczyna mieć lepszy wymiar.

Jestem przekonany, że niektóre z instagramowych opowieści awansują kiedyś do rangi wideoartu.

Traktujesz to jako pracę? Aktorski trening, zaspokojenie próżności, zabawę?

To jest sposób dzielenia się drobnym fragmentem życia. Bo tak naprawdę nie przebywam dużo z ludźmi. Jestem raczej typem samotnika. Ale kiedy mam jakieś emocje, kiedy dzieje się coś ciekawego, chcę to pokazać . A emocjami, radością muszę się dzielić, gdy mam ich za dużo.

To dlatego zabierasz dzieci w podróż?

Dzieci bierzemy, żeby spędzać z nimi czas i pokazywać im świat. Zawsze najpierw je pytamy o marzenia. Jednym była na przykład Grecja, kiedyś Toskania, chciały być na festiwalu u „Grzecha” Piotrowskiego. Siedziały w pięknym ogrodzie i słuchały międzynarodowego improwizowanego jazzu. Niby przysypiały, ale chciały tam być. Nie do końca rozumiały, ale czuły, że nie można zasnąć, że to coś, że to jest wow! Spełniło się ich marzenie. Ja tak nie miałem. Pierwszy raz leciałem samolotem, kiedy byłem na studiach. Na wymianę ze szkołą w Kalabrii. Sonia, moja córka, i dziewczynki Justyny mają teraz dostęp do wszystkiego. Pierwszy raz za granicą byłem w Niemczech. Kuszetką. To był wyjazd do Monachium, gdzie mieszkała ciotka. Największa wyprawa mojego dzieciństwa. Zarabiałem na stacji, dolewając paliwo za jakieś 5 marek. I na koniec dnia pozwalali mi sobie wybrać loda z rozsuwanej lady.

Myślisz, że to był lepszy czas na dojrzewanie niż dzieciństwo, jakie mają nasze dzieci?

Wydaje mi się, że nasze dzieci cierpią na klęskę urodzaju. Wszystko jest dostępne na jeden ruch kciuka, wszystko możesz zobaczyć. Ale to nie jest to samo co doświadczyć, przeżyć.

Na nic nie czekasz, nic cię nie kręci i nie cieszy.

Możesz sięgnąć po łatwe rzeczy, a na przykład czytanie nie jest łatwą sprawą, wymaga czasu. Widzę to po mojej córce, która od dziecka czytała, bardzo dużo, ale od kiedy sięgnęła po smartfona, muszę jej pilnować. Jeszcze mogę to robić, bo ma 14 lat, ale wkrótce przestanie mnie słuchać. Ale ja nie przestanę się od niej uczyć.

Czego wartościowego można nauczyć się od dziecka?

Bezinteresowności... Radości życia... Szczerości. A to są wartości, które są mi potrzebne w pracy. Gdybym stracił radość z grania, to musiałbym robić co innego, bo tego nie dałoby się niczym zastąpić. Aktor, który się męczy albo wstydzi, a są tacy, powinien zmienić zawód. Po co się męczyć? Przecież aktorstwo nie jest zajęciem całkiem serio. Na szczęście jednak dotykamy i poważnych spraw, a pomaga nam w tym dobra literatura. Wypowiadamy dzięki niej ważne słowa.

I nadchodzi w życiu aktora taki moment, że na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni masz pięć ważnych obrazów. Przeżywasz apogeum.

Tak było. Ale nie zapominajmy, że za te pięć ważnych filmów musiałem zapłacić cenę. Od dziecka czułem, że sztuka to najlepszy sposób wyrażania siebie, ale nie znałem niebezpieczeństw. Zapłaciłem cenę i teraz jestem jej świadomy. Wiesz, dlaczego odważyłem się mówić o alkoholizmie? Zrozumiałem, że ja nie jestem AA, jestem ZA. Nie jestem anonimowym alkoholikiem, jestem alkoholikiem znanym. Że nie ucieknę przed tym, więc muszę stawić potworowi czoła. Ludzie pytali, a ja odpowiadałem. I wiem, że od tej pory w ośrodku, który mi pomógł, są tłumy. Że się ludzie dzięki mojej historii przestali wstydzić swojej własnej walki.

Kiedy to się zaczyna? Czy jeśli pijemy wieczorami, Grzegorz potrzebuje alkoholu do pisania, to mamy już ten problem, czy jeszcze nad tym panujemy?

Jeśli podejrzewasz, że masz z tym problem, to na pewno go masz. Ale to nie jest wyrok. Ja dałem radę.

A Piłsudski? Też miał ten problem? Zagrałeś go w filmie Michała Rosy, wiesz o marszałku wszystko.

Nie ma w źródłach o tym, żeby miał problem alkoholowy, aczkolwiek niewątpliwie miał problem z ego. Opowieść w filmie zaczynamy od jego brawurowej ucieczki ze szpitala psychiatrycznego w Petersburgu. Są okoliczności, które wskazują, że miał pewne skrzywienia, na przykład trudność w znalezieniu przyjaciół. Miał stałych przeciwników politycznych, ale przyjaciele zmieniali się w zależności od aktualnego celu, o jaki walczył. Z kobietami jest inaczej, to są w jego życiu trwałe relacje. Ale kiedy zmieniały się cele, zmieniały się przyjaźnie. Był uzależniony od walki. Kiedy nie miał przed sobą celu, czuł się źle. No i potrafił rzucić się na niewiadomą. Iść w kompletną ciemność. Kto by mu uwierzył, że doprowadzi do odzyskania niepodległości? A on wykorzystał każdą sposobność. Szpiegował dla Japończyków, brał kasę od Austriaków, kiedy napadał na pociąg w Bezdanach i bomba nie wybuchła, udawał, że ją odpali, jeśli mu nie dadzą forsy, i Rosjanie spękali.

Kiedyś obudziłem się na Starówce, słyszę jakiś hałas za oknem, wyglądam... a tu Piłsudski jedzie. Nigdy bym się nie domyślił, że to ty.

Bo to była niesamowita metamorfoza. Kiedy po charakteryzacji, w kostiumie widziałem siebie w lustrze, sam nie potrafiłem w to uwierzyć. A kiedy pokazano nam pierwsze nagrane sceny, to zobaczyłem zupełnie nowego siebie. Nowego człowieka, nowego Borysa. Szyca. A przecież nie jestem już debiutantem.

„Piłsudski” we wrześniu wchodzi na ekrany kin. A ty pracujesz właśnie na planie serialu „Król” na podstawie powieści Szczepana Twardocha. Grasz Radziwiłka i podobno idziesz po bandzie.

Bo ten bohater to czyste szaleństwo. Wymyślenie tej postaci było niezłym wyzwaniem, przygodą. Ja lubię bardzo cały ten etap wymyślania postaci, te wszystkie próby, konstruowanie sfery wizualnej, decyzje, jak on ma wyglądać, czy ma wciąż chodzić w mundurze strzeleckim, czy jednak to ma się zmieniać? Jakie ma nosić okulary, jak ma się poruszać? Sam Szczepan też zagra, szefa sali. I traktuje- my go tak jak kelnera. Arek Jakubik jako Kum Kaplica jest genialny. Nie powiem, lubię, kiedy to wszystko się dzieje i w takim towarzystwie. Aktorstwo to rodzaj uzależnienia. To jest uzależnienie od adrenaliny. Kiedy nic się nie dzieje, to mam wrażenie, że jestem chory. Albo może się starzeję? Kiedy nie gram, szukam wrażeń w podróży. Co roku wybieramy miejsce, w którym jeszcze nie byliśmy. Bali, Tajlandia, Sri Lanka. Szczególnie pamiętam Gili Trawangan. Tam zanurkowałem pierwszy raz w życiu. Bez żadnego kursu, jakiegokolwiek przygotowania. W aucie mi powiedzieli: masz tu piankę, butlę zakładaj... Nigdy, w całym życiu nie byłem tak zesrany. Nic z tego nie pamiętam. Nie wiem, jak się znalazłem pod wodą. Tak mi ciśnienie poszło. Pierwsze zejście? Nic nie pamiętam. Dmuchałem powietrze i wodę dwa razy szybciej. Nawet teraz, kiedy o tym mówię, zobacz, mam mokre ręce. A to były dwa zejścia. Miałem przy sobie cały czas dziewczynę, która sprawdzała, czy jest ze mną OK. Jakoś mnie przez to przeprowadziła. No i jakoś przeżyłem. Pięćdziesiąt trudnych minut. Justyna jest nurkiem od dziecka, mówi, że nie widziała mnie nigdy tak nieobecnego. Miałem tę panikę wypisaną na twarzy.

O właśnie. Na twarzy zrobimy ci napisy. Tatuaże. Jakie słowa chciałbyś mieć? Jakie są dla ciebie ważne?

Miłość, prawda, wyobraźnia, wrażliwość, przyjaźń, słowo, chaos, porządek, ogień i woda.

CZYTAJ TEŻ: Premiera wakacyjnego ELLE MANA w obiektywnie najnowszego Huawei P30 lite [GALERIA]

---------

Borys Szyc czyta Sherlocka Holmesa na Storytel. W aplikacji dostępne są już trzy audiobooki: "Studium w Szkarłacie", "Znak Czterech" i najnowsza część opowiadań o słynnym detektywie "Przygody Sherlocka Holmesa". Kolejne premiery wkrótce. Chcesz wypróbować dostęp do aplikacji? Kliknij w link i korzystaj ze Storytel aż przez 30 dni za darmo: www.storytel.pl/sherlockholmes.