Degustibus non disputandum est

Historia jednak pokazała, że to, co szczególnie nas szokuje dziś, za kilka lat zupełnie traci na znaczeniu. Spójrzmy bowiem na model E65, czyli słynną Serię 7 zaprojektowaną przez Amerykanina Chrisa Bangla, nad którą znęcali się nie tylko puryści i zagorzali fani BMW, ale i chyba dziennikarze ze wszystkich krajów świata z wyspami na Pacyfiku włącznie, wieszcząc koniec klasycznych limuzyn. I co? I nic… zupełnie nic! Auto pięknie się starzeje i zupełnie dziś nie szokuje, a znam takich, którzy mówią o nim, że jest ładne i rozpatrują „Siódemkę” w kategoriach ciekawego Youngtimera.

Drugi przykład to Seria 5 o kodzie fabrycznym E60 z lat 2003 – 2010, która również wyszła spod ołówka pana Bangla. Mówiło się, że to zamach na kultowy model, że nikt tego nie kupi. I co? Okazało się, że nie tylko kupi, ale model stał się z czasem jednym z najbardziej poszukiwanym przez Polaków na rynku wtórnym, a dobre egzemplarze sprzedawane są „na pniu”. Znana łacińska sentencja głosi, że o gustach się nie dyskutuje, dlatego również ja kończę swoje rozważania na temat urody nowych BMW. Chociaż nie, jako autor pozwolę sobie powiedzieć, że nowa seria 4 Coupe wygląda o niebo lepiej niż na zdjęciach i w rzeczywistym świecie prezentuje się świetnie!

Nowa Seria 4 znów jest klasycznym Coupe. Auto bardzo przypomina większą i obłędnie piękną Serię 8 i muszę przyznać, że linia nadwozia jest niezwykle ponętna i rasowa. Świetne proporcje nadwozia z długim przodem, nisko opadającą linią dachu i krótkim tyłem doskonale nawiązuje do klasycznych konstrukcji bawarskiego producenta. Bardzo podobają mi się mocne boczne przetłoczenia, które dodają sylwetce charakteru, ale i lekkości. Na pierwszy plan wysuwają się naturalnie monstrualne wloty powietrza zwane „Nerkami”, ale przetłoczenia zderzaka i wąskie, przyciemnione reflektory tworzą spójny obraz. Jedynie miejsce na tablicę rejestracyjną nieco zaburza rysunek przodu. Zupełnie za to nie mam uwag do tylnej części nowej „Czwórki”. Z tej perspektywy samochód wygląda zgrabnie i seksownie. I właśnie z tej strony najczęściej będziemy oglądać nowe modele BMW, bo hasło „Radość z Jazdy” ma w przypadku nowego modelu bardzo wyraźne echo.

Klasyczne coupe, klasyczny napęd

Testowany prze ze mnie egzemplarz to BMW 430i, czyli samochód pod którego maską pracuje dwulitrowy, czterocylindrowy, benzynowy motor o mocy 258 KM, współpracujący ze sportową 8-biegową automatyczną skrzynią biegów. Auto wyposażone było w pakiet M Sport, w którego skład wchodzą ozdobne listwy M i pakiet aerodynamiczny, ale także i to chyba najważniejsze sportowe zawieszenie i hamulce. Największą niespodzianką i to zdecydowanie na plus w moim egzemplarzu był klasyczny napęd na tylną oś. Nie żebym nie lubił napędu xDrive. Uważam nawet, że to świetny wynalazek pozwalający na bardzo wydajną jazdę, szczególnie w trudnych warunkach pogodowych i sprawdzający się nie tylko w SUV-ach (wg nomenklatury BMW SAV-ach), ale i w klasycznych modelach. Klasyczny tylny napęd to jednak kwintesencja bawarskiego stylu i magia, za którą świat pokochał samochody z biało-niebieskim logo na masce.

BMW 430i jedzie jak przyklejone do asfaltu, ale właśnie dzięki pędzonym tylnym kołom zachowuje swój ekskluzywny, unikalny pierwiastek, którego próżno szukać u innych producentów. Ten moment, kiedy składasz się w kolejny zakręt, a tył ustawia się tak, byś mógł to zrobić szybciej i szybciej, to znak rozpoznawczy BMW. Zabawa jest przednia i nie masz ochoty jej kończyć. Zaczynasz zachowywać się jak mały chłopiec, który wołany do domu krzyczy: „Ale mamo, jeszcze chwilę!” i dalej bawisz się w najlepsze zapominając o świecie. Wierzcie mi, że to były piękne 4 dni, wykorzystane przeze mnie do ostatniej minuty.

Oczywiście, układ kierowniczy nie jest tak precyzyjny i bezpośredni jak w M2 Coupe, a zawieszenie nie tak ostre, ale „Mała Bawarka” to zupełnie inna liga i po prostu torowe zwierzę. 430i jest dojrzalsze, bardziej przewidywalne. Część z was pamięta zapewne bajkę „Przygody Kota Filemona”. Młody kot Filemon jest szalony, niesforny i wszędzie go pełno to M2. Starszy Bonifacy (430i), jest dojrzały i wygodny, ale jeśli trzeba potrafi skutecznie zapolować na mysz. I ta spokojna natura ujawnia się szczególnie, gdy podróżujemy autostradą. Wtedy bliżej mu do Serii 5, czy nawet 8, która przecież przypomina z wyglądu. Pozostaje bardzo stabilne i łatwe do opanowania nawet przy wysokich prędkościach i bliżej mu wtedy do Gran Turismo. Chociaż nie, BMW 430i to jest prawdziwe Gran Turismo. Bez problemu mieści w kabinie 4 dorosłe osoby, choć te zajmujące tylną kanapę powinny być filigranowej postury, i ich bagaże, bo bagażnik jest słusznych rozmiarów i wasze partnerki nie będą narzekać, że kupiliście samochód, do którego nie mieszczą się kapelusze. Tylko z dziennikarskiego obowiązku napiszę, że producent podaje, iż testowana „Czwórka” przyspiesza do 100 km/h w 5,8 sekundy, a jego prędkość maksymalna to 250 km/h. Parametry te zapewniają pełną swobodę podczas manewrów wyprzedzania, a zapas mocy wystarczy, by czuć się pewnie na drodze. Dla tych jednak, którym moc 258 KM wydaje się niewystarczająca, bawarski producent oferuje wersję 440i Coupe o mocy 374 KM, przyspieszające do 100 km/h w 4,5 sekundy, ale auto wyposażone jest seryjnie w napęd xDrive, więc nici z kręcenia bączków na placu targowym w Sokołowie Podlaskim.

Zagrożony gatunek

Wnętrze nowej 430i jest kompletne i bardzo ergonomiczne. Chyba najbardziej pasuje do niego określenie „szyte na miarę”. Nie znajdziemy tu zbędnych przestrzeni, tak trudnych do ogrzania podczas napadów zimy. Miejsca jest dokładnie tyle ile potrzeba, by było wygodnie i komfortowo. Świetnie gra system audio Harman Kardon, ale wciąż dopracowania wymaga sterowanie gestami. Nie zawsze czujnik reagował na moje gesty i udawał, że nie widzi zawsze, gdy chciałem zaprezentować komuś działanie tego praktycznego gadżetu.

Ogólny obraz nowego BMW 430i Coupe jest bardzo pozytywny. Samochód jest charakterystyczny i rzuca się w oczy nie tylko ze względu na kontrowersyjny przód, ale to po prostu ładne i niezwykle atrakcyjne coupe, gatunek wymierający, wypierany przez coraz bardziej rozpychające się na ulicach SUV-y. I choć wielu będzie nazywać go „Bobrem”, ja uważam, że to dobrze, bo Bóbr to bardzo pożyteczne i sympatyczne zwierzątko, które budując żeremia zatrzymuje wodę w środowisku i choćby dlatego szczególnie zasługuje na ochronę.