„Bawarka” w klasie hothatchy? Tak, to możliwe, bowiem najnowsza Seria 1 BMW wyposażona jest w przedni napęd. Puryści oczywiście już ogłosili kolejny koniec świata, że to profanacja i że to nie przystoi, że padł ostatni bastion i generalnie to nie będzie już niczego. A jednak BMW 128ti powstało i narobiło niezłego zamieszania w wadze ciężkiej klasy Kompakt. Uderzenie jest mocne i precyzyjne, a doświadczony zespół konstruktorów wie co robi. A co oznacza „ti”? To skrót od Turismo Internazionale. To właśnie tak BMW oznaczało swoje podrasowane wersje modeli 1600 i 2002, gdy jeszcze nikt nawet nie myślał o słynnym znaczku „M”.

Z zewnątrz BMW 128ti przyciąga wzrok czerwonymi akcentami kontrastującymi z białym lakierem nadwozia. Lotki przedniego zderzaka, listwy progowe i czerwone zaciski hamulcowe nadają sylwetce bojowego charakteru, a dopełnieniem całości są czarny grill i przyciemniane reflektory przednie. Znakiem rozpoznawczym z tyłu są wydatny dyfuzor zderzaka oraz dwie końcówki układu wydechowego. Co ciekawe, ta z lewej strony pierwotnie pozostaje zamknięta i otwiera się dopiero po przełączeniu silnika w tryb SPORT.

Wewnątrz indywidualnych akcentów jest nieco więcej, wszystkie naturalnie w kolorze czerwonym. Czarne, sportowe fotele (celowo piszę sportowe, a nie kubełkowe, ponieważ mają w sobie mnóstwo komfortu), poprzeszywane są czerwoną nitką, a śodkowa część siedziska i oparcia wykonana została z materiału z czerwonymi blokami. Deska rozdzielcza i boczki drzwi także otrzymały odpowiednią ilość czerwonej nitki, a podłokietnik otrzymał własne logo „ti”. Bardzo podoba mi się subtelne i niezwykle eleganckie podświetlenie listew, jakże by inaczej, również w kolorze czerwonym. Poza wszystkimi dodatkami upiększającymi BMW 128 jest normalnym, w pełni funkcjonalnym hatchbackiem, z całkiem sporym bagażnikiem i wygodną kabiną. Po moim ostatnim teście Forda Pumy ST ogromnie bałem się przednich foteli w tym małym sportowcu. Producenci często przesadzają z wyczynowym charakterem swoich podrasowanych modeli, które przecież 98 procent czasu spędzają w przestrzeni miejskiej prężąc muskuły i strasząc w korku potencjalnych przeciwników w wyścigach spod świateł. Na szczęście pragmatyczni Niemcy zadbali to to, żeby fotele kierowcy i pasażera były świetnie wyprofilowane, dobrze trzymały tułów w zakrętach, ale pozwalały też odprężyć się podczas jazdy, niekoniecznie autostradą. Boczki siedzisk są więc normalnych rozmiarów, miękko wyściełane i nie wbijają się w uda. 

Samochody spod znaku wirującego śmigła od początku swojego istnienia ucieleśniały sportowego ducha i radość z jazdy. Nie inaczej jest w przypadku testowanego przeze mnie BMW 128ti. Co prawda pod jego maską nie bije już rzędowa „sześciocylindrówka”, a jedynie doładowany 4-cylindrowy silnik benzynowy, jednak generuje on moc 265 KM, czyli całkiem wystarczającą, by nazwać to małe BMW hothatchem. Moc pojawia się już od najniższych obrotów i rozwijana jest równomiernie, dopóki wskazówka obrotomierza nie osiągnie czerwonego pola. Auto pierwsze 100 km/h osiąga w 6,1 sekundy, a prędkość maksymalna została ustalona na 250 km/h.

Jak się jeździ przednionapędowym BMW? Powiem szczerze, że pierwsze wrażenia są dość ciekawe, bo widząc biało-niebiskie logo na kierownicy, instynktownie ustawiałem się w fotelu oczekując przyjemnego uślizgu tylnej osi, ale nic takiego nie następowało. W każdym zakręcie to przód wgryzał się w nawierzchnię i za sprawą mechanizmu różnicowego Torsen ze „szperą” dokręcał się jeszcze do środka łuku. Łatwość pokonywania kolejnych „winkli” powoduje, że kierowca zaczyna tracić czujność, a to może się okazać zgubne w skutkach. Dlaczego? To proste, BMW 128ti ma przecież napęd na przód i pół biedy, gdy jedziemy po suchym asfalcie. Gorzej, jeśli pojawi się na nim odrobina piasku lub wilgoci. Wtedy przód potrafi się pięknie odkleić i pojawia się podsterowność, która wyrzuca nas z zakrętu. Na usprawiedliwienie dodam tylko, że ta cecha jest przypadłością wszystkich samochodów przednionapędowych, a poza tym trzeba już konkretnie przegiąć z prędkością, by w tym bawarskim hotchatchu ta podsterowność w ogóle się pojawiła.

Zastanawiałem się długo, jak sklasyfikować BMW 128ti, bo z jednej strony jego silnik rozwija 265 KM mocy i 400 Nm momentu obrotowego, co jest niezłym wynikiem, z drugiej strony konkurencja robi już ostrzejsze wersje swoich hatchbacków. Z pozoru mogłoby się wydawać, że inżynierowie podeszli do tematu zbyt zachowawczo, jakby chcąc wybadać teren i sprawdzić, czy klientom spodoba się ten kierunek. Muszę jednak powiedzieć, że po zrobieniu prawie 1000 kilometrów wciąż chciałem nim jeździć. Okazuje się bowiem, że ten samochód jest fantastycznym, wystarczająco dynamicznym i komfortowym „daily”, którym pobawicie się na torze, będziecie mieli frajdę na wąskich drogach, ale też nie zmęczycie się stojąc w korku, czy jadąc spokojnie autostradą. Zatem jeśli lubisz emocje, ale nie chcesz dojeżdżać do pracy rollercoasterem, BMW 128ti z pewnością będzie dobrym wyborem.