Jan Wiewiór: Bartku, udowadniasz, że niemożliwe jest możliwe

Bartosz Ostałowski: Rzeczywiście coś w tym jest. Gdy zaczynałem, kiedy ta pasja do motorsportu popchnęła mnie z powrotem po wypadku za kierownicę, wiele osób twierdziło, że zwyczajnie nie mam szans, że porywam się z motyką na księżyc i powinienem sobie odpuścić. Włożyłem mnóstwo wysiłku w to, by przyzwyczaić swój organizm do prowadzenia stopą, a później tak dopasować auto, żebym mógł jeździć na poziomie profesjonalnym. Nigdy wcześniej nie przyznano licencji FIA kierowcy bez rąk - a mi się to udało.

Słowo "ograniczenie" zatem nie występuje w twoim słowniku? Jak się chce to zawsze znajdzie się sposób.

Staram się to łamać, staram się zaprzeczać stereotypom mówiącym o tym, że ograniczenia fizyczne utrudniają, a wręcz uniemożliwiają drogę do osiągnięcia celu i marzeń. Chcę prowadzić swoje życie tak, by to o co walczę od lat się spełniało i żebym mógł stawać się tylko lepszym kierowcą. Tak naprawdę drifting jest jednym z niewielu sportów, w którym nie ma klasy dla niepełnosprawnych. Jedynymi opcjami były walka z pełnosprawnymi kierowcami, lub rezygnacja z jakiejkolwiek jazdy. Wobec tego walczymy. Aby osiągnąć to samo, co inni zawodnicy, muszę włożyć dużo więcej pracy.

Czy mimo ograniczeń fizycznych uważasz, że osiągnąłeś szczęście?

Na pewno tak. Mam wielką pasję do motorsportu, a także sztukę, która zawsze była mi bliska. Jestem artystą, maluję obrazy stopą - jak tu się nie cieszyć!

Od małego wiedziałeś, że w przyszłości chcesz być związany z motorsportem i sztuką?

Tak. Oglądanie pierwszych przejazdów rajdowych na żywo przyprawiało mnie o ciarki. Chciałem być jak Hołowczyc albo Colin McRae, więc wszystko co robiłem było po to, bym pewnego dnia zrealizował to marzenie.

Cofnijmy się w czasie do momentu, który całkowicie zmienił twoje życie. Jaka była Twoja pierwsza myśl, gdy obudziłeś się po wypadku?

Niedowierzanie. Byłem w takim szoku, że nie wierzyłem, że to się dzieje naprawdę. Uwierz mi, nie sądziłem, że to jest realne. Miałem nadzieje, że to tylko sen. Z każdą godziną stawało się to coraz bardziej prawdziwe i coraz bardziej przerażające, bo przecież straciłem ręce, które są niezbędne do prowadzenia samochodu. 

A jak później znalazłeś motywację i chęć, by jednak spróbować pójść w ten motorsport? Miałeś obok siebie kogoś, kto Cię szczególnie motywował lub inspirował?

Myślę, że ta pasja była we mnie bardzo silna. Nie dawała mi spokoju. Pamiętam dni, kiedy przeszukiwałem internet w celu znalezienia innych niepełnosprawnych kierowców na świecie i cały czas miałem myśli, że nie chce odchodzić od motoryzacji. Nawet w małym zakresie chciałem być z nią związany, jako członek teamu, jako projektant - cokolwiek. Później małymi kroczkami pojawiały się możliwości. Przede wszystkim, znalazłem kierowcę, który prowadzi stopą. Po pierwsze, chciałem mieć jakikolwiek kontakt z samochodem, mieć możliwość przemieszczania się z punktu A do punktu B, być bardziej niezależnym i po prostu poczuć radość z samej jazdy. Gdy to mi się udało, to zobaczyłem, że wcale nie odstaje od swoich innych kolegów kierowców. Wówczas zaświeciła mi się w głowie lampka, że może wyjdzie z tego coś więcej.

To właśnie te pasje wyciągnęły mnie za uszy po tym wypadku. Rok po nim postanowiłem, że nie chce być biernym i jedynie czekać aż ktoś mi coś zaproponuje albo się mną zaopiekuje. Postanowiłem, że chce zostać kierowcą, na tyle, na ile się da.

Zwątpiłeś kiedykolwiek w sens nauki prowadzenia samochodu stopą?

Nie. Podczas pierwszej próby po wypadku, po pierwszych przejechanych metrach wpadłem po prostu w euforię. Razem z tatą zakupiliśmy auto z automatyczną skrzynią biegów. Jedna noga na kierownicę, druga na pedał gazu i jakoś tak poszło. Nigdy nie dopuściłem do sobie myśli, że może nie wyjść. Oczywiście było trudno - mięśnie były nieprzyzwyczajone, trzeba było wyćwiczyć nogi i stopy pod kątem wytrzymałości. Były ciężkie dni, ale dawałem sobie wówczas trochę czasu na regenerację. Na początku jeździłem z innym kierowcą, który w razie czego mógł mi coś przytrzymać albo włączyć kierunkowskaz. Bardzo szybko oswoiłem się z jazdą na nowo i zacząłem sam dojeżdżać na uczelnię. Nie było innej opcji - jak tylko pojawił się cień szans na jazdę bez użycia rąk, to od razu wiedziałem, że zrobię wszystko, żeby się udało!

Podczas rozstawiania namiotów w alei serwisowej widziałem jak manewrowałeś busem, dużym i długim busem. I muszę przyznać, że wyszło ci to lepiej, niż wielu innym w pełni sprawnym kierowcom!

Prowadzę busa od dwóch, czy trzech lat - odkąd zdałem egzamin na prowadzenie tego typu pojazdu z lawetą. Jest to kolejny przykład, że się da. Drifter startujący w zawodach zawsze musi być przygotowany, by w razie jakiejkolwiek choroby kolegi z zespołu mógł poprowadzić busa. Radzimy sobie tak jak możemy, zmieniamy się za kierownicą, więc tak jak powiedziałeś - daję sobie radę! 

Spośród wszystkich tych dyscyplin dlaczego akurat padło na drifting? 

Dużą zasługę ma firma Inter Cars i Krzysztof Oleksowicz, który widział moje pierwsze kroki, najpierw w rallycrossie, później w wyścigach, w WSMP wygrałem nawet jedną rundę zamykając usta wszystkim krytykom. W tle drifting w Polsce coraz mocniej się rozwijał i obaj stwierdziliśmy, że warto by w tę dyscyplinę wejść i zapukać do tego świata.