Marvel Cinematic Universe to seria filmowa bez precedensu w historii kina. Wystarczy wspomnieć, że franczyza z Jamesem Bondem dostarczyła 24 filmy w przeciągu 53 lat! Disney od 2008 do końca 2019 roku będzie miał na koncie już 23 filmy (5 lipca premierę ma „Spider-Man: Daleko od domu”).

Oczywiście taka częstotliwość wynika z czegoś. Aż siedem filmów Marvela Studios przekroczyło miliard dolarów zysku na całym świecie (łącznie ponad 18 mld dolarów). Oczywistym faktem jest, że najnowszy film „Avengers: Koniec gry” (w kinach od czwartku 25 kwietnia), czyli wielkie zwieńczenie całej franczyzy, bez problemu dobije do tego wyniku. Ba, istnieje szansa, że może nawet pobić box office „Avengers: Wojna bez granic”, który zarobił niewyobrażalne dwa miliardy dolarów.

Prosta formuła

Choć sukces kinowego uniwersum Marvela jest niepodważalny, to tego samego nie można powiedzieć o jego jakości. Ponad wszystko można określić go jako triumf korporacyjnej mentalności. Praktycznie każdy z filmów nakręcono według tej samej formuły: narracja wzlot-upadek-wzlot, przewidywalne rozwiązania dramaturgiczne, mniejsza lub większa ilość komediowych akcentów oraz widowiskowo zmontowane sceny akcji. Nie uświadczymy w tych filmach żadnego ryzyka ze strony twórców – produkt ma być tak bezpiecznie skonstruowany, by w odpowiednich momentach sterować naszymi emocjami, nie pozwalając nam myśleć chociażby o nielogiczności scenariusza.

Reżyserzy bez stylu

Co więcej, całe MCU to dobry przykład na to, że producenci blockbusterów starają się unikać jak ognia reżyserów, którzy posiadają własny styl i silną osobowość. Kilku z nich (Joss Whedon, Shane Black oraz James Gunn) w jakimś stopniu było w stanie wnieść coś ze swojego głosu do linii produkcyjnej Disneya, ale ostatecznie nie było mowy o żadnej wolcie. Każdy z nich musiał się podporządkować naczelnej zasadzie – produkty z grubsza nie mogą odstawać od siebie w stylistyce i tonacji. Do wyboru jest kilka trybów, nic ponadto.

To dlatego Edgar Wright, reżyser o bardzo charakterystycznym stylu, zrezygnował z „Ant-Mana”. Wiedział, że producent nie pozwoli mu przenieść na duży ekran jego wizji. Pożądani są za to ludzie jak Joe i Anthony Russo – profesjonaliści, którzy nie grzeszą oryginalnością, ale bardzo efektywnie wywiązują się ze swojego zadania. Paradoksem w tym wszystkim jest to, że to właśnie oni nakręcili najlepsze filmy w całej franczyzie. Wyjaśnienie nie jest akurat zbyt skomplikowane – przypadły im po prostu najciekawsze fabuły.

Koniec końców, nawet najbardziej udane filmy MCU nie mają szans z trylogią Batmana w reżyserii Christophera Nolana, by wymienić inne głośne osiągnięcie kina komiksowego w XXI wieku. W tym przypadku jesteśmy w stanie wyczuć pewną autorskość – Nolan sprawia wrażenie, jakoby nakręcił to, co sobie wymyślił w głowie. Oczywiście on też musiał pójść na różne kompromisy, ale bardziej jestem w stanie uwierzyć w jego koncepty.

Nie oznacza to jednak, że nie czerpię przyjemności z oglądania dzieł Marvel Studios – w większym lub mniejszym stopniu cenię pierwsze dziewięć filmów z listy, z czego pierwsza trójka wyraźnie odstaje pod względem poziomu od reszty. Reszta filmów MCU jest o wiele cięższą pigułką do przełknięcia.

22. Kapitan Marvel (2019)

To dla mnie bez wątpienia najgorszy film z całego uniwersum. Być może to kwestia tego, że stanowi coś w rodzaju zapchajdziury (wraz z drugim Ant-Manem) między „Avengers: Wojna bez granic” i „Avengers: Koniec gry”. Fabuła „Kapitan Marvel” jest tak nieprawdopodobnie denna, że nie ratują jej wszystkie nawiązania do popkultury lat 90. (Guns N’ Roses, Nine Inch Nails, Nirvana, sieć wypożyczalni Blockbuster). O żartach lepiej nie wspominać.

Sam udział Brie Larson w filmie sprawił, że w filmie następuje swoista korekta wobec zdominowanego przez mężczyzn kina akcji w Hollywood – w jednej ze scen bohaterka niszczy tekturową podobiznę Arnolda Schwarzennegera promującą film „Prawdziwe kłamstwa”. To ma nam niby udowodnić, że od tej pory zapanuje moda na twarde heroiny w amerykańskich filmach, choć te już były w latach 80. (np. Ellen Ripley z serii „Obcy”).

Inna sprawa, że „Kapitan Marvel” po raz kolejny pokazuje, że filmy o wyjątkowo potężnych superbohaterach raczej się nie sprawdzają – tym bardziej, gdy mamy do czynienia z kimś, kto na ekranie wygląda, jakby wyrwał się z „Dragon Balla”. Pominę już sam fakt wprowadzenia postaci o takich mocach dopiero w 21. filmie franczyzy. O roli Larson nie da się nic dobrego powiedzieć – jest po prostu mdła. Równie dobrze można byłoby zastąpić ją mniej znaną aktorką, a efekt otrzymalibyśmy ten sam. Szkoda Jude’a Lawa i Bena Mendelsohna na tego typu produkcje.

21. Incredible Hulk (2008)

Ten film to dość niezwykły przypadek w uniwersum Marvela, bowiem wielu może nie pamiętać nawet, że do niego należy. To przede wszystkim zasługa tego, że w roli Bruce’a Bannera/Hulka wystąpił Edward Norton, którego w następnych produkcjach zastąpił Mark Ruffalo. Fabuła jest potwornie niezajmująca, wykonanie pozostawia wiele do życzenia (wygląd Hulka śmieszy), a aktorstwo dalekie od akceptowalnych standardów. Jedynie starcie Hulka z Abominacją trochę ożywia film pod koniec.

20. Thor (2011)

Origin story Thora w reżyserii Kennetha Branagha to nieudana produkcja. O ile Tom Hiddleston jako Loki wypadł naprawdę nieźle, to jednak zupełnie nie sprawdziła się tutaj próba połączenia dramatu o zabarwieniu szekspirowskim (Branagh to w końcu specjalista od adaptacji sztuk angielskiego mistrza) z komiksową estetyką.

19. Iron Man 2 (2010)

Robert Downey Jr. to wymarzony aktor do grania tak egocentrycznej postaci, jaką jest Tony Stark, ale nawet on nie jest w stanie uratować filmu, któremu nie daleko do kina spod znaku Michaela Baya. „Iron Man 2” cierpi z powodu bezsensownie przeładowanego scenariusza – wątków jest tyle, że szybko traci się zainteresowanie fabułą. A Mickey Rourke jako jeden z antagonistów to wyraźna pomyłka. Facet wygląda tutaj komicznie.

18. Thor: Mroczny świat (2013)

Drugi „Thor” jest często uznawany za jeden z najsłabszych filmów MCU. Nie bez przyczyny. To klasyczny przykład wykalkulowanego sequela, w którym wszystko ma być lepsze, większe i szybsze. Sęk w tym, że w trakcie produkcji zapomniano o wszelkiej koherencji. Ogląda się to jak bardzo zły odcinek „Gry o tron” czy coś w ten deseń. Pocieszeniem jest fakt, że nikt tutaj nie próbował się bawić w Shakespeare’a.

17. Doktor Strange (2016)

Benedict Cumberbatch, Tilda Swinton, Chiwetel Ejiofor i Mads Mikkelsen w jednym filmie? To musiało się udać. Niestety wyszło na odwrót. Fabularnie to taka mdła powtórka „Iron Mana” – arogancki geniusz po ciężkim wypadku ostatecznie staje się lepszym człowiekiem. Jest tu parę niezłych sekwencji o zabarwieniu psychodelicznym. Szkoda, że twórcy mocniej nie weszli właśnie w te rejony.

16. Avengers: Czas Ultrona (2015)

Drugi film w reżyserii Jossa Whedona miał być czymś w rodzaju „Gwiezdnych wojen: Imperium kontratakuje”, czyli trochę poważniejszym w tonacji blockbusterem. Stało się inaczej. Jest to bardzo mechaniczne widowisko; mamy więcej akcji, bajeranckich gadżetów i żartów, ale nie przekłada się to na nic świeżego. Zieje z tego wielka pustka. A antagonista jest totalnie bezbarwny.

15. Strażnicy Galaktyki vol. 2 (2017)

To było spore rozczarowanie. Gdyby nie obecność Kurta Russella, to postawiłbym ten film o wiele niżej. James Gunn za bardzo starał się tutaj, by być równie zabawnym, jak w pierwszej części. Fabularnie rzecz jest też bardziej odjechana, ale o dziwo nie wychodzi to na plus.

14. Thor: Ragnarok (2017)

Zatrudnienie Taikiego Waititiego do roli reżysera w trzecim filmie o Thorze wydawało się niegłupim posunięciem. Nowozelandczyk dał się poznać widzom za sprawą dość udanego komediohorroru „Co robimy w ukryciu”. Można było się spodziewać, że Waititi przyniesie Chrisowi Hemsworthowi w końcu znośny film. Wyszło coś na miarę nieśmiesznego pastiszu kina superbohaterskiego, gdzie nawet poważne wydarzenia kwitowano żartami.

13. Avengers: Koniec gry (2019)

Od razu zaznaczę na wstępie, że „Avengers: Koniec gry” jest filmem dla fanów MCU. To oni będą najlepiej bawić się na chociażby mocno autotematycznym drugim akcie, który opiera się na sporej dawce humorystycznych sytuacji i wymaga dobrej znajomości poprzednich filmów. To oni też będą najbardziej wzruszać się na boleśnie ckliwym początku, gdzie widzimy, jak superbohaterzy próbują przepracować swoje cierpienie po stracie przyjaciół. Problem w tym, że to wszystko jest wymuszone, przesadnie rozciągnięte i za bardzo nostalgiczne. Na każdym kroku twórcy podkreślają, że być może po raz ostatni zobaczymy na dużym ekranie postacie, które oglądamy od tylu lat. Te sceny funkcjonują jedynie jako fasadowe ukłony w stronę fanatyków, pozbawione wszelkiej dramaturgii. 

„Avengers: Koniec gry” przypomina trochę „Władcę Pierścieni: Powrót króla” – to ten sam rodzaj monstrualnej Hollywoodzkiej produkcji, która sprawia wrażenie, jakby miała milion kulminacji i trwała w nieskończoność. Zresztą czego tu nie ma. Pojawia się akcent gejowski (polityczna poprawność tego filmu niejednokrotnie sprawiła, że zgrzytałem zębami); momentami twórcy próbują zahaczyć (nieudolnie) o klimat rodem ze znakomitego serialu „Pozostawieni”; poziom meta posunięty jest do absurdu. To sprawia, że „Koniec gry” jest niczym kolos na glinianych nogach – kompletnie niepotrzebnie trwa trzy godziny, przypominając bardziej kilka odcinków serialu, niż pełnoprawny film. Pomijając Thanosa, bez wątpienia najlepszy czarny charakter MCU, jedyne wrażenie robi tak naprawdę finałowa walka, epicka i pełna emocji. Jednak to zdecydowanie za mało, abym mógł mówić, że 22. film Marvela jest udany.

To raczej świetnie wypromowany, niskiej jakości produkt próbujący wmówić nam, że jest czymś wyjątkowym. A gdy czytam, że bracia Russo mówią o inspiracji kinem wielkiego Michelangelo Antonioniego, to już sam nie wiem, czy mam się głośno śmiać, czy życzyć sobie, by ten filmowy behemot zniknął z powierzchni Ziemi. 

12. Ant-Man i Osa (2018)

Tu niestety zmarnowano potencjał, ale i tak jest to trochę lepsze od „Avengers: Koniec gry”. „Ant-Man i Osa” ma kilka wątków, z których żaden nie prowadzi do satysfakcjonującej konkluzji. Humor jest bardzo sporadyczny, co może zaskakiwać, gdy weźmiemy pod uwagę, jakie możliwości stwarza opowieść o Ant-Manie. Tak czy siak ogląda się to lepiej, niż większość filmów MCU. Chociażby ze względu na nieźle pomyślane choreografie scen akcji.

11. Czarna Pantera (2018)

Amerykańscy krytycy lubią podkreślać, jak wyjątkowy jest to film, o czym mają rzekomo świadczyć dobrze nakreślony konflikt, złożone postacie i obecność społecznego komentarza. Jednak pomimo zauważalnej sprawności reżyserskiej Ryana Cooglera, „Czarna Pantera” w żaden sposób nie ucieka poza utarte schematy – to kolejny przewidywalny produkt z narracją wzlot-upadek-wzlot. Ogląda się to bezboleśnie, ale bez większych emocji. A te wszystkie nominacje do Oscarów to była kosmiczna pomyłka.

10. Avengers (2012)

W paru miejscach Joss Whedon próbował tu podjąć problematykę związaną z tym, czy Ameryce są potrzebni superbohaterzy. Co samo w sobie jest dość ciekawe, bowiem to właśnie ich obecność doprowadza do destrukcji wielkich miast, co udowadnia finałowa batalia w Nowym Jorku. Jednak skończyło się tylko na liźnięciu tematu. Realizacyjnie film trochę się zestarzał, a same interakcje między herosami dziś wypadają jeszcze bardziej komicznie, ale trzeci akt ma momenty.

09. Spider-Man: Homecoming (2017)

Ile razy można rebootować jedną postać? Najlepiej tutaj wypadają sceny odwołujące się do konwencji kina młodzieżowego lat 80. spod znaku Johna Hughesa („Klub winowajców” czy „Wolny dzień Ferrisa Buellera”). Peter Parker jawi się w nich jako uroczo nieporadny geek, który podkochuje się w szkolnej piękności. Tom Holland to akurat najlepszy ekranowy Spider-Man dotychczas. Lekka i dobrze skalibrowana rozrywka.

08. Ant-Man (2015)

Już dla samej sceny z wanną warto spojrzeć na tę pozycję. To MCU w wersji light, ale bez wątpienia przyjemny.

07. Iron Man (2008)

Jest coś uroczego w pierwszym filmie franczyzy. Choć niepozbawiony widowiskowych scen akcji, nie jest nimi przeciążony. Dobrze wypolerowany produkt, który jedzie na charyzmie Roberta Downey’a Jr’a.

06. Iron Man 3 (2013)

To raczej niedoceniana pozycja, a trochę niesłusznie. Przede wszystkim trzeba pochwalić Shane’a Black za solidną reżyserię i pomysł, by ukazać Tony’ego Starka cierpiącego na zespół stresu pourazowego. W filmie pojawia się też niezły twist.

05. Strażnicy Galaktyki (2014)

Zabójcza ścieżka dźwiękowa, dobra chemia między aktorami, niezła zrzynka z klasyki science fiction i szczypta bezpretensjonalnej zabawy – tak mniej więcej można opisać film Jamesa Gunna. To nic oryginalnego, ale przynajmniej zapewnia rozrywkę.

04. Captain America: Pierwsze starcie (2011)

Najlepszy origin story z całej serii. Ujmuje retro stylizacją, która ma coś w sobie z filmów przygodowych w rodzaju „Indiany Jonesa”. Jest to odpowiednio podrasowana pulpa, w której nie brakuje człowieczeństwa. Producenci mieli też nosa do Chrisa Evansa – trudno sobie dziś wyobrazić, by ktoś inny miał grać Kapitana Amerykę.

03. Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów (2016)

Jakoś się tak złożyło, że Kapitan Ameryka ma najlepszą serię filmów z całego MCU. Bracia Russo efektownie połączyli tutaj rozbuchane komiksowe widowisko ze szpiegowskim thrillerem. A starcie drużyny Kapitana z ekipą Iron Mana na płycie lotniska to jedna z najlepszych sekwencji akcji w filmach superbohaterskich w historii.

02. Avengers: Wojna bez granic (2018)

Podoba mi się to, że film zaczyna się in medias res. „Wojna bez granic” ma zawrotne tempo, które niemal rekompensuje chaos scenariuszowy i wizualny, który od zawsze był największa bolączką filmów z Avengersami. Dopiero tutaj kinowe uniwersum Marvela dostarczyło łotra z prawdziwego zdarzenia – Thanos jest świetny (swoją drogą wiele to mówi o filmie, w którym postać wygenerowana komputerowo jest najlepszym elementem). Trzeci akt jest nie tylko nieprawdopodobnie zainscenizowany, ale urzeka czymś wcześniej niespotykanym w produkcjach Marvela – nieuchronnie zbliżającą się porażką dotychczas zawsze przezwyciężających zło superbohaterów. „Koniec gry” nawet się nie umywa do tego epickiego crossovera. 

01. Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz (2014)

Bracia Russo, ewidentnie zapatrzeni w znakomity indonezyjski film akcji „Raid”, nakręcili najlepsze sceny walki wręcz w całej franczyzie. „Zimowy żołnierz” przesiąknięty jest paranoiczną atmosferą, która przypomina polityczne thrillery z lat 70. jak „Trzy dni Kondora” (nie bez przyczyny zaangażowano do filmu Roberta Redforda). Tempo narracji jest intensywne, a fabuła trzyma w napięciu do samego końca. Jest to też jedyny film w całej serii, który spokojnie może funkcjonować jako osobne dzieło. Wątpię, by Kevin Feige i jego świta wypuściła w przyszłości lepszy film.