Australia jest najbardziej suchym kontynentem świata. Zmiany klimatyczne, tak gwałtowne w ostatnich dekadach, mają wpływ na przedłużające się okresy suszy i pożary buszu. Na północy kraju jest ich najwięcej w porze suchej, czyli zimą (czerwiec–sierpień), a w południowo-zachodniej Australii latem (grudzień–luty).

Pożary buszu w Australii są czymś normalnym, naturalnym, pojawiają się regularnie jak deszcze czy okresy zachmurzeń. W latach suszy mają związek z anomalią pogodową El Niño, kiedy pasaty wiejące nad równikiem zmieniają swój kierunek lub zanikają. Razem z wiatrami zmienia się układ prądów oceanicznych. Wiatry, które poprzednio pchały powstałe nad Pacyfikiem chmury burzowe w kierunku Australii, spychają je do Ameryki Południowej, powodując intensywne opady w Andach.

Pożar to jedyne zjawisko, którego się boję w australijskim outbacku. Wiele razy obserwowałem tereny kilka dni po przejściu fali ognia. Często droga dzieliła dwie różne krainy, odmienne jak pory roku. Po jednej stronie był gęsty, złocisty busz, po drugiej czarne kikuty wypalonych drzew i krzewów, obsypujące się soczystą, wręcz odblaskową zielenią. W tym surrealnym krajobrazie mój największy zachwyt wzbudzały zielone pędy strzelające ku słońcu wprost ze zwęglonych części roślin, pni drzew lub z samej ziemi, zaledwie kilka dni po pożarze. Witalność tutejszej przyrody, jej nieposkromiona odnawialność budzą podziw. Mogę to porównać do rodzącej matki, która godzinami traci siły i wydaje się, że nie ma ich już wcale, ale kiedy urodzi dziecko, błyskawicznie odzyskuje znaczną część utraconej energii i odżywa.

Kilka razy „dotknąłem” pożaru buszu i bardzo tego pożałowałem. Kilkadziesiąt kilometrów na północ od Alice Springs zatrzymałem samochód w miejscu, gdzie siedział sympatycznie wyglądający Aborygen. Miał około siedemdziesięciu lat i nosił czarny, wysłużony kapelusz. Zapytałem, czemu siedzi na skraju drogi.

– Pilnuję pożaru buszu – odpowiedział, jakby to była najzwyczajniejsza rzecz na świecie. – Pilnujesz pożaru? Dla kogo i po co? – Zacząłem się plątać w angielskich słowach, nie rozumiejąc sensu takiego działania. – Pilnuję, czy nie przejdzie na drugą stronę drogi. Jeśli tak się stanie, będę musiał powiadomić starszyznę. A tamci zadzwonią na policję. Co się stanie dalej, nie wiem.

Powiodłem spojrzeniem po okolicy. Rzeczywiście busz się palił, właściwie dogasał. Przez szybę samochodu pewnie bym to przeoczył. Wziąłem aparat i próbowałem sfotografować żywioł ognia pustyni. Paręnaście metrów od niewysokich płomieni trawiących kilkunastocentymetrową trawę musiałem się zatrzymać. Było upiornie gorąco, nie było czym oddychać. Przez kolejne trzy dni czułem w płucach dym.

Nie zapomnę nocy spędzonej w buszu przy dogasającym pożarze. To było kilkadziesiąt kilometrów od Katherine przy Stuart Highway. Zapadał zmierzch, szukaliśmy przy drodze przytulnego schronienia na nocny biwak. Zaproponowałem zjazd w szutrową drogę, która po zaledwie dwustu metrach zaprowadziła nas na pit – wyrobisko po żwirowni, sporej wielkości pusty plac, używany zapewne jako parking przez budowniczych drogi. Dookoła dogasał pożar buszu, jedne krzaki płonęły, inne dopalały się, po jeszcze innych pozostały snujące się smugi dymu, który mocno utrudniał oddech. Dominował zapach spalenizny, ale auto i całe nasze obozowisko pozostawały bezpieczne poza strefą ognia. Zanim zaszło słońce, rozpaliliśmy ognisko. Kiedy zapadła ciemność, miałem wrażenie, że biwakujemy na cmentarzu. Dopalające się kikuty jednoznacznie kojarzyły mi się z ogarkami świec. Były ich setki, jak na nekropolii rozświetlonej w noc Wszystkich Świętych. Co jakiś czas mocniejszy podmuch wiatru zapalał jasnym płomieniem nadpalone drzewa. Aż ciarki przechodziły po plecach.

Niezła scenografia do deathmetalowego klipu, pomyślałem, naiwnie sądząc, że to wyłącznie moje odczucia, ot słabszy dzień i zmęczenie organizmu po kilkuset kilometrach za kierownicą. Po kolacji zasiedliśmy przy ognisku. Milczałem, ale historie moich współtowarzyszy kręciły się niemal wyłącznie wokół tematu śmierci.

– Ale jazda – szepnąłem do siebie, wyczekując momentu, aby zagonić towarzystwo do spania. Noc była upalna i duszna od wilgoci i nadmiaru dwutlenku węgla. Ponad naszymi głowami przewalały się warstwy kotłujących się we wszystkich kierunkach chmur. Tropikalna ulewa wisiała na włosku. Było za gorąco na nocleg w namiocie, więc wszyscy zasnęliśmy pod chmurką. Próbując usnąć w swagu na dachu samochodu, prowadziłem dalsze obserwacje „cmentarza”. Nagle dmuchnęło mocniej, las wokół nas na moment stanął w ogniu i jednocześnie z nieba gruchnęły hektolitry wody. Błyskawice rozświetlały teren mocniej niż czołówka, grzmiało tak, jakby wszyscy święci grali w kręgle pod Krzyżem Południa. Pomodliłem się do anioła stróża, choć wiedziałem, że to jeszcze nie apokalipsa. Nad ranem pomyślałem, że wreszcie trafiła mi się piękna baśń na dobranoc, mocniejsza i prawdziwsza od opowieści z Mordoru.

Na pustyni teren jest płaski, oko ludzkie potrafi dojrzeć obłok dymu odległy nawet o kilkadziesiąt kilometrów. Podróżując pustynnym szlakiem Canning Stock Route, znaleźliśmy się parę razy w pobliżu pożaru. Znaczyłem na mapie kółkami obszary świeżo wypalone, aby wiedzieć, gdzie szukać azylu, gdzie uciekać, kiedy ogień przetnie nam drogę. O ile ucieczka w ogóle byłaby możliwa. Pustynie australijskie porasta sucha trawa spinifex, miejscami mająca metr wysokości, która o zachodzie słońca srebrzy się jak w Polsce łany zbóż. Wystarczy jedna iskra i cały ten piękny świat płonie. Pożar buszu rozprzestrzenia się ze sporą prędkością, tym bardziej że na pustyni w ciągu dnia prawie zawsze wieje. Czasami wiatr jest bardzo silny.

– Jeśli chcesz zaczekać na kolegów, powinieneś zatrzymać auto na szlaku i wyłączyć silnik. Możesz też bardzo powoli jechać do przodu – pouczał mnie wielokrotnie Rocket.

Wbrew pozorom, kiedy podróżuje się w konwoju kilku samochodów terenowych, takie chwile zatrzymania i oczekiwania na inne samochody są bardzo częste. Spinifex często dotyka okolic rury wydechowej i jeśli ma czas się zapalić, na pewno skorzysta z naszej nieświadomej pomocy. To byłoby dla nas bardzo niebezpieczne i wbrew prawu natury, która sama wie lepiej, kiedy ziemię spalić, i nie potrzebuje naszej współpracy. Nie muszę chyba nikogo specjalnie przekonywać, że zbyt częste pożary, podobnie jak zbyt intensywne opady, nie służą najlepiej tutejszej ani żadnej innej przyrodzie. Mogą spowodować wyginięcie wielu gatunków roślin i zwierząt.

Tragiczna fala pożarów, która przeszła w latach 2002–2003 przez południową Australię, wypaliła około czterech milionów hektarów ziemi (to więcej niż powierzchnia największego w Polsce Województwa Mazowieckiego). Naukowcy uważają, że trzeba co najmniej dwustu lat na pełne odrodzenie leśnej flory po tym kataklizmie. Z drugiej jednak strony rośliny odporne na ogień zdobyły nowe tereny i z powodzeniem je kolonizują.

W kolejnych latach w pożarach zginęło ponad dwieście osób. Żałoba narodowa spowodowała dyskusje o budowie sprawniejszego systemu ostrzegania. Ludzie masowo budują podziemne schrony przeciwpożarowe. Także Rocket, mieszkający na ranczu położonym siedemdziesiąt kilometrów za miastem, zastanawia się nad takim rozwiązaniem, choć do tej pory nie stanął oko w oko z ogniem na swojej ziemi.

Jeśli pożar przetnie nam drogę, nie wolno podejmować próby przejechania przez ogień lub gęsty dym. Nawet jeśli wydaje się, że to niewielki obszar. Po pierwsze nie mamy pewności, jaką odległość w ogniu mielibyśmy pokonać (wszelkie szacunki w takich sytuacjach są raczej błędne). Po drugie trzeba pamiętać, że w strefie ognia jest bardzo mało tlenu, którego potrzebują zarówno nasze płuca, jak i silnik samochodu. Jest tam bardzo gorąco i łatwo zasłabnąć, stracić przytomność, odwodnić się. Piszę o tym, bo słyszałem o wielu takich tragediach.

Niedaleko pustynnego miasteczka Coolgardie w zachodniej Australii 30 grudnia 2007 ciężarówka z trzema pasażerami próbowała pokonać pożar buszu. Zatrzymała się, silnik zamilkł. Wszyscy pasażerowie zmarli w wyniku zatrucia dymem i poparzeń. Wszystko zdarzyło się na wyposażonej w specjalne znaki drodze krajowej Great Eastern Highway. W buszu, na szlakach pustynnych, nie można liczyć na ostrzeżenia przeciwpożarowe. Obserwacje trzeba prowadzić samemu, a decyzje podejmować z największą rozwagą.

Kiedyś zatrzymałem samochód obok strażaków podpalających busz. To było w pobliżu Parku Narodowego Walpole-Nornalup w południowo-zachodnim zakątku Australii Zachodniej. Byłem zdumiony. Strażacy odpowiedzieli ze spokojem:

– Najpierw podpalamy, a później gasimy. Mamy polecenie utworzenia tu strefy buforowej, która będzie chronić osady, farmy i pastwiska przed nadchodzącym z północy pożarem. To często stosowana praktyka w walce z ogniem.

Serce mi się krajało, kiedy patrzyłem na płonące drzewa trawiaste (grass tree). Średni przyrost wysokości pnia takiego drzewa wynosi około centymetra rocznie. Te, które widziałem, miały wysokość około pięciu metrów, ich wiek oszacowałem na pięćset–sześćset lat. U nas byłyby pomnikami przyrody, tutaj giną, chroniąc dobytek farmera.

Artykuł jest częścią książki Marka Tomalika „Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Burda Książki.

Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia” to trzecie, rozszerzone wydanie bestsellerowej książki Marka Tomalika. Pierwsze wydanie z 2011 roku zagościło na 12 miejscu listy bestsellerów Gazety Wyborczej i GFK POLONIA w kategorii Literatura Faktu, książkę wyróżniono Trójkowym Znakiem Jakości. Drugie wydanie z 2015 roku zawierało liczne uzupełnienia oraz nowe fotografie. Podobnie jak poprzednie wydania, to wzbogacone jest o kolejne treści, tj. trzy nowe rozdziały i obszerne uzupełnienie jednego z już istniejących. Dwa to pogłębiona wiedza o rdzennych Australijczykach, jeden zasiewa opowieść o pewnym ekscentrycznym rebeliancie. 

Marek Tomalik - podróżnik, dziennikarz prasowy i radiowy, z wykształcenia geolog. Pasjonat i znawca Australii, do której jeździ systematycznie od 1989 roku. Organizuje wyprawy w outback. Twórca i organizator 23. edycji Festiwalu Podróżników „Trzy Żywioły” oraz wielu innych imprez artystycznych. Menadżer zespołów rockowych. Pisze o podróżach i muzyce. Stały współpracownik „National Geographic” i „Jazz Forum”. Autor książek o podróżach. Przez piętnaście lat prowadził w Radiu Kraków program podróżników Globtroter, przez kilka miał w „Przekroju” stałą rubrykę „Nastaw uszu”. Zasiadał w jury Travelerów – prestiżowych nagród przyznawanych przez „National Geographic”. Prowadził obrady kapituły „Trzech Żywiołów”. Dwukrotny laureat Kolosów. Australia to jego miejsce na ziemi, zawsze jednak wraca w Karpaty. Marek napisał jeszcze dwie książki o piątym kontynencie: „Australia, moja miłość” i „Lady Australia”. W 2017 roku wrócił do radia, w RMF Classic prowadzi swoją podróżniczą audycję Jasna Strona Świata. Od 2017 roku wraz z Kwartetem Czerwie realizuje multimedialne spektakle muzyczne. Strona autora: www.australia-przygoda.com