Bywasz beksą?
ARTUR ROJEK (śmiech) Prawdopodobnie ze mną jest tak samo jak z tobą, że czasem przeżywam słabość, a czasem moc. Tekstu „Beksy” nie należy traktować aż tak dosłownie. Widziałaś film „Greenberg” z Benem Stillerem? To trochę bohater tej piosenki. „Beksa” to utwór o chwilach słabości, załamania, o zwątpieniach, nadziei i wściekłości. Nie jestem pod tym względem nikim wyjątkowym – też takie przeżywam. A proporcje się zmieniają: czasami na korzyść mocy, a czasami słabości.

No, ale dziś to chyba czujesz moc? Nowa płyta, w dodatku pierwsza solowa. I właśnie ruszasz w trasę...
Czasami się cieszę i myślę, że będzie OK, to znów się obawiam. Tym razem biorę wszystko na siebie z całym bagażem. Porażki albo sukcesu.

I jak się z tym czujesz?
Gdyby to był pierwszy raz, to byłbym może sparaliżowany! Ale testem jest od kilku lat OFF Festival. Przez trzy dni odpowiadam tam za 20 tys. ludzi i jeżeli się coś schrzani, to wszystko pójdzie na moje konto. Oczywiście jak się uda, to też na moje.

Porażkę biznesmena organizatora chyba łatwiej byś sobie wybaczył niż artystyczną?
Jedno i drugie byłoby bolesne, bo wkładam w to dużo emocji. Choć festiwal, przez to, że od początku sam dźwigam go na barkach, jest mi bliższy. Gdy mam chwile słabości i myślę: „Już nie mam sił”, łatwiej mi siebie przekonać, bym to ciągnął. W przypadku Myslovitz po 20 latach doszedłem do wniosku, że to nie ma sensu, bo trudno nam się dogadać, łatwiej było zdecydować: „Zamykam ten etap”. Poszedłem w swoją stronę, oni w swoją.

Zadzwonili teraz do Ciebie z gratulacjami?
Nie (śmiech). My nie mamy takiego kontaktu, że do siebie dzwonimy. Rzadko do siebie dzwoniliśmy, nawet gdy byliśmy w zespole.

Za to fani piszą w internecie, że... dziękują Bogu za Twój talent. Ty też dziękujesz?
Nie dziękowałem, ale chyba powinienem.

Jesteś wierzący?
Tak. I z przymrużeniem oka traktuję te podziękowania fanów. Aczkolwiek wiem, co czują, bo sam jestem fanem. Ale nie dziękuję Bogu, że jest My Bloody Valentine albo że Dean Wareham nagrał świetną płytę. To dla mnie rzeczy niezwiązane z Bogiem, ale miłe. A co do fanów, bałem się ich reakcji, szczególnie na „Beksę”. Obawiałem się, czy ten utwór nie jest za ciężki, przytłaczający, choć promuję płytę tą piosenką. Dobrze pokazać się z innej strony. I jestem zadowolony z odbioru. Bardzo. „Beksa” piąty tydzień jest na pierwszym miejscu LP3. Ta piosenka wielu ludzi wzrusza, porusza. Odbierają ją jako deklarację wściekłości, niezgody, buntu...

To było Twoją intencją?
Tak.

Przeciwko czemu się buntujesz?
Jestem przekorny. Nie potrzebuję zbyt wiele, żeby się buntować. Mam trochę tak, że jeżeli widzę, że wszyscy idą w jedną stronę, to ja idę w drugą. Przykładowo, kiedy szukam nowej muzyki, to takiej, której nikt nie słyszał, a w filmie interesuje mnie to, co niezależne. Natomiast jak mam jechać na wakacje, to wolę Bornholm niż Egipt.

Byłam z rodziną na rowerach na Bornholmie, super to wspominamy.
Bo to piękne miejsce. Mogłoby tak wyglądać nasze wybrzeże, gdybyśmy się pozbyli reklam, straganów i dyskotek. Podróż trwa dziesięć godzin, nie ma gwarancji dobrej pogody ani tego, że będziesz leżeć w fotelu i będą ci podawać drinki. Taki sposób spędzania wakacji to nie dla wszystkich wybór oczywisty.

Artur Rojek: generalnie się lubię - Czytaj dalej >>